i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2010-12-10 09:03:00

Kiedy opadł już „kurz bitewny” walk o rządzenie polskimi miastami i wsiami, warto zastanowić się jaki naprawdę jest ten lokalny samorząd. Funkcja założona tej instytucji jest klarowna. Mieszkańcy miasta, w domyśle obywatele, wyłaniają w demokratycznych, proporcjonalnych wyborach swoich przedstawicieli, radę miasta, wsi, a także powiatu i województwa, zaś wójtów, burmistrzów i prezydentów miast w głosowaniu większościowym. W założeniu tak wybrane organa sprawują władzę w interesie obywateli. Funkcja założona nie jest jednak tożsama z funkcją rzeczywistą, a demokratyczne wybory są jedynie fasadą, za którą kryją się interesy partii politycznych i lokalnych oligarchii. Badani przez socjologów mieszkańcy nie żywią nadmiernych złudzeń co do istoty, niby samorządowych, władz ich miejscowości. Nie jest to tylko polska specyfika, badania władz lokalnych w USA prowadzone przed laty m.in. przez R.Dahla i F. Huntera pokazały podobny problem. Odpowiedź na pytanie kto naprawdę rządzi w samorządach terytorialnych nie jest wcale prosta i zależy od siły i powiązań aktorów działających na scenie lokalnej.
W badaniach przeprowadzonych przez Centrum Badania Opinii Społecznej i Centrum Europejskich Studiów Lokalnych i Regionalnych w 2007 roku w ponad 60 polskich gminach, blisko 60% badanych odpowiedziało, że nie ma żadnego wpływu na sytuację we własnej gminie, a na pytanie w czyim interesie sprawowana jest władza w społeczności lokalnej blisko połowa stwierdziła, że w interesie samej władzy, a jedna piąta że partii politycznych. Tylko co czwarty badany był zdania, że władze samorządowe działają w interesie obywateli. Trudno się dziwić, że jedynie ok. dwóch piątych Polaków bierze udział w wyborach samorządowych.
W ośmiu badanych największych polskich aglomeracjach miejskich zaufanie do władz tych ośrodków nie jest zbyt wielkie, od 35% deklaracji zaufania do włodarzy Gdańska do ok. 15% Warszawy i Łodzi. Średnio jedynie co czwarty badany w tych ośmiu miastach ufa swoim przedstawicielom.
Pesymista powie, że są to wyniki katastrofalne, optymista stwierdzi, że przecież swoim władzom ufa jednak co czwarty mieszkaniec. Realista natomiast zauważy, że demokracja lokalna znajduje się w kryzysie. „We współczesnych miastach – pisze K. Nawratek - nie ma już przestrzeni dla Obywateli. Przestrzenie publiczne przestały istnieć. Są jedynie przestrzenie dla użytkowników i konsumentów. W krajach o pluralistycznym i tolerancyjnym społeczeństwie ta zmiana zachodziła dość bezboleśnie. Do momentu, w którym ludzie określani dziś jako alterglobaliści zauważyli, że miasta należą znacznie bardziej do korporacji niż do mieszkańców”1.
Obywatel miasta to człowiek, który ma wpływ na to się w mieście dzieje. Ale jaki wpływ na rozwój miasta, na jego pozycję międzynarodową, na standardy zaspokojenia potrzeb mieszkańców ma przeciętny Kowalski? Dysponuje raz na cztery lata kartką wyborczą i głosuje na kandydata, który nazywa się przeważnie „mniejsze zło”. W przypadku rady na kogoś kompletnie anonimowego. Ostatnie wybory samorządowe pokazały, że wybiera się głównie osoby, które funkcje wójta, burmistrza, prezydenta pełnią już trzecią, czwartą kadencję i to nie dlatego, że osiągnęli spektakularne sukcesy, ale dlatego, że nie robili zbyt rażących błędów i są znani dlatego, że są znani.
Wieloletnie okresy sprawowania funkcji w administracji samorządowej ma swoje dobre i złe strony. Dają wójtowi, burmistrzowi, prezydentowi pewną perspektywę realizacji swoich zamierzeń, Ale pod warunkiem, że ma on wizję rozwoju swojej gminy i koncepcję jej realizacji. Ale czy rzeczywiście wielokadencyjni włodarze gmin taką wizję mają czy też są jedynie dość zręcznymi administratorami i mistrzami pijaru? Nawet jeżeli mają wizję rozwoju swojego miasta, to czy potrafią wznieść się poza partykularne interesy swojej gminy. Interesującym przypadkiem jest prezydent Gdyni, który ma wizję rozwoju swojego miasta, ale ograniczoną do granic administracyjnych. Wojciech Szczurek nie dostrzega faktu ze Gdynia jest częścią większej całości - Trójmiasta i rozwój tej aglomeracji powinien być planowany łącznie, a pomyślność Gdyni zależy do pomyślności Gdańska, Sopotu i pozostałych miejscowości potencjalnej nadbałtyckiej metropolii.
Śledziłem uważnie dyskusje kandydatów na prezydentów Warszawy i Krakowa. W czasie tych debat żaden z dyskutantów nie poruszył problemu miejsca ich miast w sieci europejskich metropolii. Jacek Majchrowski wspomniał o międzynarodowej pozycji festiwali artystycznych odbywających się w Krakowie. To trochę mało jak na kulturową rangę tego miasta i jego możliwości biznesowe.
Kandydatka na prezydenta Warszawy nie zająknęła się ani słowem na temat międzynarodowej pozycji stolicy Polski i jej miejsca na mapie Europy. Warszawa konkuruje lokalizacją biznesu, potencjałem portu lotniczego, atrakcyjnością turystyczną, imprezami kulturalnymi z Berlinem, Pragą, Budapesztem. Strategia konkurencyjnej współpracy tych miast powinna być osią działalności władz miejskich. W stolicy mieszka i pracuje klasa metropolitalna (twórcza) i ona stanowi drożdże rozwoju miasta. Jeżeli nie będzie miała odpowiednich warunków to wyjedzie do innych europejskich metropolii.
Warszawa ma funkcje, zarówno funkcje egzogeniczne - zewnętrzne, międzynarodowe i endogeniczne - wewnętrzne polegające na zaspokojeniu potrzeb mieszkańców. Pani prezydent nad proporcją tych funkcji w ogóle się nie zastanawia. W dyskusji telewizyjnej mówiła o żłobkach i przedszkolach. To nie są zadania dla władz stołecznego miasta, a co najwyżej dzielnic a przede wszystkim organizacji pozarządowych.
Populizm jest nieodłącznie związany z demokracją, rządami większości przynajmniej tej, która udaje się do urn wyborczych, ale większość rzadko ma rację, toteż władze zarówno państwowe jak i samorządowe powinny wystrzegać się populizmu i podejmować decyzje niepopularne. Nie jest prawdą, że populizm popłaca. Istnieje wiele przykładów, że pójście wbrew większości kończy się sukcesem nawet przy urnach wyborczych. Georges Freche - mer Montpellier sprawował władzę w mieście przez 37 lat i uczynił zapyziałe prowincjonalne miasto prężną stolicą regionalną w skali europejskiej. Ale więcej jest przykładów sukcesu osiągniętego przez osoby mianowane. Przykład Warszawy pokazuje to wyraźnie. Największe zasługi dla rozwoju miasta mieli: namiestnik carski Sokrates Starynkiewicz i sanacyjny nominat Stefan Starzyński. W okresie transformacji tylko jeden prezydent miasta Paweł Piskorski miał jakąś wizję rozwoju miasta. Zostawił po sobie most Świętokrzyski i tunel wzdłuż Wisłostrady, który umożliwił realizację Centrum Kopernika jedną z niewielu naprawdę stołecznych inwestycji o charakterze publicznym.
Problemy polskiego samorządu polegają m.in. na zbyt licznych radach gmin, które są, szczególnie w dużych miastach, poza nielicznymi wyjątkami, areną politycznych bitew, które są odbiciem kłótni wszechobecnych w polityce ogólnokrajowej. Tak stabilne demokracje jak np. Stany Zjednoczone AP. nie mogą sobie, jak widać, pozwolić na wieloosobowe rady miejskie. W miastach amerykańskich rada dużej metropolii to przeciętnie nie więcej niż 10 - 15 osób. Nie są one na ogół polem partyjnych kłótni, ale w większości przypadków areną merytorycznej dyskusji na wzór rad nadzorczych korporacji. Miasto jest właśnie taką korporacją. W Warszawie podatnik utrzymuje ok. 400 radnych w radzie miasta i w dzielnicach. Pozwala to partiom politycznym wianować swoich zwolenników, ale obywa się to ze szkodą dla miasta i jego obywateli. Jest to także tryumf populizmu nad zdrowym rozsądkiem.
W 1967 roku opublikowałem książkę o Polkowicach pokazując między innymi lokalny układ władzy niemal całkowicie zewnątrz sterowalny, w związku z tym sformułowałem tezę o jego alienacji w relacjach z mieszkańcami. Od tego czasu wiele się zmieniło, po rozmontowaniu systemu PRL i ustanowieniu samorządu terytorialnego zakładano, że samorząd to obywatele, tymczasem praktyka okazała się inna. Władze gmin skutecznie wyalienowały się ze społeczności realizując swoje oligarchiczne i partyjne interesy. Wprawdzie władze samorządowe nie są już „ręcznie” z zewnątrz sterowane, ale mieszkańcy są nadal pozbawieni istotnego wpływu na podejmowane w ich imieniu decyzje.
1Nawratek K., 2008: Miasto jako idea polityczna, Korporacja Halart, Kraków s. 149.
Tytuł artykułu stawia konkretne pytanie, ale odpowiedź wbrew pozorom nie jest taka łatwa. Wydaje się poprawną odpowiedzią być: „Sprawują władzę radni”, ale czy tak naprawdę jest






