Polityka
Krótki kurs historii socjalizmu i związków zawodowych (prawdziwej)
TAGI: Kuchnia intelektualna, Społeczeństwo, Polityka,
Dodano: 2009-08-18 10:43:00
CZY MOŻLIWE SĄ ZWIĄZKI ZAWODOWE 

„Socjalizm chrześcijański”, ten pierwotnego, opiekuńczego, nie partyjno-politycznego zabarwienia, przysłużył się rozwojowi brytyjskich związków zawodowych, które stworzyły wzory do naśladowania przez wszystkie inne (w tym i nasze dzisiejsze). Za „socjalistów chrześcijańskich” uznało się w połowie XIX wieku trzech Anglików, jeden – wybitny pisarz, John Ludlow, oraz dwóch anglikańskich pastorów, z których Karol Kingsley też był wziętym pisarzem (w literaturze dla dzieci przetrwały ponad sto lat jego „Heroje”). Fryderyk Maurice wprost mówił z ambony, że kto jest chrześcijaninem, musi być socjalistą! Najpierw organizowali owe spółdzielnie pracy, które popierał John Stuart Mill, a kiedy żaden menedżer nie umiał poradzić sobie ze współpracownikami i ruch „asocjacji” pracy wygasł, zabrali się za wieczorową oświatę robotniczą – w roku 1854 uruchomili pierwsze „kolegium ludzi pracujących”, Working Men’s College.

Nie da się przecenić tej inicjatywy. To ona w następnych latach uczyniła związki zawodowe brytyjskich robotników partnerami władz kraju i pracodawców. Robotnicy uczyli się wszystkiego, włącznie z wiedzą o obrocie pieniężnym. Niektórzy, wtrąćmy na marginesie, opanowali tę wiedzę tak świetnie, że sami zajęli się interesami, i to z niemałym sukcesem! Intelektualiści brytyjscy oraz uczeni Oksfordu i Cambridge z oddaniem pełnili misję oświatową przez dziesiątki lat, to oni rozwinęli ów „university extension”, uniwersytet rozszerzony, na zajęcia którego z końcem stulecia uczęszczało rocznie, jak wspomniałem, dziesięć tysięcy robotników! Przywodził temu programowi uczony z Oksfordu, Arnold Toynbee, którego pomijają encyklopedie na korzyść wielkiego historyka tegoż imienia i nazwiska, czczony tylko przez historyków. Toynbee w swoich wykładach lansował budowę osiedli z należytym standardem higieny, parków, boisk sportowych, lokalnych bibliotek i centrów kultury. Pierwsze takie centrum kultury, „social settlement”, „siedlisko społeczne”, we wschodniej części Londynu, na ubogim East Endzie, ochrzczono po jego przedwczesnej śmierci Toynbee Hall. Po różnych punktach Anglii ruszyły później następne. 

Takie poglądy, takie poczucie obowiązków, przejmowali brytyjscy przywódcy związkowi. Słowem, jednym z podstawowych zadań związku zawodowego jest pomoc w zdobywaniu wiedzy, oświata wieczorowa tudzież popularyzacja samokształcenia i czytelnictwa (każda spółdzielnia spożywców obowiązkowo utrzymywała bibliotekę dla swoich członków). Oczywiście, decydowała wtedy postawa życiowa angielskich robotników – chcieli się uczyć, chcieli się dowiadywać, byli pełni energii, ambitni i wszystkiego ciekawi. Jednakże dzisiejsi robotnicy polscy, jak sądzę, nie są mniej ambitni i mniej wszystkiego ciekawi. Młodemu pokoleniu, z którym się stykam, nie brakuje wiary w siebie i optymizmu.
 

POMOC WZAJEMNA 

Robotnicy brytyjscy razem z rzemieślnikami, sklepikarzami, dzierżawcami i chłopami jeszcze w XVIII wieku tworzyli swoje na pół masońskie, tajne z uwagi na zakaz zrzeszania się, organizacje „oddfellows”, szczególnego braterstwa. Były to pionierskie organizacje pomocy wzajemnej, oszczędności i zdrowotnych ubezpieczeń wzajemnych. Potem, w najgorszych czasach początku przemysłu, rodziły się ich - „friendly societies”, towarzystwa przyjacielskie, czyli towarzystwa ubezpieczeń wzajemnych. Dzięki opiece mądrych filantropów, którzy forsowali w parlamencie mądre dla nich przepisy, friendly societies wyszły ze stanu półlegalności, by stać się instytucjami akceptowanymi przez państwo. Ich członkowie mogli ubezpieczać się na wypadek choroby lub kalectwa, na wypadek śmierci kogoś z rodziny lub jak mówiła mądra ustawa – ubezpieczyć się od wszelkich „podobnych klęsk, które dzięki rachunkowi prawdopodobieństwa da się przewidzieć i obliczyć”. Były owe „towarzystwa przyjacielskie” również kasami pomocy wzajemnej – upoważnionymi do pożyczania członkom pieniędzy. Mogli członkowie składać się na tańszy, bo hurtowy zakup opału, odzieży, żywności, narzędzi do pracy, a także – organizować się do wzajemnej pomocy w wychowywaniu dzieci! Na czym polegał główny walor finansowy tych organizacji? Na ubezpieczeniach wzajemnych – zebrane ich pieniądze pozostawały ich pieniędzmi, nie odpływały do ubezpieczeń komercyjnych (których wtedy zresztą jeszcze nie było). Towarzystwa „certyfikowane”, które mogły przedstawić Biuru Długu Państwowego, wraz ze statutem, swoje tablice obliczeniowe, miały prawo lokować swe środki w Banku Anglii. Na odpowiedni, gwarantowany procent.

Proszę znaleźć dzisiejsze związki zawodowe poza Anglią, które dbają w taki sposób o interesy członków! Dzisiejsze związki zawodowe nie walczą nawet o kontrolę nad środkami ubezpieczeń społecznych, które w Polsce przed drugą wojną światową podlegały nadzorowi ze strony reprezentacji ubezpieczycieli i – ubezpieczonych…

Nasze związki zawodowe nie interesują się warunkami życia polskich robotników, ani – tym bardziej – ogółu pracowników najemnych. Nie badają tych warunków, nie opracowują żadnych raportów i nie tworzą organizacji, które mogłyby np. zapewniać tanie mieszkania czynszowe o współczesnych standardach cywilizacyjnych. Nie organizują spółdzielni budownictwa mieszkaniowego, które w swej aktywności budowlanej oparłyby się na środkach z długoterminowego kredytu hipotecznego, spłacanych przez lata procentem czynszu.

Nasze związki zawodowe nie starają się przygotować swoich członków do roli członków spółek pracowniczych, z myślą o tym, by spółki mogły stać się poważnymi akcjonariuszami przedsiębiorstw, w których dani członkowie związku pracują. Współwłasność to nie tylko dochody z udziałów, to współodpowiedzialność i duch gospodarności; tu nie chodzi o indywidualne udziały do rzucenia na rynek, tu chodzi właśnie o zbiorowego partnera czującego się współgospodarzem... Nie przypadkiem wielu menedżerów boi się i broni się przed takim partnerem w biznesie, bo to akcjonariusz najlepiej zorientowany w interesie i czujny. Oczywiście, nie ma wtedy na ogół mowy o kilkunastu etatowych na koszt przedsiębiorstwa aktywistach związkowych, bo gospodarny udziałowiec dba o koszty własne swojej firmy. Możemy zasięgnąć rad ze strony takich spółek Ameryki, gdzie w drugiej co do wielkości światowej sieci supermarketów „Publix” czy też w liniach lotniczych spółki pracownicze to 30% udziałów, zdolne zablokować (zgodnie z amerykańskimi przepisami) „wrogie przejęcie” firmy.

Nasze związki zawodowe niczego nie starają się wiedzieć z tego, co dawniej wiedziały i umiały związki zawodowe. Ani z tego, co wiedzą one i umieją dzisiaj. Ale bo też, niestety, nie są w rzeczywistości związkami zawodowymi, lecz quasi-partiami politycznymi, partyjnie powiązanymi i partyjnie czynnymi. Dobrze płatni przywódcy biorą udział w walce o władzę, dlatego nie zajmują się żadnymi zadaniami związków zawodowych.

Wszystko przed Wami, młodzi ludzie.

 


Powyższy tekst ukazał się na łamach "Studia opinii".

 

 1  2  3  4 


OPINIE

Dodaj swoją opinię
Autor:
Tytuł:
Treść:


kod z obrazka:

Wyższa Szkoła Informatyki i Zarządzania z siedzibą w Rzeszowie
ul. Sucharskiego 2, 35-225 Rzeszów, fax: +48 17 866 12 22 e-mail: wsiz@wsiz.rzeszow.pl
Wszelkie Prawa Zastrzeżone, Wyższa Szkoła Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie © 2010