Karpacz – hotele młodego, nomady
TAGI: Deser, Okruchy miast Bohdana Jałowieckiego,
Dodano: 2009-07-20 11:31:43

Weronice

Do Karpacza możesz dojechać trzema drogami: od zachodu przez Sosnówkę do Górnego Karpacza, zwanego do 1991 roku, podobno wcale nie na cześć Bieruta, Bierutowicami i od północy, przez Kowary i Ścięgny, albo przez Miłków. Tymi ostatnimi drogami, zbiegającymi się poniżej dworca kolejowego, jeździły dawniej i jeżdżą nadal autobusy z Jeleniej Góry. Miasto położone jest na stoku i pnie się do góry aż do kościoła Wang. Wyjątkiem jest biegnąca ku południowi dolina Wilcza Poręba, której dno jest względnie płaskie.

Kościół Wang należący do parafii ewangelickiej został zbudowany z sosnowych bali w miejscowości Vang w południowej Norwegii i przeniesiony do Brückenberg (Bierutowic) w 1842 roku. Pochodzi z przełomu XIII i XIV w. Powstał jako jeden z kilkudziesięciu norweskich kościołów słupowych. Ponieważ znajdował się w złym stanie i był za mały na potrzeby parafii wystawiono go na sprzedaż, aby zdobyć środki na budowę nowej świątyni. Jak podaje „Wikipedia”, norweski malarz Jan Chrystian Dahl przebywający w Dreźnie namówił króla pruskiego Fryderyka Wilhelma IV do zakupu kościoła dla berlińskiego muzeum. W 1841 roku rozebraną świątynię przewieziono najpierw do Szczecina, a potem do Berlina, jednak zaprzyjaźniona z królem hrabina Fryderyka von Reden przekonała go, żeby przewieźć ją na Dolny Śląsk. Obecnie jest prawdopodobnie najstarszym drewnianym kościołem w Polsce.

Do Karpacza przyjechałem w 1947 roku z matką, która została kierowniczką nowo powstałego zespołu domów wypoczynkowych przemysłu papierniczego, ich nazwy odnosiły się do jego wyrobów: „Bibułka”, „Papierowy Domek”, wyjątkiem był tylko trzeci obiekt, który nazywał się „Karpatka”. Do szkoły na ul. Gimnazjalną miałem dwa kroki, a jeszcze bliżej miał mój przyjaciel Staszek Gawliński, który mieszkał naprzeciwko i z domu wychodził kiedy pedel dzwonił na lekcję.

My, chłopcy mieszkający z rodzinami, byliśmy w mniejszości. Większość uczniów, wojenne sieroty lub półsieroty, była mieszkańcami dwóch domów dziecka, o różnych afiliacjach politycznych, które dawały o sobie znać rywalizacją w szkole i w zajęciach sportowych. Mieszkańcy „Orlinka” mieli raczej proweniencję akowską, a „Znicza” lewicową. W szkole, w której panowała atmosfera rodzinna nie było jednak większych animozji ani konfliktów. Z zespołu pedagogicznego pamiętam dyrektora Edwarda Wolickiego i łacinnika prof. Kotarbę, który miał był zwyczaj przed końcem roku konsultować z uczniami ich oceny. Była to najprzyjemniejsza szkoła, do której uczęszczałem, a było tych szkół w moich latach gimnazjalno - licealnych sześć.

Pod koniec lat czterdziestych nie było w Karpaczu ani kolejki linowej na Kopę, ani sześciu wyciągów w kompleksie „Śnieżka”. Chodziło się pod górę z nartami na plecach, a potem zjeżdżało słabo na ogół przetartym szlakiem. Spacerek do schroniska „Samotnia” nie robił na nas wrażenia, tym bardziej codzienne popołudniowe wypady ze Stasiem do Bierutowic, gdzie opodal kościoła Vang mieszkała Ewa, nasza wspólna platoniczna sympatia, o której względy przyjaźnie rywalizowaliśmy. Była to wysoka blondynka z długimi warkoczami, jak z patriotycznych piosenek i polskich mitów. Nie przeszkadzało mi to równocześnie interesować się, może już nieco bardziej erotycznie, jak przystało na prawdziwego panicza, pokojówką Ziutą.

Przyjaciel mojej matki pan Ludwik był ważnym dyrektorem Państwowej Centrali Handlowej i miał jako jeden z bardzo nielicznych prywatny samochód drewnianą „dekawkę”, którą nas woził po Kotlinie Jeleniogórskiej i okolicznych miejscowościach. Kiedyś wracaliśmy z Jeleniej Góry i już na podjeździe do Karpacza zobaczyłem przed samochodem toczące się koło, wkrótce okazało się że było do koło od „dekawki”. Nic nam się oczywiście nie stało bo szybkość koła była większa od szybkości samochodu.

Kotlinę Jeleniogórską nazywa się dziś Doliną Pałaców i Ogrodów. Niektóre, dziś starannie odnowione, były w latach czterdziestych, w większości w dobrym stanie, tak jak je zostawili dawni właściciele. Zamienione na siedziby pegeerów, szkoły, domy opieki, rozkradane i nieremontowane w okresie PRL popadły w ruinę i teraz powoli są przywracane do dawnej świetności. A są to prawdziwe perełki śląskiego baroku jak pałac w Staniszowie i Wojanowie, przebudowany w XIX wieku w stylu neogotyckim, pałac w Łomnicy odbudowany staraniem polsko niemieckiej wspólnoty właścicieli, mieści centrum kultury i hotel. Okolice te były ulubionym miejscem wilegiatury pruskiej arystokracji z najwyższe półki, a dziś to czterogwiazdkowe, należące do sieci historycznych hoteli, przybytki polskiego luksusu. Niektórzy porównują skupisko 22 pałaców, w tym 5 wyremontowanych, znajdujących się w Kotlinie Jeleniogórskiej, do zamków nad Loarą. Być może jest w tym sporo przesady i trzeba jeszcze ładnych parę lat poczekać, aż wszystkie zostaną przywrócone do dawnej świetności.

Po wyjeździe z tego miasta wracałem do Karpacza dość często, szczególnie później, kiedy mieszkałem we Wrocławiu. Miasto podupadało, szarzało, brudniało a pensjonaty w standardzie FWP gościły uczestników pracowniczych wczasów. Pierwsze odbicie nastąpiło w latach siedemdziesiątych kiedy uchylono granicę z NRD. Wtedy napłynęły rzesze turystów niemieckich dla których Śnieżka była góra kultową. Pojawiły się prywatne pensjonaty, bary, knajpy, zaczęto remontować zaniedbane domy i budować nowe. Karpacz wkroczył więc w okres transformacji z solidnymi podstawami. Dzisiaj w mieście jest ok. 30 hoteli i ponad 70 pensjonatów, nie licząc willi i pokoi do wynajęcia. W sąsiedztwie pensjonatu, w którym mieszkałem ponad dwa lata, wyremontowano i rozbudowano dawną „Karpatkę”, która dziś nazywa się „Vivaldi”. Przez lata natomiast straszył pusty „Orlinek”, który nabył Tadeusz Gołębiewski właściciel gigant hoteli w Mikołajkach oraz w Wiśle i zaczął go rozbudowywać. Ma to być ogromny obiekt dla 1500 gości z salą mogąca pomieścić 2500 osób.

Patrząc z perspektywy czasu, przed tym, zanim zacząłem pisać te „okruchy”, nawet nie zdawałem sobie sprawy, że sporo lat wczesnej młodości spędziłem w hotelach. Spałem w hotelowym pokoju, odrabiałem lekcje, czytałem, jadałem z gośćmi w pensjonatowej jadalni. Był to więc z konieczności trochę dom, ale przede wszystkim hotel z jego tymczasowością, chwilowością, ulotnością, przejściowe w gruncie rzeczy schronienie nomady.

W latach 1941 – 1943 mieszkałem w Krynicy, matka dzierżawiła pensjonat, bo jako żona dyplomaty umiała tylko prowadzić dom. Pensjonat był nieduży i mieścił się w willi, która nazywała się „Miła”. W sąsiedztwie były dwie inne wille: „Bajka” w której mieściło się Gestapo i „Urocza”, gdzie swoją siedzibę miała niemiecka żandarmeria. Wówczas nie zdawałem sobie sprawy czym zajmowała się moja matka, powiedziała mi o tym dopiero po wojnie. Było to głównie schronisko dla osób ukrywających się o zmienionych nazwiskach, starannie kamuflujących swoją tożsamość. „Miła” znajdująca się w takim sąsiedztwie była, jak się okazało, miejscem bezpiecznym aż do 1943 roku, kiedy wysiedlono Polaków z Krynicy zamieniając miejscowość w gigantyczny szpital dla rannych z kampanii rosyjskiej. Przez te dwa lata przewinęło się sporo gości, niektórzy byli dłużej, inni krócej. Z opowiadań matki dowiedziałem się potem, że w „Miłej” m.in. gościła Zofia Petersowa – pisarka i tłumaczka, która wtedy, jeżeli dobrze pamiętam, nazywała się Kretowiczowa, a także krótko przed transferem przez zieloną granicę Hanka Romanowska, córka generała Władysława Andersa.

Nie obyło się jednak bez akcentów dramatycznych. Mieliśmy psa owczarka podhalańskiego Bacę, który jakoś nie lubił Niemców, pewnego dnia ktoś zostawił otwartą furtkę z ogrodu na schody, którymi schodziło się do centrum obok willi sławnego krynickiego doktora Mieczysława Dukieta, który ponoć wyleczył z niepłodności holenderską księżniczkę Juliannę.

Schody były często uczęszczane przez gestapowców i Baca korzystając z okazji zaatakował Niemca. Ten wyciągnął pistolet i zaczął strzelać przed pyskiem psa, po chwili udało się Bacę odciągnąć i zamknąć furtkę. Było to jak widać „ludzkie panisko”, bo nie zastrzelił ani psa ani mnie. A może po prostu nie wypadało zabić sąsiada? Innym razem w środku nocy „szwabskie” łomotanie. Strach przerażenie, matka otwiera drzwi, a tam sąsiad żandarm przeprasza za kłopot i prosi o pożyczenie młynka do kawy. Tak więc hotelowe życie było i urozmaicone i ciekawe.

„Dla mnie – piszesz droga Czytelniczko „Okruchów” - większym wyzwaniem byłoby zdecydować z jakiej perspektywy opisywać poszczególne, ważne dla mnie miasta. W Twoich „okruchach” też to widać. Nie każde miasto ma podobny ładunek emocjonalny. Niektóre są zupełnie pozbawione większego zaangażowania. Dla mnie to bardzo ciekawe, ale z innej, psychologicznej perspektywy. Głównie jako kontynuacja ‘tożsamości w podróży’, która była przedmiotem moich badań i dociekań w pracy magisterskiej z psychologii. Przytoczyłam tam Kapuścińskiego, który zapytał kiedyś nomadę, gdzie jest jego miejsce. ‘Moje miejsce jest tam, gdzie pada deszcz’ – odpowiedział. Przypominam sobie, przy winie bardolino, swój pobyt nad Jeziorem Garda, po raz kolejny uświadamiając sobie zjawisko reinkarnacji za życia. Bo rzeczywiście, możemy narodzić się kilka razy. Czytam więc Twoje ‘Okruchy’ i głównie na to pytanie szukam odpowiedzi. Gdzie jest Twoje miejsce? Bo widać, że te miejsca bardzo się różnią”. I tak chyba jest. 

OPINIE

Dodaj swoją opinię
Autor:
Tytuł:
Treść:


kod z obrazka:

Wyższa Szkoła Informatyki i Zarządzania z siedzibą w Rzeszowie
ul. Sucharskiego 2, 35-225 Rzeszów, fax: +48 17 866 12 22 e-mail: wsiz@wsiz.rzeszow.pl
Wszelkie Prawa Zastrzeżone, Wyższa Szkoła Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie © 2010