i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2009-12-28 22:59:12

Impulsem napisania tego tekstu była argumentacja, którą wysłuchałem w skądinąd bliskim mi ideologicznie i światopoglądowo radiu TOK FM. Otóż omawiając trudności związane z uzyskaniem odpowiedniej liczby podpisów pod projektem tzw. „ustawy o parytetach”, prowadzący (niestety nie pamiętam nazwiska) sugerował jakoby opór ten wynikał z konserwatywnego nastawienia Polaków. Ponieważ dżentelmeni nie spierają się o fakty, a ja zgadzam się z tezą, iż polskie społeczeństwo jest bardziej konserwatywne niż większość społeczeństw zachodnioeuropejskich, przeto nie z tą tezą chciałbym się spierać. Za fałszywą uważam jednak tezę, iż opór ten wynikał jedynie z postaw konserwatywnych. Jest to teza fałszywa, bo opór ten wynikał również z postaw legalistycznych i liberalnych.
Argumentacja legalistyczna
Tytułem przypomnienia (takich przypomnień nigdy nie jest za mało): zgodnie z art. 32 ust. 1 Konstytucji „1.Wszyscy są wobec prawa równi. Wszyscy mają prawo do równego traktowania przez władze publiczne”. Zgodnie zaś z art. 33 Konstytucji (ust. 1) „Kobieta i mężczyzna w Rzeczypospolitej Polskiej mają równe prawa w życiu rodzinnym, politycznym, społecznym i gospodarczym”, jak również – (ust. 2 tego artykułu) „2. Kobieta i mężczyzna mają w szczególności równe prawo do kształcenia, zatrudnienia i awansów, do jednakowego wynagradzania za pracę jednakowej wartości, do zabezpieczenia społecznego oraz do zajmowania stanowisk, pełnienia funkcji oraz uzyskiwania godności publicznych i odznaczeń”.
W sensie prawnym „parytety” zwalczają dyskryminację, która niewątpliwie istnieje w wymiarze faktycznym, ma się to jednak dokonywać poprzez metody niekonstytucyjne. W największym skrócie – w przypadku niższych kompetencji kobiety, aniżeli konkurującego z nią mężczyzny, „parytety” mogą prawnie wymuszać wybór kobiety. Oczywiście w wielu sytuacjach praktycznych będzie to wynikało z kulturowo uwarunkowanego i niewątpliwie dyskryminacyjnego, nagannego lecz jedynie faktycznego i prawem niewymuszonego zjawiska „nadmiaru” i dominacji mężczyzn w określonych sferach życia społecznego i politycznego, jednak skutkiem w sferze prawa pozytywnego będzie niekonstytucyjna dyskryminacja przedstawiciela (a właściwie przedstawicielki) jednej z płci. Skutkiem „parytetów” byłoby bowiem pojawienie się w sferze prawa pisanego zjawisk dyskryminacyjnych, które w prawie tym obecnie (co do zasady) nie istnieją.
Argumentacja liberalna
Piszący te słowa uważa się za liberała. Nie powstrzymam się w tym miejscu od krótkiej dygresji i definicji tego pojęcia, nawet jeżeli grozi to odejściem od tematu. Otóż uważam się za rzeczywistego liberała, a to znaczy, że nie za tak zwanego „konserwatywnego liberała”. Między tymi pojęciami jest bowiem taka sama różnica, jak między demokracją a „demokracją socjalistyczną”, czyli – trawestując znany dowcip – między krzesłem a „krzesłem elektrycznym”. Liberalizm to bowiem prymat idei wolności zarówno w sferze światopoglądowej jak gospodarczej. Dlatego też nie są liberałami ani Janusz Korwin-Mikke ani Jarosław Gowin, bo zinternalizowane przez nich religijne dogmaty powodują, iż idei wolności w sferze światopoglądowej ani nie rozumieją, ani w konsekwencji nie akceptują. Wydaje się, że jest prawdopodobnie liberałem Janusz Palikot, który poza tym wykazuje tą interesującą i rzadką cechę polskiego polityka, iż ma poczucie humoru. Tu zresztą można wskazać na różnicę miedzy osobą zabawną, jaką jest niewątpliwie politycznie samo-eliminujący się Janusz Korwin-Mikke, a dowcipną, jaką jest funkcjonujący realnie w polityce, jego imiennik – Janusz Palikot.
Wracając do rzeczy – podstawowym problemem dla liberała (i demokraty) jest to iż „parytety” zwalczają dyskryminację metodami dyskryminacyjnymi. Można oczywiście ująć proponowane metody jako „afirmację” (częsty wybieg językowy), ale żadne konwencje językowe nie zmieniają istoty mechanizmu. Koherentny system światopoglądowy (ale i polityczny) zakłada, że metoda musi pozostawać w zgodności z celem. Nie jest tak, że środki uświęcają cel. Jest wręcz przeciwnie (to chyba Lec pisał?) – „odrażające środki czynią sam cel odrażającym”. Podobnie jest z obroną demokracji. Pewnie, że najwygodniej byłoby jej bronić metodami niedemokratycznymi. Po co sądy, procesy, dowody, domniemania niewinności etc., skoro istnieją znacznie szybsze i skuteczniejsze metody obrony demokracji? Np. Guantanamo. Jednak stosowanie metod niedemokratycznych niszczy demokrację i przesuwa ją w kierunku np. totalitaryzmu lub, w lżejszej (mam nadzieję…) wersji – w kierunku oligarchii. Czytelnik może rozejrzeć się po świecie i zastanowić, czy powyższą tezę a limine odrzuca… Ja oczywiście mam pełną świadomość, że powyższa argumentacja jest pewną metodą polemiczną, w jakiejś mierze przejaskrawiającą. Nie uważam przecież zwolenników „parytetów” za osoby prowadzące, ani tym bardziej świadomie zmierzające do destrukcji demokracji, uważam jednak po prostu, że proponowane przez nich metody są aksjologicznie niekoherentne z wyznawanymi przez nie, przynajmniej formalnie, poglądami.
Sugerowane rozwiązania
„Akcję afirmatywną” obserwowałem zarówno w USA jak i w… Polsce. Co do USA, nie mogę wskazywać na bliższe szczegóły, bo mogłoby to prowadzić do niepożądanej identyfikacji miejsc i osób. Nie jestem jednak w stanie (podobnie jak moi potencjalni oponenci) rozdzielić wpływu postępu społecznego, dokonującego się od dziesięcioleci, od wpływu tej akcji. W moim osobistym doświadczeniu była ona nieskuteczna, ale mam świadomość istnienia innych przykładów. Nie chciałbym obrazić socjologów (którzy na tym portalu mają przecież sporo do powiedzenia…), ale w „argumentacji popperowskiej” socjologia zasadniczo nie może być uznana za naukę. Jest bowiem „niefalsyfikowalna” – w tym sensie, że nie da się przeprowadzić powtarzalnego – a zatem weryfikującego doświadczenia na tym samym społeczeństwie. Doświadczenie na społeczeństwie, jak w zasadzie nieoznaczoność Heisenberga, zmienia bowiem układ odniesienia. A zatem i społeczeństwo. Nigdy zatem nikt nie będzie dysponował weryfikowalnymi dowodami, co do skuteczności lub nie akcji afirmatywnej. Ja zaś osobiście, zdając przed laty w komunizmie egzamin na studia prawnicze, „punkty za pochodzenie” (klasyczna „akcja afirmatywna” ) uważałem za obrzydliwą, ideologiczną i – patrząc z perspektywy czasu – nieskuteczną metodę. Wobec braku przesądzających argumentów naukowych, w mocy pozostają jedynie wyżej wymienione argumenty aksjologiczne.
Nie sposób jednak pominąć rzeczywistego faktu istnienia dyskryminacyjnych zjawisk. Zwalczać je należy. Jednak inaczej niż zwolennicy parytetów. Jako prawnik sugerowałbym raczej wzmocnienie antydyskryminacyjnej ochrony kobiet w prawie pracy, a jako mąż i ojciec, zamiast idiotycznych „becikowych”, sugerowałbym raczej rozwój instytucji żłobków i przedszkoli, jak również sensowne „podatkowo-zusowskie” rozwiązania dla osób zatrudniających tzw. „pomoc do dziecka”. Co do tego ostatniego można wręcz pokusić się o stwierdzenie, że tzw. abstrakcyjny ustawodawca jest idiotą, skoro nie dostrzega, że nikt w tym kraju legalnie pomocy do dziecka nie zatrudnia. Gdyby ustawodawca nie był idiotą, zadałby sobie pewnie pytanie „dlaczego"? Odpowiedź jest dosyć oczywista (chociaż złożona) , ale to jednak problem na inny tekst…


