i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2009-08-17 10:39:59

Intelektualiści poddają się modom – i to nikogo nie powinno dziwić. W końcu są ludźmi przekonanymi, że ich poglądy są w stanie wstrząsnąć opinią publiczną i doprowadzić do zmiany w danym obszarze ludzkiej aktywności czy sposobu myślenia. Z reguły domagają się też, by zmianę te wsparło lub wprowadziło państwo (ale kwestia dlaczego większość intelektualistów lewicuje jest tematem na inny felieton).
Od pewnego czasu istnieje moda na podkreślanie nierówności, wyszukiwanie rozmaitych grup „wykluczonych” (wedle modnej frazeologii) i załamywanie rąk nad tym stanem rzeczy. Jak wiadomo, mniejszości dotknięte nierównością, upośledzeniem, wykluczeniem itd. definiować można w każdy sposób: nawet kobiety mogły stać się upośledzoną mniejszością, chociaż w każdym społeczeństwie są większością.
Prof. Marcin Król, który – jak wielu – poczuł ostatnio w sobie imperatyw kategoryczny krytyki liberalnego kapitalizmu też wniósł swój twórczy wkład do powiększania listy wykluczonych. Pominę stwierdzenia słowne, dla których nie ma poważnego wsparcia, jak np. to, że „nierówność społeczna w Polsce przybrała już kolosalne rozmiary”. Najczęściej stosowany współczynnik nierówności Gini’ego zmienił się od czasów komunistycznych niewiele; poza tym jesteśmy wśród krajów postkomunistycznych krajem o stosunkowo najmniejszych nierównościach. Ale takie – rzucane z rękawa i niczym nie wsparte – oceny nie wyróżniają wzmiankowanego autora od innych, podobnie zachowujących się krytyków.
Ów „twórczy wkład” to m.in. genialne odkrycie, że nierówność materialna i inne nierówności są powodowane także przez geografię. Prawda to tylko o tyle, że różnice wynikające z geografii są. Ale zawsze były. Rozwój gospodarczy jest zjawiskiem, które kształtuje się – z różnych przyczyn – w spontanicznie rozwijających się centrach, które wysyłają impulsy prorozwojowe na swoje okolice. Centra rozwijają się zresztą i upadają.
W Europie ten rozwój zaczął się w średniowieczu w północnych Włoszech, a następnie przesuwał się na północ na tereny dzisiejszej Holandii i Belgii, podczas gdy stare centra traciły na znaczeniu. Tak było i tak jest. Np. w Niemczech po II wojnie światowej centrum dynamizmu gospodarczego przeniosło się z Północnej Nadrenii-Westfalii do Bawarii i Wittembergii. Tak jest i tak będzie. Wszystkie ludzkie działania ograniczane są przez świat realny, z którym prof. Król najwyraźniej nie chce nawiązać kontaktu. Być może dlatego, że brzydkie fakty świata realnego zamordowały niejedną piękną teorię.
Natomiast uczonemu nie wypada przekształcać swoich fobii i antypatii w insynuacje. W innych swoich elukubracjach na temat obecnego kryzysu prof. Król pisze bowiem, że „w warunkach zagrożenia i tak liberalnie i indywidualistycznie nastawione jednostki (najwyraźniej Autor lubi używać pleonazmów! J.W.) ... będą broniły siebie i w miarę możności zagarniały cudze”.
Jest to czyste pomówienie, bez jakiegokolwiek wsparcia empirycznego. W najbardziej indywidualistycznym społeczeństwie świata, w USA, mamy najwyższy poziom tzw. private giving, czyli finansowego wspierania działalności filantropijnej i wszelkich innych ludzkich inicjatyw. A poza tym, z innych badań amerykańskich wynika coś jeszcze ciekawszego: otóż liberałowie, którzy są przeciwni wielu działaniom „opiekuńczym” państwa, łożą na działania filantropijne z własnych pieniędzy więcej niż lewicowcy domagający się działań państwa w różnych obszarach. Ci ostatni zdecydowanie bardziej wolą wydawać cudze pieniądze.
Dopóki nie przeprowadzimy pełnej prywatyzacji (łącznie ze służbą zdrowia, ubezpieczeniami i ZUS-em) nie staniemy się prawdziwie kapitalistycznym państwem. I nie pozbędziemy się związanymi z tymi instytucjami problemów.


