i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2009-09-09 21:08:58

Lotnisko. Za każdym razem, lądując na lotnisku “Ben Gurion” w Tel Avivie mój poziom adrenaliny wzrastał. Bynajmniej nie dlatego, że ekscytowałam się przyjazdem do Ziemi Świętej, a raczej ze względu na nurtujące mnie zawsze pytanie, jak będzie wyglądać moja rozmowa z podejrzliwym urzędnikiem? I tym razem nie obyło się bez pytań: „Co pani zamierza tu robić?”, „Ile zamierza Pani zostać?”, „Do kogo Pani przyjechała?”. Ze względu na to, że granice przekraczałam ze znajomymi Izraelczykami padły również pytania o to, jak długo się znamy, gdzie się poznaliśmy, kim dla nich jestem. Po precyzyjnym sprawdzeniu w bazie moich danych osobowych, kilkukrotnym przewertowaniu mojego paszportu, dokładnym przyjrzeniu się mojemu biletowi powrotnemu, na przemian z bacznym obserwowaniem mojej osoby, wreszcie dane mi było przekroczyć granicę Świętej Ziemi, która dla mnie „święta” jest tylko z nazwy i ze względu na jej kontekst historyczno-religijno-kulturowy, a tak naprawdę ma kilka „grzeszków” na sumieniu.
Cały proceder trwał około 10 minut, a tylko dlatego, że podeszłam do stanowiska dla Izraelczyków, przez wzgląd na znajomych. Rok temu natomiast, gdy leciałam sama i tym samym musiałam ustawić się w kolejce „Non Israeli” razem z innymi obcokrajowcami, obsługująca mnie wówczas urzędniczka po zadaniu szeregu pytań, zadzwoniła po innego pracownika, który z kolei zaprowadził mnie do odgrodzonej poczekalni. Ponownie sprawdzono mój paszport, ponownie inny urzędnik zadał mi szereg pytań patrząc na mnie z dużą dozą rezerwy, po czym wreszcie dostałam miesięczną wizę.
Miasto i okolice. Stolica jest bardzo nowoczesna, silnie zurbanizowana i taka europejska. Inne miasta również. Owszem pobożnych Żydów można tu spotkać bez problemu, ale tych ortodoksyjnych już rzadziej. Obok siebie żyją członkowie tego samego narodu, ale jak bardzo różniący się od sobie w nastawieniu do kwestii religii czy kultury. Młodzieży izraelskiej bardzo zależy na rozwijaniu siebie, na kształceniu się, podróżowaniu. Tradycja i kultura – nieco zsunięte przez młodych na margines – to jedno, a chęć bycia „światowym” to drugie. Owszem pobożni dbają o tradycję, podtrzymują ją i przekazują następnym pokoleniom, ale nie dla wszystkich Izraelczyków jest to równie ważne i bliskie.
Można powiedzieć, ze Izrael to świat kontrastów, opozycji. Zlepek kultury nowoczesnej z kulturą zaprzeszłą, zaawansowanych technologii i tradycyjnych przyzwyczajeń czy zwyczajów, które nie zawsze idą ze sobą w parze – choćby wizualnie. Na jednej z ulic w centrum Tel Avivu – Allenby można zobaczyć stand, gdzie hostessa na monitorze laptopa prezentuje zainteresowanym reklamowany produkt, naprzeciwko niej w odległości metra leży żebrak, bardzo zaniedbany, z ropiejącymi strupami na nogach, obok targ, na którym warunki sanitarne pozostawiają wiele do życzenia, kilkadziesiąt metrów dalej bożnica, otoczona z kolei mnóstwem sklepów, ułożonych po jednej i drugiej stronie ulicy. Słychać tu hebrajski, rosyjski, angielski, tajski, filipiński. A swoją drogą rosyjski mógłby się stać kolejnym językiem urzędowym w Izraelu, ze względu na bardzo dużą ilość Rosjan w kraju. Przyjeżdżają tu, zostają, legalnie czy tez nie, pracują lub prowadzą własne zakłady. Częstą odpowiedzią na moje pytanie czy sprzedawca mówi po angielsku, było to czy ja mówię po rosyjsku, nierzadko się również zdarzało, ze nie pytali się w ogóle, tylko ze względu na moją urodę z góry zakładali, ze jestem Rosjanką lub że znam język.
Kilka dni temu byłam w Bat Yamie, oddalonym od Tel Avivu o około 7 km, gdzie większość mieszkańców miasta to właśnie Rosjanie, wokół słyszało się język rosyjski, a w sklepach pracowali głównie Rosjanie. Myślę, ze będzie ich jeszcze więcej. Fryzjerka – Rosjanka z pochodzenia – z którą zetknęłam się będąc w tym mieście mówiła o zamiarze sprowadzenia do Izraela rodziny z Rosji. Można powiedzieć, ze Izrael stał się dla nich „ziemią obiecaną”. Ale również dla Filipińczyków, Murzynów, Tajów kraj ten jest atrakcyjny. Duża część z nich – czy to z miłości czy z wyrachowania – wiąże się z Izraelczykami, zakłada rodziny i zostaje na stałe. Ten proceder stał się na tyle częsty, że władze kraju postanowiły ograniczyć tę idyllę i nasilić deportacje obcokrajowców przebywających tu nielegalnie. Należy jednak przy tym wspomnieć, ze największa kulminacja tych działań miała miejsce kilka lat temu. W latach 2003 – 2007 kontrolowanie autobusów, „naloty” na mieszkania, gdzie mieszkali obcokrajowcy, tajna policja na ulicach były na porządku dziennym.
Dla mnie Izrael jest państwem ścierania się tego, co dawne i tego, co współczesne, tego, co było i tego, co jest. Miasto zmienia się, rozwija – staje się „moderne” – budowane są nowe mieszkania, apartamenty, centra rozrywki, odnawiane są stare budynki, po wąskich ulicach jeździ coraz więcej samochodów, także tożsamość żydowska się zmienia – jest bardziej płynna. Rzeczą, która mnie zaskakuje i zastanawia jest fakt, iż Żydzi nie lubią, gdy się ich tak nazywa, wolą słyszeć Izraelczyk. Biorąc pod uwagę, że słowo „Żyd” ma konotacje kulturowo-religijne, jak również historyczne, a „Izraelczyk” to nazwa mieszkańca kraju Izrael, można odnieść wrażenie, iż wstydzą się oni tego, kim są, może traktują tę kwestię jak brzemię – „Izraelczyk” brzmi bardziej neutralnie. Jednak przyczyną takiego stanu rzeczy może być fakt, że przecież nie każdy Izraelczyk jest Żydem, obywatelami tego kraju są ludzie różnych narodowości i wyznań.
Ubolewam nad faktem, że media w Polsce pokazują tylko jedną stronę medalu, przedstawiając Żydów ortodoksyjnych, wobec czego obraz państwa i jego obywateli jest nieco zakłamany. Wyrazem tego mogą być rozmowy z Polakami, dla których Żyd to głównie ten z kipą lub futrzaną czapką na głowie, w czarnym kaftanie.
Codzienność. Chodzi mi tu głównie o codzienność izraelsko – muzułmańską, o ich współpracę i rzeczywistą możliwość współistnienia. W mieście Tira, oddalonym od Tel Avivu o godzinę jazdy samochodem, które odwiedziłam w sobotę, świetnie jest to zobrazowane. Żydzi i Arabowie żyją ze sobą, pracują, robią interesy. Izraelczycy szanują ramadan i inne święta muzułmańskie i vice versa. Może patetycznie to zabrzmi, ale dla mnie relacją „ponad podziałami” było zwykłe pozdrowienie się Izraelczyka i Araba, zwykłe pytanie: „Co słychać?”, „Jak się masz?”. Również w samym Tel Avivie jest podobny przykład. Dzielnica Tel Aviv – Jaffo – żyją tu i współpracują ze sobą Żydzi, Arabowie i chrześcijanie, jest tu kościół, gdzie prowadzone są msze po polsku, hiszpańsku, angielsku czy nawet po hebrajsku, bowiem niewielka grupa – ale jednak – Żydów wyznaje chrześcijaństwo. Obok siebie są sklepy prowadzony przez Arabów, bar z koszernym jedzeniem, minaret – i nikogo to nie dziwi. Jest normalne „że można”.


