Polityka
Krótki kurs historii socjalizmu i związków zawodowych (prawdziwej)
TAGI: Kuchnia intelektualna, Społeczeństwo, Polityka,
Dodano: 2009-08-18 10:43:00
WSZYSCY JESTEŚMY SOCJALISTAMI – Z CZEGO WZIĄŁ SIĘ SOCJALIZM 

Podczas Wiosny Ludów, w roku 1848, po robotniczym powstaniu paryskim, stanął przed sądem republiki Pierre Proudhon, cudowny utopista, który chciał zastąpić państwo federacją gmin wytwórców, a pieniądz, główne źródło zła – bonami wymiany. Podczas przesłuchania przewodniczący trybunału prosił Proudhona, przeciwnego walce politycznej robotników, by sprecyzował, co to jest „socjalizm”. Proudhon odparł bez chwili wahania:

- Wszelkie dążenie do poprawy doli społeczeństwa. 

- W takim razie – rzekł sędzia – wszyscy jesteśmy socjalistami. 

- Tak to właśnie rozumiem – kiwnął głową Proudhon. 

I to nie była wcale definicja zbyt szeroka. Pojęcie „socjalizmu” nie wzięło się z żadnego programu politycznego, nie miało nic wspólnego z „socjalizmem naukowym” Marksa i Engelsa. Słowo „socjalizm” poszło – od „question sociale”, angielskiej „social question”, „kwestii socjalnej”, czyli społecznej. Dlatego też „socjalistami” zaczęto nazywać ludzi z warstw wyższych, przejętych „kwestią społeczną”, przejętych losem biedoty, żyjącej w nędzy. „Socjalistów utopijnych” wykreował marksizm. Z nich Saint-Simon zmarł, zanim pojawił się problem. Fourier nie znał samego terminu jako ojciec bardzo praktycznego w gospodarce rynkowej, wcześniejszego „furieryzmu”, programu reform, czyniących pracownika „współkapitalistą”. „Socjalistą” nazywał siebie tylko Robert Owen, a jego zwolenników nazywano „owenistami” – został utopistą, kiedy zakładał rzeczywiście utopijne kolonie w Ameryce. Ale miał za sobą przełomowe reformy w prowadzeniu swego przedsiębiorstwa w New Lanark w Szkocji. Utopistami okazali się Marks i Engels. 
 

Co tych „socjalistów” motywowało? 

To, co demaskował Cobbett - nędza ludzka i straszne stosunki w świecie kapitalistycznych początków. Przemysł nie obdarował szczęściem pierwszych swoich robotników. Ojciec ekonomii politycznej, Adam Smith, domagał się wyższych płac dla robotników i prawa ich do zrzeszania się – czego im zakazano. Obowiązywał 14-, 16-, a nawet 17-godzinny dzień pracy. Bez niedziel, ani świąt. Dwie zmiany 12-godzinnne, dzienna i nocna, dały pewną ulgę, ale ci, co kończyli dwa tygodnie pracy nocnej, w dniu przejścia do dwóch tygodni pracy dziennej musieli pracować 24 godziny bez przerwy! I tak co pół miesiąca. Chłopaczki ośmioletnie, a nawet sześcioletnie, pracowały tysiącami w przędzalniach jako „szpulkarze” i w kopalniach jako „trappers” przy otwieraniu drzwi dla przejazdu wagoników z węglem; trappers zjeżdżali na dół w nocy i wyjeżdżali na górę po zmroku, nie oglądając światła dziennego. Pracowali w szwajcarskim Zurychu – w roku 1813 – po 15 i pół godziny, w Anglii 16 godzin, pod strażą nadzorców, których batogi zaliczano nieraz w inwentarzu fabrycznym do „narzędzi pracy”. Rządcy angielskich „domów ubogich” wypożyczali fabrykantom dzieci, które, żeby nie uciekły, na wszelki wypadek zakuwano w kajdanki. Samobójstwa chłopców i dziewczynek szły w setki, rzadko te dzieci dożywały dwudziestki, zżerały je nagminne zapalenia płuc, pylica i gruźlica. Nowe miasta fabryczne ziały koszmarem, po kilka osób gnieździło się na paru metrach kwadratowych, wynajmowano „miejsca w łóżku” na czas, kiedy właściciel szedł do pracy, w okręgach fabrycznych 40% nowourodzonych dzieci umierało przed ukończeniem pierwszego roku życia. Broszura Fryderyka Engelsa o położeniu klasy robotniczej w Anglii opierała się na wcześniejszych materiałach, które sam czytałem – filantropi, owi „socjaliści”, demaskowali stan rzeczy już i dwadzieścia, trzydzieści lat wcześniej, a Cobbet przed nimi.

Engels nie opisał jednak owego New Lanark, gdzie Owen, pierwszy reformator zarządzania przedsiębiorstwami, prawie pół wieku wcześniej zrobił pracowników swoimi partnerami i osiągał dzięki temu dla swej spółki zyski nieporównywalnie większe niż konkurenci. Zniósł kary cielesne, skrócił dzień pracy do 9 godzin, zorganizował stołówki, tanie kuchnie, kasy oszczędności, zalecane przez Adama Smitha, płacił więcej i zamiast kar wprowadził nagrody za sumienność; pobudował dla swych pracowników kolonie domków z ogródkami. I to wszystko opłaciło się bardziej niż system, w którym górnicy szkoccy do 1787 roku nosili obroże z wyrytym nazwiskiem właściciela kopalni. W roku 1935 Trevelyan, autorytet dostatecznie konserwatywny, by mu wierzyć, pisał, że gdyby współcześni zainteresowali się tym, co zdziałał Owen w New Lanark, „żylibyśmy dzisiaj w innym świecie”. To prawda. 

Nie opisał też Engels systemu zatrudnienia w kopalniach kornwalijskich, o którym wyczytać mógł w pewnym bardzo wziętym za jego czasów dziele, wielekroć wznawianym. Napisał je Charles Babbage, wielki matematyk, uznany dziś, i słusznie, ojcem komputera. Angażowano w Kornwalii nie pojedynczych górników, lecz ich samodzielne zespoły robocze, małe, wspólne przedsiębiorstwa – jak w dawnej polskiej Wieliczce. Jeden z klasyków ekonomii politycznej, współczesny Engelsowi John Stuart Mill, ojciec liberalizmu, też z uznaniem potraktował to doświadczenie. Popierał zresztą – spółdzielnie pracy i żałował ich, kiedy padały z braku kapitału i dobrych, a drogich menedżerów. Liberał!

Obok Owena pierwszy użył słowa „socjalizm” w latach 30. wieku XIX francuski dziennikarz epoki romantyzmu, Piotr Leroux. Podobno uszczypliwie mianował pierwotnie „socjalistami” swoich przyjaciół, saint-simonistów, rzekomo przeciwników indywidualizmu. Lata spędziłem w prasie francuskiej tego okresu; saint-simoniści byli pionierami rozwoju przemysłu i kolejnictwa, wielkich systemów kredytowych, pozwalających finansować wielkie linie kolejowe, żaden „socjalizm” jako upaństwowienie środków produkcji do głów im nie przychodził. „Socjalistami” i we Francji byli ci, którzy przejmowali się losem biedoty, ci, którzy gardłowali o „kwestię socjalną” i tworzyli w rezultacie „partię socjalną” (w Anglii byli właśnie „owenistami”). Leroux natomiast – o czym warto pamiętać – dał życie innemu, ważnemu dla nas dzisiaj pojęciu: „solidarności”. Rzymską, prawniczą treść „solidarności” najprościej tłumaczy wspólna, „solidarna” odpowiedzialność dłużników za jakieś zobowiązanie; Leroux za św. Pawłem wniósł do „solidarności” braterstwo i pomoc wzajemną. Ów zapomniany dziennikarz też sobie tym zasłużył na nieśmiertelność. Przynajmniej u nas, w Polsce… 

 1  2  3  4 


OPINIE

Dodaj swoją opinię
Autor:
Tytuł:
Treść:


kod z obrazka:

Wyższa Szkoła Informatyki i Zarządzania z siedzibą w Rzeszowie
ul. Sucharskiego 2, 35-225 Rzeszów, fax: +48 17 866 12 22 e-mail: wsiz@wsiz.rzeszow.pl
Wszelkie Prawa Zastrzeżone, Wyższa Szkoła Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie © 2010