i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2010-04-23 23:32:21

Trudno jest wytrzymać 9 dni w atmosferze patriotycznego wzmożenia. To znaczy trudno jedynie tym, których patriotyzm, odbudowywanie przez Polaków poczucia wspólnoty, z jakichś przyczyn uwiera.
Mnie akurat taka atmosfera nie tylko nie uwiera, ale wręcz przeciwnie, chciałbym, by nasza codzienna wrzaskliwość umilkła na dłużej niż tylko czas narodowej żałoby. Dlatego w poniedziałek po pogrzebie prezydenckiej pary ucieszyłem się, gdy posłanka Beata Kempa z PiS uchylała się w telewizji od odpowiedzi na pytania polityczne, dając Tomaszowi Lisowi do zrozumienia, że czas pogrzebów kolegów, którzy zginęli w katastrofie pod Smoleńskiem, nie jest najlepszym momentem na takie dywagacje.
Zohydzacze wszystkiego co „kaczyńskie” po katastrofie szybko przystąpili do kontrnatarcia. Okazję dostali szybko, za sprawą odważnej decyzji kardynała Stanisława Dziwisza (bo to on musiał w tej kwestii postawić kropkę nad „i”) o pochówku prezydenckiej pary na Wawelu. Ach, któż tam nie zagrzmiał! „Gazeta Wyborcza” w stanowisku redakcyjnym na pierwszej stronie (rzecz skądinąd niesłychanie rzadka) próbowała przekonywać, jak zła to decyzja. Na Himalaje kabotyństwa wspięli się reżyser Andrzej Wajda z żoną, żądając od władz kościelnych wycofania się z tej wysoce niefortunnej decyzji podjętej pochopnie w chwili żałoby i współczucia. Cóż, jeżeli Wajda nie wie, że Kościół nie zmienia pod wpływem protestów raz podjętej decyzji, gdy nie ma podstaw do takiej zmiany, to oznacza, że jest w tej materii kompletnym ignorantem i nie powinien zabierać głosu. Jeżeli zaś wiedział, a mimo to wystąpił z tym apelem, to co chciał tym osiągnąć? Zaistnieć? Zamanifestować? Chyba nie jest mu to do niczego potrzebne.
Pierwszy głos rozsądku był głosem prof. Jadwigi Staniszkis, która powiedziała w TVN24: Pochowanie Lecha Kaczyńskiego na Wawelu to bardzo dobra decyzja. Nie ze względu na dokonania prezydenta, a na jego wielkie marzenie o silnej Polsce i solidarnym społeczeństwie. Te marzenia prezydenta Kaczyńskiego nie zostały spełnione i to jest wyzwanie dla następnych pokoleń. A w dzisiejszym świecie powinniśmy cenić ludzi za marzenia. Dlaczego tym razem nie chciano uważniej wsłuchać się w głos guru (w spódnicy) polskiej socjologii, a z drugiej strony poświęcono tak wiele uwagi protestom grupki przeciwników pochówku?
Wszyscy XX-wieczni politycy, którzy leżą na Wawelu, wzbudzali za życia kontrowersje. Piłsudski… Sikorski... Wielkością Polski było jednak to, że patrzyła dalej i - mimo tych kontrowersji - umieściła ich w tym symbolicznym miejscu.
Cieszę się, że miejsce pochówku pary prezydenckiej będzie najprawdopodobniej tzw. kryptą katyńską. Trudno nie przyklasnąć temu, co powiedział „Gazecie Krakowskiej” prof. Franciszek Ziejka, były rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego: Prezydencki pogrzeb to jedyna okazja, by na Wawelu utrwalić wspólnie pamięć zarówno tych 96 osób, które zginęły w Smoleńsku, jak i tysięcy oficerów, przedstawicieli polskiej inteligencji zamordowanych przez NKWD w Katyniu, Miednoje, Charkowie i innych miejscach. Dlatego w środę rano za pośrednictwem jednego z przyjaciół przekazałem księdzu kardynałowi Dziwiszowi mój pomysł przekształcenia krypty, w której mieli być pochowani Lech i Maria Kaczyńscy, w miejsce uczczenia pamięci wszystkich ofiar Katynia - i tych sprzed siedemdziesięciu lat, i tych z 10 kwietnia. Sarkofag prezydencki wszak domyka historię tamtej zbrodni i walki o pamięć o niej.
W tej koncepcji prezydencki sarkofag byłby elementem małego sanktuarium upamiętniającego Katyń. Trzeba być człowiekiem o wyjątkowo ciasnym umyśle, niezdolnym do zrozumienia, czym jest pamięć o przelanej niewinnej krwi i sens ofiary, by taki pomysł zanegować.
Parę dni temu zastanawiałem się, kto ze współczesnych polityków nie wzbudziłby kontrowersji, gdyby po jego śmierci chciano go pochować na Wawelu. Wyszło mi, że każdy jest na tyle uwikłany w bieżące gry polityczne, iż wzbudzałby kontrowersje, co skądinąd byłoby rzeczą naturalną, bo każdy z nich ma zwolenników i przeciwników. Wtedy wpadł mi do głowy Ryszard Kaczorowski, ostatni prezydent na uchodźctwie. Człowiek -kryształ, pełen godności, nobliwy starszy pan uosabiający majestat Polski londyńskiej. Ale okazuje się, że nawet sens Jego misji można zanegować, co zrobił prof. Bohdan Jałowiecki w tekście „Fałszowanie pamięci i krokodyle łzy” opublikowanym na „Bistro”. Pan Profesor napisał w nim m.in.: Jego (Kaczorowskiego – przyp. JK) >>prezydentura<< na uchodźctwie miała charakter mniej niż kanapowy. Wybrany przez kilku kolegów nic i nikogo nie reprezentował. Nieprawda! Pisząc o „fałszowaniu pamięci”, proszę samemu tego nie robić, Panie Profesorze. A jeżeli to umknęło z Pana pamięci, to przypomnę, że tuż po wojnie byli ludzie, którzy byli na tyle pryncypialni, że podjęli decyzję, iż nie wrócą do kraju „wyzwolonego” i zajętego przez komunistów, lecz pozostaną na emigracji. Nazywaliśmy ich niezłomnymi z Londynu. Ryszard Kaczorowski nie był, jak Go Pan nazwał w innym miejscu swojego tekstu, człowiekiem, którego misja miała „operetkowy charakter”, lecz symbolem środowiska londyńskich niezłomnych. Symbolem generacji ludzi, którzy po wojnie postanowili ocalić ducha wolnej Polski z dala od kraju rządzonego przez komunistów. Ci z Polaków, którzy nie zapomnieli, czym jest patriotyzm, dokładnie wiedzieli, w imię jakich wartości niezłomni wybrali tułaczkę po świecie, a nie życie w komunistycznej klatce.
W PRL niezłomni z Londynu byli przedmiotem szyderstw władz. Ostatni raz słyszałem, że rząd londyński to grupa „śmiesznych dziadków”, tuż po stanie wojennym, na zajęciach studium wojskowego na mojej uczelni. I myślałem, że już więcej nie usłyszę. Cóż, niestety, myliłem się…
Kuriozów w tekście Pana Profesora jest mnóstwo. Wspomnę tylko o dwóch. Na jakiej podstawie Pan Profesor twierdzi, ze piloci byli pod presją? Czyją presją? Czyżby Pan Profesor leciał tym samolotem? A może zna już zapis z czarnej skrzynki? Fakty, fakty proszę, nie interpretacje, bo to jest właśnie manipulowanie i fałszowanie historii. I druga rzecz: Pan Profesor, mówiąc pogardliwie o „ulicznym kryterium żałobnym”, próbował zlekceważyć mój i tysięcy, tysięcy ludzi, wysiłek związany ze staniem w kolejce do oddania czci prezydenckiej parze. Stałem w tej kolejce w piątek, 16 kwietnia, 12 godzin. Najpierw na dużym słońcu, a później w przenikliwym zimnie. Cały obolały od tego stania. I zrobiłem to, podobnie jak wszyscy, którzy stali razem za mną, nie po to, by komuś coś udowodnić, lecz z płynącej z serca potrzeby oddania czci Lechowi i Marii Kaczyńskim. Nie stałem tam jako sympatyk PiS, bo mam wiele rezerwy wobec tej partii (podobnie jak wszystkich innych). Tym bardziej wypraszam sobie, by mnie nazywano „gawiedzią”. Można nie rozumieć, co to jest poświęcenie (czasu, sił itd.) dla Ojczyzny, ale nie wolno tego negować.
Oddajmy jednak Panu Profesorowi sprawiedliwość: wielkopańskim gestem przyznaje w tekście, że w tej kolejce „byli też i tacy”, którzy byli „szczerze przejęci tragedią”. Pewnie jakaś garstka. Drogi Panie Profesorze, w tej kolejce takich była większość, o czym by się Pan przekonał, gdyby postał Pan z nami te, bagatela, 12 godzin.
Pan Profesor ma rację, pod Pałacem Prezydenckim nie zebrał się cały naród, którego część zajmowała się w tym samym czasie swoimi sprawami. Ale na pewno zebrali się tam ludzie, w których postawie widoczna była, zadziwiająca choćby wielu przybyszów z zagranicy, szlachetność. Tego też im Pan odmówi?
W środowej „Rzeczpospolitej” red. Marek Magierowski prześledził głosy w mediach polskich i zagranicznych, które nazwał „kłamstwem wawelskim”. Sprowadzają się one do tego, że salonowi dziennikarze i komentatorzy, zrywając żałobę narodową, poświęcili się, jak stwierdza Magierowski, swemu ulubionemu zajęciu: opluwaniu Jarosława Kaczyńskiego. Tym razem w kontekście tego, kto podjął decyzję o pochówku na Wawelu. Medialne kłamstwo przybrało tu, zdaniem wicenaczelnego „Rzeczpospolitej”, formę śniegowej kuli. Wśród toczących ją jest także, niestety, prof. Jałowiecki, który pisze, że nie ma obecnie nikogo, kto chciałby się przyznać do tego pomysłu (pochówku na Wawelu – przyp. JK).
Więcej intelektualnej uczciwości od wszystkich „kłamców wawelskich” pokazał, skądinąd bliski salonowi, Tomasz Lis, który powiedział 16 kwietnia w Radiu Tok FM: Pomysł z Wawelem, i mówię to z absolutną kategorycznością, nie był pomysłem Jarosława Kaczyńskiego ani jego rodziny. I niegodne, i niesmaczne było zrzucanie tego pomysłu czy na niego, czy na marszałka Komorowskiego.
Zakończę ten tekst ważnym pytaniem, które zadał salonowi red. Rafał A. Ziemkiewicz w czwartkowej „Rzeczpospolitej”: Do jakiego stopnia trzeba być wyobcowanym z polskości i jak bardzo jej nienawidzić, aby odczuwać strach na widok, że Polacy odbudowują poczucie wspólnoty?
Wiktor Strzemosz, Warszawa (chociaż ani "warszawka" ani "salon")






