Katyń i Smoleńsk
TAGI: Kuchnia intelektualna, Społeczeństwo,
Dodano: 2010-04-12 14:44:24

Wydaje się, że o tragedii pod Smoleńskiem powiedziano już wszystko i nic do tego dodać nie można. Jest to tylko częściowa prawda. Jest faktem, że takiej katastrofy nigdy nie przeżyła Polska ani nigdy w historii najnowszej nie przeżył żaden naród. Mówimy rzecz jasna o katastrofie w znaczeniu dosłownym, katastrofie, w której równocześnie giną - głowa państwa, wszyscy dowódcy wszystkich rodzajów wojsk i spora część elity politycznej kraju. Nie jest jednak prawdą, co w wielu wypowiedziach się pojawiło, że jest to największa w polskiej historii tragedia, porównywalna z tą w Katyniu, nie mówiąc już o tej we wrześniu 1939 roku, czy tej w październiku 1944 roku, gdy po przegranym powstaniu ginęła Warszawa.
Czynienie z tej katastrofy drugiego Katynia eksploatuje tanią i fałszywą symbolikę wynikającą z jedności tragicznego miejsca. Jeśli już komuś koniecznie zależy na symbolach, niech uzmysłowi sobie, że Katyń wykopał przepaść między Polską a Rosją, Smoleńsk zaś – być może, miejmy taką nadzieję – pomoże przepaść tę zasypać. Jest faktem, że rosyjscy przywódcy – Putin i Miedwiediew - a za nimi zwykli Rosjanie, przekroczyli wszystkie standardy wyznaczane tradycyjnie przez reguły dyplomacji. Jeszcze dwa dni wcześniej politycy, dziennikarze, komentatorzy stosunków politycznych dywagowali czy przemówienie premiera Putina na uroczystościach katyńskich było, czy nie było, szczere, czy powiedział to, co powiedzieć powinien i czego nie powiedział. Wielu podnosiło, że owszem, było to wystąpienie dobre, ale brak w nim było empatii. W Smoleńsku, gdy spontanicznie i po ludzku objął Tuska, nikt już nad empatią czy jej brakiem zastanawiać się nie mógł. W kontekście kwiatów i zniczy spontanicznie stawianych przez zwykłych Rosjan pod ambasadą polską w Moskwie czy konsulatem w Sankt Petersburgu, nawet największy rusofob, a takich przecież w Polsce nie brakuje, nie ośmieli się dawać wyrazu swoim fobiom. Czy jest to więc przełom w stosunkach Polski z jej najważniejszym wschodnim sąsiadem?
Tego przełomu spodziewaliśmy się po polityce. I tu paradoks – nie pierwszy zresztą w tym, co przyniósł nam los – polityka Prezydenta i Jego politycznego obozu wcale do tego przełomu nie prowadziła, przeciwnie, zdawała się być przeszkodą w naprawie stosunków polsko-rosyjskich. Ale wszystko na to wskazuje, że Jego tragiczna śmierć uczyniła to, co żadne działania polityczne i dyplomatyczne przynieść nie byłyby w stanie – doprowadziła do przełomu, a w każdym razie pozwala mieć nadzieję na rzeczywisty przełom. Lech Kaczyński, Prezydent Rzeczpospolitej, żegnany był na ziemi rosyjskiej tak, jak – nie ma co do tego wątpliwości – nigdy nie byłby w Rosji za życia ani witany ani żegnany.
Oczywiście Rosji zależy od pewnego czasu na naprawie stosunków z Polską. Analizując kwestię tę chłodno, by nie rzec cynicznie, można zauważyć, że polityka rosyjska wykorzystała sytuację, aby za cenę niezbyt kosztownych gestów (pewne koszta katastrofy smoleńskiej i jej organizacyjnych konsekwencji Rosjanie wzięli na siebie!) stosunki ze swoim tradycyjnym, naturalnym sąsiadem a równocześnie granicznym państwem UE, naprawić. Tak, to prawda. Ale przy całej mojej, dalekiej od sentymentalizmu, postawie, nie wierzę aby stosunek Rosji i Rosjan do Polski i Polaków w tym dramacie był stosunkiem wyrachowania i chłodnego cynizmu. Zresztą nawet gdyby taka postawa ze strony rosyjskich przywódców miała miejsce, jej rezonans w umysłach i sercach Rosjan byłby autentyczny i emocjonalnie prawdziwy. Także tych Rosjan, którzy dotąd nigdy polonofilstwem się nie wyróżniali. Dlaczego? Wytłumaczenie tego fenomenu wiąże się po części z wyjaśnieniem paradoksu tłumów ulicznych witających trumnę ze zwłokami Prezydenta na ulicach Warszawy.
Jesteśmy, Polacy (a w pewnym sensie dotyczy to także Rosjan), wspaniałym narodem i kiepskim społeczeństwem. Wiedział już o tym Norwid. Jak każda wspólnota, łączymy się w biedzie i nieszczęściu. Tak nas zresztą wywianowała historia i dzięki tej umiejętności „bycia razem w nieszczęściu” przetrwaliśmy jako naród. Kiedy bieda mija, stajemy się stadami wilków, z których każde stado stara się inne wygryźć z zajętego przez siebie żerowiska.
Ponoć – bo opinię tę znam z cudzego przekazu - Ernest Bryll zauważył, że w tych dniach traumy, standardy zachowań wyznaczała ulica. Uwaga uznana za wyjątkowo odkrywczą, w istocie jest dość banalna. Zawsze w takich sytuacjach standardy zachowań wyznacza ulica. Ulica bowiem staje się miejscem tworzenia się wspólnoty. Takim miejscem nie jest i być nie może żadna instytucja. Tylko ulica. Ulica oczywiście może być miejscem, o którym marzył dla Polski Jarosław Maria Rymkiewicz, na którym stawia się szubienice, ale to, w polskiej tradycji nie leżało. Ulica w Polsce jest miejscem, na którym kładzie się kwiaty i znicze, co stało się już polskim zwyczajem. W sierpniu 1980 roku ulica też wyznaczała standardy publicznych zachowań. W dniach tamtej wspólnoty w żadnym z polskich miast nie spalono żadnego samochodu ani nawet nie stłuczono żadnej szyby. W godzinach gdy umierał Jan Paweł II także polska uliczna wspólnota była zjawiskiem wyznaczającym standardy, którym nawet nie wszyscy z duchownych byli w stanie sprostać – w wielu przypadkach trzeba było proboszczów na siłę z plebanii wyciągać, aby otworzyli drzwi kościołów. Niestety, później szybko wróciło wszystko do smutnej, polskiej normy. Jak będzie tym razem? Właśnie Warszawa, ta nielubiana w innych miastach i regionach Polski Warszawa, stała się w tych dniach centrum polskiej, narodowej wspólnoty. Warszawa w większości nie głosowała na PIS i Lecha Kaczyńskiego – nie ma najmniejszych wątpliwości, że 11 kwietnia 2010 roku witało i żegnało równocześnie Lecha Kaczyńskiego więcej warszawiaków aniżeli wcześniej nań głosowało. Pewien, pożal się Boże, dziennikarz, powiedział, że wielu przyszło w ramach ekspiacji za to, że za życia tak niesprawiedliwie Go oceniali. Jest to opinia prymitywna i głupia. Na ulicach Warszawy, nie mam co do tego żadnych wątpliwości, ba! ja to wiem! było wielu ludzi, którzy uważali i uważają, że Lech Kaczyński był bardzo złym prezydentem Polski a mimo to, z potrzeby umysłu i serca przyszli Go pożegnać. Bo, czego ów dziennikarz nie jest w stanie pojąć, można kogoś szanować, darzyć sympatią, kochać nawet a mimo to się z nim nie zgadzać. W kulturze i tradycji polskiej o zmarłym nie można mówić źle. To prawda i należy szanować tę tradycję. Ale nie czcijmy Zmarłego kłamstwem. On tego nie potrzebuje, ani zapewne tego by nie chciał. Dla wspomnianego wcześniej, pożal się Boże, dziennikarza, gest jedności możliwy jest tylko wobec człowieka, z którym się zgadzamy. Nie dostrzega on i nie docenia tego, co dostrzegła i co zamanifestowała warszawska ulica, że manifestacja jedności może istnieć ponad podziałami i ponad ocenami, że są sytuacje, w których można być także w bliskości i we wspólnocie z tymi, z którymi wiele nas różni.
W katastrofie pod Smoleńskiem zginęła wraz z Prezydentem Rzeczpospolitej część – istotna część – polskiej elity politycznej i to w momencie szczególnym, niemal w przeddzień najważniejszego w systemie demokracji parlamentarnej starcia elit. Ten właśnie, wynikający z kalendarza politycznego, moment katastrofy, pogłębia jej dramat i traumę, ale równocześnie stwarza nadzieję na istotną, kulturową zmianę w polskim życiu politycznym. Przez kilka dni żałoby nie słyszeliśmy w mediach typowego dla polskiej sceny politycznej jazgotu. Jest dodatkowo charakterystyczne, których polityków nie słyszeliśmy w ogóle!
Lech Kaczyński za życia nie był prezydentem wszystkich Polaków. Nawet się o to nie starał. W chwili swej tragicznej śmierci stał się Prezydentem wszystkich Polaków. Moim się stał i pozostanie nim.
Jerzy Chłopecki
Ania T - Hominem quero
2010-04-12 17:49:05
Patrzyłam na Krakowskie wczoraj.
Patrzyłam dziś.
Czysto ludzki wymiar wydarzeń boli najmocniej.
Pomyślałam tyle tylko, że
By się zatrzymać trzeba ludziom smutku
By odnaleźć człowieka należy go zgubić
By widzieć ostrzej wzrok musi być zamglony
Tylko w strumykach łez widać
Serca i dobroć
Uśmiech i tkliwość
Wrażliwość i piękno
Wydobywane z Nieobecnych przez
Pieśni żałobnej dźwięk
Wyśpiewany trąbką
Parafinowe łzy znicza
Przy którym dumna róża
Obejmuje kruchego żonkila
Gdy serca pęknięte w tłumie
Razem i blisko
Tych co już
Oddaleni...
Tylko czas potrafi sprzątnąć
Po igrzyskach śmierci
Warto mu zaufać
Nigdy nie zawodzi
Alekspc - las pod Smoleńskiem
2010-04-12 20:22:27
To nie do końca jest racja. Mój Ojciec uległ emocjom i pisze bowiem iż "Bo, czego ów dziennikarz nie jest w stanie pojąć, można kogoś szanować, darzyć sympatią, kochać nawet, a mimo to się z nim nie zgadzać". Do Lecha Kaczyńskiego jedynie znacząca, lecz jednak mniejszość, żywiła sympatię.
Uczucia i emocje większości warszawiaków wobec Lecha Kaczyńskiego były zdecydowanie negatywne zarówno w warstwie intelektualnej jak i emocjonalnej. I sądzę, co okaże się już za kilka tygodni, że tak pozostało. Uczestniczący w żałobie narodowej w znaczącej części przypadków nie zmienili, bowiem swoich opinii w kwestii Lecha Kaczyńskiego, ale wyrażali swoje poczucie wspólnoty narodowej, a ponadto osobiście (i ja z nimi) odczuwali tragedię hekatomby w lesie pod Smoleńskiem, jako coś, czego nawet wróg polityczny nie powinien doświadczyć. W perspektywie historycznej Lech Kaczyński nie zostanie zatem Prezydentem wszystkich Polaków. To co wydaje mi się najważniejsze i niewystarczająco podkreślane w mediach to to, że zginął pełniąc służbę państwową, tak jak uważał za najwłaściwsze ją pełnić. I podobnie jak funkcjonariuszom Policji, którzy zginęli ostatnio pełniąc swoją służbę, należy Mu się za to nasz szacunek. Właśnie za to.
Anna Siewierska-Chmaj - Narodziny mitu
2010-04-14 19:45:45
Minęło kilka dni od tragedii w Smoleńsku. Nadal odczuwamy ogromny żal z powodu tego co się stało – nie tylko w wymiarze ludzkim. Katastrofa prezydenckiego samolotu obnażyła słabość naszego państwa, brak rozsądnych procedur bezpieczeństwa, kierowanie się przy podejmowaniu ważnych decyzji opinią mediów. Optymiści mówią jednak, że to cena za pojednanie narodowe, może nawet poprawę stosunków z Rosją, że oto teraz Prezydent Kaczyński w końcu został Prezydentem wszystkich Polaków. Tylko czy na pewno?
Z każdą następną godziną narasta we mnie wrażenie, że obserwujemy narodziny nowego mitu politycznego, mitu polskiej prawicy. Katyń 2010 staje się symbolem PiSu, pogrzeb na Wawelu wpisuje się w ten schemat. Prawica zawłaszcza symbolikę Katynia i Smoleńska dla politycznych celów, wiem, że to zarzut ciężkiego kalibru, ale z radością przyznam, że się myliłam, jeśli przyszłość okaże się inna. Najgorszy możliwy scenariusz to ten, w którym PiS wykorzystuje smoleńską tragedię i śmierć Lecha Kaczyńskiego, aby znowu spolaryzować społeczeństwo, odmawiając prawa do żałoby tym wszystkim, którzy nie popierali ani samego Prezydenta, ani polityki Prawa i Sprawiedliwości. Prawicowa prasa, na czele z „Naszym Dziennikiem” już wzywa Jarosława Kaczyńskiego do podjęcia wyzwania i wypełnienia politycznego testamentu Brata. Ale jaki jest ten testament, czy to testament pojednania, które tak silnie odczuwaliśmy podczas niedzielnych uroczystości, czy testament podziału i konfliktu, który zaczyna wyzierać, jak jakaś straszliwa zaraza, ze słów niektórych polityków PiSu? Dowiemy się tego szybciej, niż przypuszczamy.
Anna Siewierska-Chmaj
Jerzy Chłopecki - do Anny Siewierskiej – Chmaj
2010-04-14 19:56:46
Podzielam obawy dr Siewierskiej – Chmaj (są bowiem symptomy, które obawy te czynią uzasadnione). O obawach jednak wolałbym dyskutować po niedzieli – nie dzisiaj, choć oczywiście po niedzieli będzie już za późno, nawet dzisiaj już jest za późno, aby dyskutować o Wawelu, czy porównywać kard. Dziwisza z kard. Sapiehą. Ale podzielając obawy, właściwie nie zgadzam się z całą resztą.
Jak wiesz Droga Anno, nigdy nie zdradzałem nawet objawów sympatii do PIS-u, przeciwnie, grzeszyłem do tej partii i – z nielicznymi wyjątkami – do ludzi z nią związanych, żywą niechęcią. Ale jestem najdalszy od utożsamiania PIS-u z paranoicznymi rojeniami posła Górskiego (choć jest on z PIS-u, ale chorzy są wszędzie, w PO też) publikowanymi na łamach mało znaczącego pisemka czy – tym bardziej – ze słynną już audycją „Radio Maryja” z 11 kwietnia. W końcu dzisiaj, gdy zapanował klimat zbiorowej ekspiacji za krytyki, czasami słuszne, czasami nie, wobec Prezydenta i Jego Małżonki, nie słyszeliśmy, aby Tadeusz Rydzyk odwołał swoje chamskie inwektywy pod adresem Marii Kaczyńskiej o szambie i czarownicy. A swoją drogą zastanawiam się czy tym, co w owej audycji insynuowali publicznie Rydzyk, Maciarewicz i Jaroszyński nie powinien zainteresować się prokurator? Ważniejsze jest jednak co innego – tak, jak uważam, że Polsce potrzebna jest lewica, tak samo sądzę, że Polsce niezbędna jest prawica. Z tym, że – paradoksalnie – większe kłopoty z konstrukcją, czy może rekonstrukcją swej tożsamości ma dziś prawica. Ponieważ Anno, oboje jesteśmy obserwatorami i analitykami – a nie aktorami – sceny politycznej, zobowiązuje to nas do analizy rozumiejącej a więc zdystansowanej od sentymentów i resentymentów, choć nie jest to łatwe.
achlopecki - do Jerzego Chłopeckiego
2010-04-14 20:06:07
Dziękuję, Bracie, za Twój tekst na Bistro. Podpisuję się pod nim obiema rękami z jedną, małą i marginesową uwagą, o której potem. Beata zmusiła mnie do pójścia nocną porą w niedzielę do Pałacu, by się wpisać do księgi kondolencyjnej. Mówiłem, że już nie trzeba, bo przeszedłem się przed Pałacem w jej imieniu w sobotę o 15.30, gdy skróciłem mój wykład w IBL-u, ale się uparła. No to wpisałem "Panie Prezydencie, ta OFIARA nie może nie wydać z siebie Dobra" + podpis.
Ofiara jest przypadkowa, nikt nikogo nie zabił strzałem w potylicę ani samolotu nie zestrzelił. Jest to ofiara losu - mgły, splotu okoliczności, przypadku, stresu pilota, nieważne, choć istotne w dalszym oglądzie całości. Ofiara losu, katastrofy, jakiegoś żywiołu, ale nie czyjejkolwiek wrogości i agresji. To był nieszczęśliwy wypadek, a nie eksterminacja na czyjkolwiek rozkaz. Dlatego także obruszam się, gdy mówi się - tak po prostu - Katyń nr 2. Przed Pałacem zobaczyłem człowieka z napisem "Nieludzka ziemia znowu zamordowała". Nie obruszyłem się, bo to zdarzenie zgoła metafizyczne. W dzień po 70 latach, gdy już pistolety się przegrzewały w swej znojnej i upartej pracy, w tym samym mniej więcej miejscu ów "trójkąt bermudzki" wsysa tych, którzy chcą się upomnieć o cześć niewinnych. Kaczyński swymi działaniami zdarł wreszcie do końca z polskich murów ostatnie strzępy plakatów "AK - zapluty karzeł reakcji", doprowadzając do zbudowania Muzeum Powstania Warszawskiego (dotąd tam nie byłem) i do tego, że w międzynarodowej świadomości pojawiła się informacja, że w Warszawie - obok Powstania w Ghetcie - było też jakieś następne. Z Katyniem miał gorzej - jakiś palant z przewodniczących Unii na wniosek, by się tym zająć, stwierdził, że jeśli by sie Unia zajmowała wszystkimi "nieprawidłowościami historii" (tu cytuję zmyślając), to by jej czasu nie starczyło, by je "obsłużyć". Kaczyńskiego ideą było to, by te dwie sprawy - Powstanie Warszawskie i Katyń - przywrócić (czy raczej: umieścić) na właściwym ich miejscu w historii i w świadomości, także międzynarodowej. W tej drugiej sprawie Opatrzność wyciągnęła doń pomocną dłoń, strącając samolot. Przebił się do świadomości świata nie swymi - nie zawsze najlepiej dobranymi - słowami i gestami, ale tym, że przypadkowo, ale symbolicznie, ginąc, zatargał sumieniami i spowodował, że wreszcie świat pyta, czym był ten Katyń 70 lat temu naprawdę. Z tego powodu wydaje mi się, że trudno byłoby mu sobie wymarzyć (bo przecież jej nie wyinscenizował...) lepszą śmierć! Skazany na porażkę w wyborach prezydenckich odchodzi w glorii za sprawą przypadkowej, lecz tak bardzo symbolicznej (bez jego intencji i wyrachowania) śmierci.
Gdy widziałem scenę, gdy obejmują się Putin z Tuskiem na miejscu katastrofy, natychmiast w mej pamięci był obraz nie Brandta klękającego przed pomnikiem Ghetta, ale objęcie się Kohla z Mazowieckim w Krzyżowej. Czy ten obraz byłby możliwy bez przypadkowej przecież śmierci, ale przecież Prezydenta, tego Prezydenta, który nie był ani ulubieńcem Putina ani Tuska? Tu zobaczyłem ex-KGBistę z ludzką twarzą. Jestem przekonany, że tak, jak Putinem, tak sumieniami wszystkich Rosjan, coś - no właśnie to, ten przypadek losu, ta katastrofa - zatrzęsło. Dają tego wspaniałe dowody na różnych poziomach życia społecznego, tego oficjalnego i tego prywatnego, czysto ludzkiego. Chcą stawiać pomnik w Smoleńsku. I byłoby postawą jak najbardziej niewłaściwą i niestosowną, byśmy przyjmowali te gesty tylko i wyłącznie, jako należne nam ekspiacje, żądając następnych. Tych 22.000 nie zabili Rosjanie, zabił zbrodniczy system, który zabijał także ich w nieprzeliczonych dotąd masach bezimiennych zazwyczaj ludzi prawych.
Wierzę więc, że ta smoleńska katastrofa zrodzi z siebie dobro. I zmieni wymowę tej katyńskiej ziemi z wymowy kaźni w wymowę pojednania, wreszcie gestów przyjaźni.
No cóż, nasz ojciec też znalazł się w obozie w Kozielsku, już po terminie strzelania w potylicę... A przecież - jak pamiętam - był rusofilem, jak my.
I uwaga: piszesz ważny tekst i dwa razy zaśmiecasz go dopiskiem "dziennikarz - pożal się Boże", nie wymieniając jego nazwiska. Przecież to płaski resentyment, nie na miejscu. Jeśli już: usłyszałem opinię, że... nie zgadzam się. To jest atak ad personam bez wskazania persony, czyli grzech erystyki. Wpis Alka też uważam za zły. Nie napisałeś, że większość; on pisze, że mniejszość, no i co z tego? Demokracja polega na tym, że i mniejszość ma głos, z którym należy się liczyć. Wydaje mi się, że Alek ulega syndromowi "poprawności politycznej", z której wynika, że Kaczyńskiego należało widzieć, jako psuja, buraka i kartofla. Szkoda, że nie miał (chyba) okazji porozmawiać z nim o prawie. Poznałem go bodaj w 1984 i zaimponował mi swą myślą strategiczną i taktyczną, jako wysłannik Wałęsy; potem spotkania, gdy był prezydentem Warszawy. Bywał filutem. No cóż, nie umiał się sprzedać mediom, tężejąc w grymasie nabzdyczenia. Nie poznawałem go w telewizji wiedząc, jakim był osobiście i prywatnie. Po jego katastrofalnych gafach medialnych (bo nie ideowych i merytorycznych) postanowiłem w najbliższych wyborach na niego po raz pierwszy nie głosować. Ułatwił mi to los.
Alekspc - Aleksander Chłopecki do Andrzeja Chłopeckiego
2010-04-15 23:04:24
Mój Szanowny Stryj ma być może rację. Najprawdopodobniej ulegałem, jak wielu, „poprawności politycznej” . Uprzejmie zwracam jednak uwagę, że określenie to użyte w tym kontekście uważam za niezbyt budujący chwyt erystyczny. Tkwi za nim założenie o zmowie elit, zmowie mediów (lewicowych lub lewackich jak zakładam?) a liberalnych w najgorszym razie. No i o „ciemnym ludzie”, który tej zmowie ulega. Nie potwierdzam ani nie zaprzeczam, przyjmuję z pokorą możliwość, że należę do „ciemnego ludu” – w końcu kiedyś większość „wiedziała”, że to Słońce okrąża Ziemię.
Nie znałem osobiście Ś.P. Lecha Kaczyńskiego. W dobrej wierze, a wręcz z pełnym przekonaniem, przyjmuję, że prywatnie był znakomitym człowiekiem. Bardzo dużo jest świadectw potwierdzających tę tezę, właściwie nie ma zaprzeczających.
W moim przekonaniu jednak wydaje mi się, że jako obywatel ocenę każdego polityka opieram na obserwacjach pochodzących z dwóch źródeł: mediów (medialne sukcesy i porażki) i merytorycznej ocenie działań w sferze legislacyjnej (tej jedynie, do której jestem profesjonalnie przygotowany – tj. veta do ustaw i wnioski do Trybunału Konstytucyjnego). Ocena wypada nie najlepiej.
Możliwe, że ulegam przy tym propagandzie, zmowie lub reklamie podprogowej. Nie chciałbym używać argumentu erystycznego mojego Stryja, ale powinien On rozważyć, że istnieje „poprawność mniejszości” i „poprawność większości” – a co więcej jest to zjawisko dynamiczne i dynamicznie zmienia się jak owa większość i mniejszość. I w każdym przypadku – mniejszości i większości może istnieć propaganda, reklama etc.
Na marginesie tytułem przykładu, zawsze byłem lojalnym i entuzjastycznym wyborcą Lecha Wałęsy, nawet gdy byłem mniejszością, z przyczyn wykraczających poza zakres tego tekstu. Zdaje się, że w tym momencie historycznym jestem w większości, chociaż najczęściej (w wolnej Polsce oczywiście) bywałem w mniejszości. Te fluktuacje ocen (por. np. kazus Premiera Buzka), to są oczywiście zjawiska medialne, społeczne, niektóre osoby ulegają nim bardziej, niektóre mniej. Można oczywiście szafować tezą, że przyjmowania opinii większości to zawsze „poprawność polityczna” – czytaj bezkrytyczne i bezmyślne przyjmowanie cudzych ocen. Ale uprzedzam – może to być (chociaż nie musi) teza będąca jedynie wynikiem innego rodzaju poprawności politycznej.
Bohdan Jałowiecki - Katyń i Smoleńsk
2010-04-18 16:24:08
Mój przyjaciel Jurek Chłopecki, jak mu doniosłem w prywatnym mailu, napisał piękny, choć nieco emocjonalny tekst. Dyskusja rodzinna klanu Chłopeckich jest też interesująca, są tam bowiem różne odcienie afirmacji, a także negacji tego czego od dziewięciu dni jesteśmy świadkami. Dziewięć dni to naprawdę dosyć. A jeżeli komuś przyznaję niemal 100% racji to Pani Annie Siewierskiej-Chmaj. Mam nadzieję wypowiedzieć się szerzej na łamach „Bistra” w sprawie Katynia i Smoleńska po ustaniu żałoby.
Paulina Kruk -
2010-04-20 12:53:15
W obliczu tej tragedii, Polacy połączyli się w bólu i cierpieniu. Na twarzach ludzi stojących przed Pałacem Prezydenckim, widać było łzy, zadumę i niedowierzanie. A wystarczyło się przejść kilka metrów dalej, gdzie ludzie pytani przez dziennikarzy co teraz czują, tryskali jadem w stosunku do rządu, snując domysły, że to Tusk i cała jego świta stoi za tą katastrofą. Paranoja, i gdzie tu to zjednoczenie? Kiedy nawet w okresie trwającej żałoby, ludzie nie potrafili uszanować powagi sytuacji. Zgadzam się z Panem Chłopeckim, że jesteśmy „wspaniałym narodem i kiepskim społeczeństwem”.