i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie

Jeśli wierzyć statystykom, to w świecie zachodnim mamy – z nielicznymi wyjątkami – recesję, a według nieustannie tokującej części mediów: wręcz kryzys gospodarczy. „Kryzys – to słowo odmieniane przez wszystkie przypadki. I to kryzys, jeśli wierzyć (czego robić nie należy!) na miarę wielkiej depresji lat 30. ub . wieku.
A wierzyć nie należy dlatego, że – dla porównania – w kryzysie lat 30. modna była piosenka: „Brother, give me a dime” („Bracie, daj mi dziesięć centów!”). Tymczasem obecnie prezesi podupadających koncernów przyjeżdżają do Waszyngtonu i żebrzą tam o kilka, czy kilkanaście miliardów dolarów. Już sama różnica skali żebractwa, czy też może bardziej godnie: pomocy w kryzysie, wskazuje, że porównania idą stanowczo zbyt daleko...
My, tutaj w Polsce, zdecydowanie lubimy Unię Europejską, wbrew staraniom braci Kaczyńskich (a może, kto wie, w dużej mierze w ł a ś n i e d l a t e g o, że Kaczyńscy są przeciw?!). I per saldo mamy rację. Unia, to wielki obszar handlu bez barier, w którym to handlu doskonale dajemy sobie radę. Unia, to od niedawna obszar bez paszportów, gdzie jeździmy, gdy chcemy, bądź gdy szukamy sobie lepszej pracy. Unia to także (niestety! – o czym pisałem już nieraz) źródło darmochy, czyli funduszy na rozmaite szlachetne, ale z reguły nie przynoszące zauważalnych pozytywnych skutków cele.
I wreszcie, Unia to obszar działania szlachetnych polityków, których wizja gospodarki przypomina piaskownicę o zaokrąglonych kantach i brzegach wyłożonych dla ochrony gąbką, aby broń Boże żaden „Unijczyk” nie nabił sobie guza, gdyby potknął się nieopatrznie. Oczywiście takie bezpieczeństwo kosztuje i dlatego ogromna większość krajów członkowskich dźwiga garb wydatków publicznych konsumujących połowę wytworzonego bogactwa.
Każda nowa regulacja wyściełająca jeszcze wygodniej naszą unijną piaskownicę kosztuje. Wydawać by się więc mogło, że w dobie recesji, czy jak chce wielu: kryzysu, przyjmowanie nowych kosztownych regulacji będzie rozważanie z wielką ostrożnością. Niestety, szlachetność głupców (czy może głupota szlachetnych), wydaje się być zjawiskiem ponadczasowym. I aktywizuje się także w czasach kryzysu.
Oto Parlament Europejski, w trosce o to, byśmy się nie przemęczali w recesji-kryzysie, ograniczył możliwości pracy jednostki do 48 godzin tygodniowo. To nic, że w jednym tygodniu są w firmie zamówienia do realizacji „na już”, a w następnym nie ma w kryzysie żadnych zamówień. Firma nie będzie mogła pozwolić pracować w jednym tygodniu dłużej, a w drugim krócej. Musi odmówić realizacji części zamówienia, a w następnym tygodniu wysłać pracowników na bezpłatny urlop, lub zwolnić część spośród nich.
Związkowcy triumfują, ale kto widział kiedyś związkowca, który w sprawach ekonomicznych powiedziałby coś z sensem? Natomiast wszyscy inni liczą straty z tego tytułu. Podniosą się koszty transportu (tam najtrudniej utrzymać jednakową liczbę godzin pracy). Wzrosną też koszty produkcji dóbr, gdzie zamiast zapłacić, gdy potrzeba nagli, za godziny nadliczbowe, firmy najczęściej n i e wybiorą zatrudnienia większej liczby pracowników (chronionych na wszelkie możliwe sposoby, a więc kosztownych przy zwolnieniu). Firmy wybiorą droższe maszyny wymagające obsługi przez jeszcze mniejszą liczbę pracowników.
Czyli efektem netto będzie mniejsze zatrudnienie, o co zapewne nie chodziło szlachetnym głupcom w dobie kryzysu. Ale Parlament Europejski jest tak wybrukowany dobrymi chęciami, że niestraszny mu nawet kryzys...






