i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2009-12-17 21:52:14
Spostrzeżenie to wydarte z kontekstu powinno niepokoić. Ale jeśli popatrzeć na inne badania i inne wskaźniki charakteryzujące społeczeństwo sieciowe, to okaże się, że wśród osób należących do „klasy twórczej", które intensywniej korzystają z technologii teleinformatycznych (Internetu, telefonii komórkowej) nie maleje, a wręcz rośnie zaangażowanie polityczne i obywatelskie9. Tyle że jest to zaangażowanie opierające się na innych formach aktywności. Zamiast partii politycznych lub stowarzyszeń, do których tęskni Putnam, przedstawiciele klasy twórczej wybierają wspólnoty graczy i inne internetowe wspólnoty komunikacyjne. W miejsce stałych zrzeszeń wolą akcje ad hoc, na zasadzie flash-mob, zwoływane za pomocą komórek i Internetu.
Analitycy badający takie wydarzenia, jak wspomniane wybory prezydenckie w 2002 r. w Korei Południowej lub ostatnie wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych, formułują tezy o powstaniu nowej, alternatywnej sfery publicznej. Zdaniem Jurgena Habermasa, sfera publiczna, na którą składała się prasa i spotkania obywatelskie, była fundamentem działania demokracji mieszczańskiej. To ona umożliwiała publiczną debatę i artykułowanie woli politycznej. Niestety, sfera publiczna uległa atrofii, między innymi na skutek komercjalizacji mediów i ich zawłaszczenia przez kapitał. Media stały się częścią sektora rozrywki, a dalej „kompleksu militarno-rozrywkowego" (tendencję tę dobrze ilustruje przejęcie dziennika „Le Figaro", symbolu francuskiej demokracji, przez koncern zbrojeniowy Dassault). Jednakże za sprawą rozwoju technologii teleinformatycznych, które już w 1983 r. politolog amerykański Ithiel de Sola Pool nazwał „technologiami wolności"10, nastąpiło swoiste odrodzenie sfery publicznej. Obywatele otrzymali narzędzia niezależnego od „mediów oficjalnych" formułowania swoich poglądów.
Przykładem siły tej alternatywnej sfery publicznej była tzw. rathergate. Dan Rather, niezwykle popularny dziennikarz stacji telewizyjnej CBS, podczas jednego ze swoich programów w trakcie ostatniej kampanii prezydenckiej przedstawił dokumenty mające świadczyć, że George W. Bush podczas służby w Gwardii Narodowej starał się, jak mógł, unikać swoich obowiązków. Wkrótce po emisji w Internecie pojawił się blog (internetowy dziennik), którego autor zarzucił Ratherowi manipulację i posługiwanie się fałszywymi dokumentami. Zwolennicy Busha „rzucili się" przez Internet na Rathera, sprawę podchwyciły inne media, w efekcie zasłużony dziennikarz musiał odejść na wcześniejszą emeryturę. Co gorsza, w istocie nie wiadomo do końca, jaka była prawda. Internet posłużył nie tyle wyjaśnieniu prawdy, ile jej fragmentacji. W powodzi często sprzecz¬nych komunikatów komunikat Rathera stracił legitymację prawdziwości, nawet gdyby był prawdziwy.
Jak więc widać, nowa sfera publiczna nie jest przestrzenią wirtualnej idylli, ale pokazuje, jak bardzo ponowoczesny dyskurs jest pofragmentowany. Aby lepiej zrozumieć skalę tej fragmentacji, warto przytoczyć refleksję Steve'a Davida. Jeden z menadżerów wysokiego szczebla w koncernie Procter&Gamble zauważa: „Porozumiewamy się z naszymi konsumentami przez telewizję, radio, gazety od 60 lat. To w ten sposób informujemy o swojej marce. Dzisiaj jednakże przebicie się z komunikatem jest znacznie trudniejsze, gdyż konsumenci mają do wyboru 500 kanałów telewizyjnych i wiele niezgodnych ze sobą technologii (np. telefony komórkowe). Czterdzieści lat temu, jeśli firma podobna do P&G chciała dotrzeć do 80% docelowych odbiorców, powiedzmy kobiet w wieku 18-45 lat, wystarczyły trzy sześćdziesięciosekundowe reklamy telewizyjne. Dziś potrzebowalibyśmy przynajmniej 115 spotów trzydziestosekundowych"11.
Prawa nowego świata
Przyglądając się nowemu, cyfrowemu światu dostrzegamy, jak ważna dla jego funkcjonowania jest technologia. Błyskotliwe stwierdzenie Marshala McLuhana z przedinternetowej „epoki telewizji", że medium is the message, dopiero dzisiaj można w pełni zrozumieć. Wynalazek telewizji był wydarzeniem o charakterze skokowym, raz kupiony odbiornik może służyć widzowi kilkanaście lat, a jego zdolności odbioru programów pozostaną cały czas praktycznie takie same.
W cyfrowym świecie komputerów i sieci rewolucja trwa cały czas i rządzą nią swoiste metaprawa mówiące, że co było dobre dwa lata temu, dziś jest przeżytkiem. Prawo pierwsze, sformułowane przez Gordona Moore'a, jednego z założycieli koncernu Intel, wielkiego producenta mikroprocesorów, głosi, że moc obliczeniowa procesorów podwaja się co 18 miesięcy. A zatem w latach dziewięćdziesiątych prywatni producenci gier mieli do swojej dyspozycji komputery o mocy obliczeniowej, na jaką na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych mogli pozwolić sobie tylko wojskowi. Z kolei dziś każdy za niewielkie pieniądze może sobie sprawić komputer, który będzie studiem filmowym i muzycznym, o jakim piętnaście lat temu marzyć mogli tylko magnaci z Hollywood.
Ale to nie wszystko, prawo Moore'a uzupełnia prawo Metcalfe'a. Bob Metcalfe, jeden z pionierów łączenia komputerów w sieci, stwierdził, że wartość sieci rośnie proporcjonalnie do kwadratu połączonych ze sobą komputerów. Im większa i gęstsza sieć, tym większa jej wartość, bo umożliwia ona samoorganizację na skalę globalną. Niektórzy wizjonerzy mówią wręcz o zachodzeniu w sieciach zjawisk emergentnych, o powstawaniu przy odpowiedniej gęstości komunikacji zjawiska „inteligencji zbiorowej", czegoś w rodzaju superumysłu12 .
Faktem jest, że skutkiem działania prawa Moore'a i Metcalfe'a niebywałe technologiczne uzbrojenie jednostki i społeczeństwa stało się jednym z czynników, które umożliwiły narodziny wspomnianej klasy twórczej i rozwój zjawiska mass intellectuality13 czy też mass creativity. Wielu obserwatorów na zjawisko „masowej twórczości" patrzy sceptycznie, twierdzą sarkastycznie, że mimo nowych możliwości nie widać zbyt wielu Nowych, Wielkich Dzieł.
Może jednak wcale nie tak trudno wyjaśnić tę tajemnicę braku wielkich dzieł w epoce masowej twórczości. Antropologowie badający społeczności sieciowe odkrywają, że następuje w nich powrót do starych rytuałów, które - jak się wydawało - w dobie modernistycznej racjonalizacji powinny ulec wyparciu. Okazuje się, że rosnącej formalizacji stosunków międzyludzkich opartych na racjonalności ekonomicznej towarzyszy wzrost liczby kontaktów opartych na archaicznej kulturze daru. Coraz więcej przedsięwzięć w sferze technicznej (środowiska wolnego oprogramowania), artystycznej, intelektualnej (encyklopedia Wiki) powstaje na zasadzie bezinteresownej współpracy tysięcy uczestników, którzy pracują just for fun - po prostu dla zabawy.
Innym aspektem dyfrowego „powrotu do przeszłości" jest eksplozja kultury bricolage’u, czy mówiąc bardziej współcześnie - samplingu. Przypominają się w tym miejscu stwierdzenia Gabriela Tarde'a, francuskiego socjologa z końca XIX wieku, że istotą organizacji społecznej jest naśladowanie przerywane aktami innowacji, które znowu przez naśladownictwo są upowszechniane. Świat kultury cyfrowej to przestrzeń kipiąca wybuchającymi nieustannie małymi innowacjami, które najczęściej dotyczą odkrywania nowych form współuczestnictwa w kulturze (by wspomnieć najpierw wynalazek wspólnego tworzenia oprogramowania przez Linusa Torvaldsa, potem pomysł wspólnego tworzenia gier przez id Software, a dziś eksplozje serwisówpeer-to-peer, umożliwiających wymienianie się plikami muzycznymi i filmowymi).
Warto jeszcze dodać, że nowym formom uczestnictwa w kulturze towarzyszą tzw. prawa „nowej ekonomii"14. Otóż w gospodarce opartej na produkcji niematerialnej ulega zmianie hierarchia ważności. O ile wyprodukowanie produktu początkowego, na przykład pierwszego egzemplarza oprogramowania, jest bardzo kosztowne, o tyle już każda kolejna wersja prawie nic nie kosztuje. Ponadto w przeciwieństwie do gospodarki materialnej w gospodarce cyfrowej w miejsce prawa malejących przychodów obowiązuje dodatnie sprzężenie zwrotne. Im więcej kopii cyfrowego produktu na rynku, tym bardziej rośnie zysk kapitalisty. Dodajmy do tego potencjalnie znikome koszty dystrybucji i dotarcia do konsumenta.
Kultura ma znaczenie
Widzimy więc, że świat cyfrowy to świat paradoksów i kulturowych inwersji. Świat olbrzymiej fragmentacji i niespotykanego potencjału społecznej mobilizacji. Cechy, które były dysfunkcjonalne z punktu widzenia społeczeństwa istniejącego jeszcze dwadzieścia lat temu, stają się głównym źródłem wartości społeczeństwa współczesnego. Zabawa staje się pracą poważniejszą niż trud górnika w kopalni. Zaciera się różnica między grą i wojną, bo obie te sfery stają się częścią kultury popularnej. I w końcu to kultura, jako złożone środowisko symboliczne, decyduje dziś o rozwoju.
Tej właśnie roli kultury, która nagle stała się Marksowską bazą, najwięcej uwagi w sensie krytycznym poświęcają uczniowie Marksa. Fabryki przestały być locus wytwarzania wartości, fabryki są zbędnym balastem, który eksportuje się do krajów Trzeciego Świata. Wartość powstaje na skutek pracy niematerialnej, pracy, która jest skutkiem procesów komunikacyjnych przebiegających w sieciach społecznych. Miejscem pracy są sieci, jej środowiskiem język, jej substancją symbole i afekty. Symbolem gospodarki przemysłowej była fabryka, symbolem gospodarki poprzemysłowej jest Wieża Babel. „Wytwarzanie wartości w gospodarce ma coraz bardziej charakter biopolityczny, jego celem nie jest tylko wytwarzanie dóbr, ale głównie informacji, komunikacji, kooperacji - w skrócie: wytwarzanie relacji społecznych i porządku społecznego. Kultura jest z tego względu jednocześnie elementem porządku politycznego i wytwarzania wartości" - piszą neokomuniści Antonio Negri i Michael Hardt w książce Multitude.
To właśnie w przestrzeni kultury przebiegają walki współczesnego cyfrowego kapitalizmu, świat racjonalności ekonomicznej ściera się z Habermasowskim światem życia. Wszystko, każdy afekt, każdy symbol, każda relacja może stać się przedmiotem rynkowej oferty. Ale też kultura okazuje się układem immunologicznym chroniącym społeczeństwo przed wirusami komercjalizmu. W efekcie kolejne innowacje zmierzające do poszerzenia oferty spotykają się z innowacjami płynącymi ze świata życia, powodującymi, że zachowana zostaje sfera społecznej autonomii. Podobnie jednak jak układ immunologiczny nie gwarantuje całkowicie skutecznej obrony przed chorobotwórczymi bakcylami, tak też nie ma gwarancji, że kultura będzie zawsze wygrywać w tym wyścigu. Ale kultura tym bardziej jest potrzebna. Potrzebna jest kapitałowi, by tworzyć ideologię „nowego ducha kapitalizmu"16, uzasadniającą konieczność pewnych zachowań, wyborów i reguł społecznej organizacji. I potrzebna jest, by swym krytycznym potencjałem rozkodowywała języki rządzące w sieciach współczesnego świata i dekonstruowała rządzące ideologie.
9B. Wellman, Computer Networks as Social Networks, „Science", t. 293, 14 IX 2001
10I. de Sola Pool, Technologies of Freedom, Belknap Press, Cambridge, Mass. 1983.
11S. Dawid, Consumers Take a Lead w: Connected Homes, Fernando Gil de Barnaby y Varela (red.), Premium Publishing, London 2004.
12P. Lévy, L'intelligence collective: pour une anthropologie du cyberspace, La Découverte, Paris 1997; D. de Kerckhove, Inteligencja otwarta: narodziny społeczeństwa sieciowego, przel. A. Hil¬debrandt i in., Mikom - Somerville House Publishing, Warszawa - Toronto 2001.
13M. Hardt, A. Negri, Empire, Harvard Uniwersity Press, Cambridge, Mass. 2000.
14C. Shapiro, H. R. Varian, Information Rules: A Strategic Guide to the Network Society, Harvard Bussines School Press, Boston 1999.
16 L. Boltanski, E. Chiapello, Le nouveel esprit du capitalisme, Gallimard, Paris 1999.






