i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2011-06-27 10:58:43

Polemika z tekstem Jerzego Chłopeckiego "Człowiek, koń i pies - kryteria cywilizacji. Traktat tylko częściowo żartobliwy".
Lubię od czasu do czasu zaglądać na bistro edu.pl a to z dwóch powodów: po pierwsze mam słabość do sybaryckich rozważań na wszelkie tematy – co bywa nagminne na portalach społecznościowych tego typu, a po wtóre żywię wielką estymę do Autora powyższego artykułu. Upodobania jednak to jedno, a rozsądek czasem zmierza jakby w inną stronę. Biorąc pod uwagę ograniczoną cierpliwość ewentualnych czytelników tego komentarza, ograniczę się do postawienia kilku znaków zapytania przy odrobinę karkołomnych meandrach rozumowania Autora.
Incipiam: Autor artykułu wielce podziwia angielskich kierowców oraz ich nadzwyczajną uprzejmość. Przeanalizujmy jednak tę sytuację, jako, że została ona przedstawiona w opozycji do sytuacji przejażdżki konnej w Zawadzie pod Dębicą. Otóż żywię jakieś wewnętrzne przekonanie , że angielska uprzejmość jest natury „zdroworozsądkowej”. Jeśli o mnie chodzi – widząc na drodze krowę, czy konia (nawet z jeźdźcem na grzbiecie) – zwolniłbym niechybnie. Łatwo wszak założyć, że „ żywina” może się spłoszyć – i nieszczęście gotowe. Wielce cenię sobie swoje życie, a i życie i zdrowie nierozsądnego dżokeja, a w końcu i konia takoż się wszakże liczy. Piszę nierozsądnego, bo warto w tym miejscu zastanowić się co na ten temat mówi prawo, czyli przepisy obowiązujące użytkowników drogi i to zarówno tej angielskiej, jak i polskiej. Konia z rzędem temu – łącznie z autorem - kto bez wahania odpowie na to pytanie. Pewnie wiemy, że na drodze pojawić się może furmanka, która nocą ma mieć przywieszoną gdzieś tam latarkę, no i wiemy, że koń ma być trzeźwy. W przypadku jeźdźca na koniu, z pewnością nie zgadniemy kto ma mieć latarkę, a jeśli tak to gdzie właściwie ma ona być podwieszona.
No i dobrze! Nasza niewiedza – to nasza codzienność.
Wszak nikt z nas nie czyta instrukcji, a jednak obsługujemy telewizor, magnetowid, a nawet Windowsa. Nie znamy prawa, a więc przy użyciu naszego rozumu uciekamy się do prawa zwyczajowego – owego pierwotnego koryta, którym płyną zachowania większości – aby stać się normą i kolebką prawa ustawowego. Cóż to w praktyce oznacza? Ni mniej ni więcej to, że w XXI wieku koń i jeździec na szosie – mówiąc eufemistycznie - to zjawisko ekstraordynaryjne - a mówiąc kolokwialnie to zestaw – zawalidroga, w dodatku stanowiący potencjalnie zwiększone zagrożenie. Ja tam nigdy nie mam pewności czy krowa, którą mijam wolno nie weźmie mojego czerwonego auta na rogi. Wiem doskonale – i słyszę już głosy protestu! Tak, tak. Nawet jeśli przepis tego nie reguluje, to Autor powyższego artykułu ma prawo jeździć sobie konno po E-4 w okolicach Zawady (co za fortunne miejsce!). No tak – ale wszak pieszy to też użytkownik takiej drogi. No, a jeśli pieszy postanowi wędrować poboczem drogi – na szczudłach? Bo jeśli wolno na koniu dla zaspokojenia niewątpliwej frajdy, jaką jest taka przejażdżka – to w czym szczudła mają być gorsze? A więc niech wyobraźnia pracuje: Wjeżdżam do Zawady, a tu idzie taki na tych szczudłach. No to zwalniam, bo przecież kiedy ten na szczudłach straci równowagę, to gruchnie nawet na przeciwny pas – pod tego tira z naprzeciwka, no więc czemu ja mam go przejechać? No udało się tym razem, ale przede mną następny i też na szczudłach, i następny i straszno się robi, bo nagle postrzegam, że w imię wolności jednych ograniczane są jakże zwykłe prawa drugich.
I oto koniec szkicu w sprawie „końskiej”
Przejdźmy do kwestii: „ Pies a sprawa polska”. Zastrzegam na wstępie, że pies w naszym domu był od czasów niepamiętnych (co należy rozumieć, że od dzieciństwa). Zastrzegam, również, że pozostawiam na boku transparentne hasła jakimi wymachują zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy tych czworonogów. Standardowy gambit w takich sporach brzmi: „pies na łańcuchu i bez wody w misce” oraz: „pogryzione dzieci” „psie kupy na ulicach i trawnikach”. Życie często jednak jest banalne, a więc przytoczę tu historię również banalną. Zdarza nam się czasami (mam tu na myśli Żonę i siebie), że bywamy zapraszani do naszych przemiłych znajomych, którzy są właścicielami płowego olbrzyma słusznego wzrostu, a ważącego na oko tak 60 kilogramów. Spieszę dodać, że ów olbrzym jest wielce przyjazny, a znamy go od szczeniaka. Jak się nietrudno domyśleć przyjmując zaproszenie, pozostawiamy w domu ogrodniczki, przywdziewając strój bardziej odświętny. Serdeczne powitanie następuje zaraz przy furtce. Pierwszy wita nas oczywiście pies, a jako, że tak na wszelki wypadek wchodzę pierwszy, pierwszy otrzymuję dowody widocznej (na marynarce) psiej sympatii, bowiem - jak to często bywa u psów dużych ras – pies jest „śliniakiem”. Kiedy mamy mniej szczęścia - uroczyście witana jest również moja Żona (pies ją bardziej lubi). Sympatię swą próbuje przekazać niejako „face to face” opierając łapy na ramionach, a jak nie trudno zgadnąć nie ma ubranych wtedy rękawiczek. Uczciwie przyznać należy, że pojawiający się Gospodarz, przerywa natychmiast te karesy. Zasiadamy przy uroczo nakrytym stolę, przy którym staramy się dorównać innym tak dowcipem jak intelektem. W myśli zaś zastanawiam się czy plama na marynarce „puści” pod wodą, czy raczej konieczna będzie wizyta w pralni. O czym myśli moja żona wolę nie myśleć. Banalna to historyjka, bowiem problemy (na szczęście!) są banalne.
Spróbujmy pokusić się o morał – którym wedle przepisu Tomka Sawyera – każda historia winna na końcu kiwać jak kot złamanym ogonem. Tutaj – przyznaję – wróciłem do tekstu Autora próbując odgadnąć gdzie On go ukrył. Wzrok mój pobiegł więc na koniec artykułu, oparł się o świętego Franciszka, by spocząć na nazwisku przywołanego tutaj biskupa Pieronka. Przez chwilę zastanawiałem się nawet jakie jest prywatne zdanie biskupa na temat relacji człowiek – koń – pies. Strach mnie obleciał, bo przez chwilę wyobraziłem sobie że szacowny biskup może być miłośnikiem kotów – i teraz może będzie Mu przykro, bo o kotach nie ma tu ani słowa. (Wybacz czytelniku – umysł niewykształcony zawsze zbacza do spraw mniej istotnych).
Wróćmy więc do morału jaki powinien umieścić w swym tekście Autor. Ja odnalazłem go w jednym, ale bardzo istotnym zdaniu: „Są to różnice cywilizacyjne”. Jak rozumiem: cywilizacyjne – czyli kulturowe. Tak więc mamy przywołaną tutaj piegowatą nieco kulturę Wyspiarzy (kilkukilometrowa przejażdżka szosą); jak i szwajcarsko-kantonową kulturę producentów sera, zegarków i scyzoryków (u których jak się domyślić należy – właściciel z psem ma takie przywileje jak u nas co najmniej matka z dzieckiem i to na ręku); a w opozycji jakby do nich – tę naszą , siermiężną, bez pól golfowych co kawałek oraz bez gry w krykieta, która jest jakże „au courant”.
Taką więc mamy tę naszą kulturę europejską od zacofanego Wschodu po rozwinięty Zachód. Przytoczone przykłady pokazują nam w którą stronę mamy równać, a lokalizacja – choćby przez urodzenie – pokazuje również z kim trzymać. Jesteśmy, bądź chcemy być Europejczykami (najlepiej tymi lepszymi). A jeśli wyjdziemy poza Europę? A jeśli nieopacznie zawędrujemy do Indii gdzie kultura kwitła, gdy w Europie rosły nieprzebyte bory? Wszak zobaczymy tam nie święte konie czy psy, a krowy, wałęsające się pospołu z psami, jeno bezpańskimi. Europejczyk strzepnie pewnie teraz pył ze swych sandałów, by podążyć dalej na wschód, wprost do Państwa Środka. Tam ceni się psy, zwłaszcza te tłuste. Co na to konie? Nie wiem. A jak wyglądałaby dziś nasza kultura – ta europejska – gdyby przemili i jakże uprzejmi Wyspiarze, oprócz zwyczaju „teatajmu” zaimportowali również zwyczaj przegryzania herbatki pieskiem?
Dlaczego usilnie podkreślam te, jakże oczywiste różnice? Bowiem dostrzegam tkwiącą w tym tekście (jak i w każdym z nas) podświadomą tendencję do wartościowania pewnych stanów kulturowych (stanów, bowiem kultura to wartość dynamiczna). Wartościowanie zaś to proces niejako automatyczny i nieodzowny. Normy etyczne czy też przykazania wyrastają właśnie na gruncie wartościowania. Jednak działa ono niczym miecz obosieczny, zwłaszcza kiedy próbujemy dokonywać takich porównań. Łatwo bowiem jest dojść do wniosku, że ta kultura/cywilizacja jest lepsza/wyższa od tej gorszej, zacofanej. A jeśli dokonamy takiego podziału, jesteśmy już o pól kroku od ponownego dojścia do wniosku (byli już przecież tacy) – że jedna rasa jest lepsza, a druga – co tu ukrywać – gorsza.
*Prawdziwe nazwisko znane Redakcji.
Dwa teksty: prof. Chłopeckiego i enigmatycznego Pana Stanisława (notabene posiadacza imienia o wspaniałym słowiańskim rodowodzie) dotknęły złożonej sfery kształtowania się kultury oraz mentalności indywidualnej i społecznej w kontekście relacji człowieka i zwierzęcia. Piękne. Jako






