Społeczeństwo
Janus, nasz bóg
TAGI: Kuchnia intelektualna, Społeczeństwo,
Dodano: 2011-06-29 14:48:37

Janus, ten starorzymski bóg, powinien patronować ludziom, których narzędziem pracy jest umysł. Nie tylko dlatego, że był bogiem początku wszechrzeczy, nawet w późnych latach Rzymu wymienianym przed Zeusem, nie dlatego, że patronował wszystkim wejściom, drzwiom, bramom, że był bogiem ruchu (imię swe brał, jak twierdził bodaj Cycero, od łacińskiego „iść”), ale przede wszystkim dlatego, że miał dwa oblicza. Bo wszystko ma swoje dwie strony i ten, kto nie potrafi dostrzec tej drugiej jest intelektualnym ślepcem skazany nieuchronnie na ślepotę bezmózgowego zacietrzewienia.

Będzie więc o dwóch stronach sytuacji, która nam – dydaktykom szczebla akademickiego – dokucza. Nie ukrywam, że do tego tekstu zainspirował mnie felieton profesora Hertricha-Woleńskiego drukowany na tych elektronicznych łamach. W tekstach publicystycznych i naukowych nie używa się tytułów wychodząc ze słusznego założenia, że mają się bronić same i tytuły ich autorów znaczenia nie mają. W tym przypadku tytułu naukowego używam świadomie, co później zostanie wyjaśnione.

We wstępie do „Podręcznika nauczyciela akademickiego” („Wykładowca doskonały”, red. A. Rozmus, Oficyna a Wolters Kluwer business, Warszawa 2010) odwołałem się do pamiętnika Wernera Heisenberga. Wspomina on wykład Nielsa Bohra w Getyndze. Bohr nie był wybitnym mówcą. Mówił wolno, ważąc słowa, skoncentrowany całkowicie na przedmiocie wykładu a nie na słuchaczach. Po wykładzie wywiązała się dyskusja, w której zabrał głos także Heisenberg formułując pewne zarzuty pod adresem jednego z fragmentów wykładu. „Bohr wyczuł chyba, – pisze Heisenberg – że zarzuty opierały się na starannej pracy nad jego teorią. Odpowiedział z wahaniem, jakby był trochę zaniepokojony zarzutem, a po zakończeniu dyskusji podszedł do mnie i zapytał, czy nie moglibyśmy razem wybrać się po południu na spacer na Hainberg, aby gruntownie omówić postawione przeze mnie pytania”. Można podziwiać poważne podejście wielkiego Duńczyka do naukowej dyskusji, ale w gruncie rzeczy zdarzenie mogłoby wydawać się prawie banalne. Tylko, że był to rok 1922, Bohr był już wtedy wielką, uznaną w świecie sławą a Heinsenberg, przyszły odkrywca mechaniki kwantowej, miał lat dwadzieścia i był studentem czwartego semestru fizyki na Uniwersytecie w Monachium, co zdarzeniu odbiera status zwyczajności. „Spacer ten – komentuje zdarzenie Heisenberg – wywarł największy wpływ na mój dalszy rozwój naukowy, a może lepiej byłoby powiedzieć, że mój właściwy rozwój naukowy rozpoczął się dopiero od tego spaceru”.

To był jeszcze czas, w którym obowiązywał humboldtowski model uniwersytetu, którego założeniem była jedność badań naukowych i dydaktyki. Wykładowca był uczonym-twórcą, który przedstawiał studentom wyniki swoich badań i przemyśleń. Ilu jest dzisiaj wykładowców, którzy mają co przedstawiać swoim studentom oraz ilu studentów, którzy wyników tych są ciekawi? Nie ma sensu spierać się których jest więcej a których mniej. Podejrzewam, że problem nie w proporcjach. Są one dziś takie same jak w przeszłości. Proporcje między elitą a masą zmianie nie uległy. Ale zmianie uległo to, co dominuje. W przeszłości dominowała elita, dzisiaj dominują masy. Przenosząc zasadę tę na nasz, akademicki grunt, można powiedzieć, że chociaż Bohrów wśród profesorów jest nadal tylu co w przeszłości, to jednak dzisiaj w całej profesorskiej masie dominują ci, którzy niewiele mają do powiedzenia, a w studenckiej masie dominują jednostki prymitywne i zaledwie zanalfabetyzowane, choć w całej populacji młodych osób wybitnych i ambitnych jest tyle samo, co niegdyś.

Ale jednak, coś się zmieniło. Pod wieloma względami Bohra można porównać z Hertrichem-Woleńskim, tylko, że... Studenci w Getyndze wiedzieli kim jest Bohr. Studenci na WSIiZ nie wiedzą (w większości przynajmniej) kim jest Hertrich-Woleński. Ten drugi, być może nie jest zbyt atrakcyjnym dydaktykiem. Bohr też nim nie był. Ale Bohr liczył się w nauce światowej, co dla jego słuchaczy było ważne. Hertrich-Woleński także liczy się w nauce światowej, co nikogo (no, może tylko większość) ze studenckiej wsiz-owej masy nie interesuje. Oni zresztą o tym nie wiedzą. Być może dlatego przy nazwisku Bohra nie trzeba było dodawać tytułu „profesor”, a przy nazwisku Hertricha-Woleńskiego trzeba, co zresztą i tak nie zawsze pomaga. Wiem, że ciężko narażam się moim młodszym kolegom-studentom z mojej, bliskiej mi uczelni, ale studenci uniwersytetu w Getyndze to była elita, studenci WSIiZ-u to jest masa (tak samo jak studenci Politechniki Rzeszowskiej i Uniwersytetu Rzeszowskiego, ale także Uniwersytetu Warszawskiego i Uniwersytetu Jagiellońskiego).

A więc płacimy cenę demokracji wyrażającej się w takim otwarciu drzwi uczelni, że wykształcenie na poziomie tzw. wyższym stało się powszechne, stało się masowe właśnie. I na to nie ma ratunku, zresztą nie jestem wcale pewien czy nawet gdyby ratunek jakiś był, należałoby zeń korzystać. Jeśli zdobyliśmy dla wszystkich uprawnienia wyborcze, równość wobec prawa, powszechność plastikowych kart płatniczych, czyli równość dostępu do źródeł konsumpcji, prawo do minimalnej płacy i świadczeń społecznych a nade wszystko rozszerzyła się sfera pracy produkcyjnej, której narzędziami nie są już łopata, kilof i motyka, to musieliśmy także otworzyć bramy wyższych uczelni z wszystkimi tego konsekwencjami.

Ale jest jeszcze coś, co – podejrzewam – dokucza Hertrich-Woleńskiemu i mnie także, a co nazwałbym instrumentalizacją podejścia do nauki naszych studentów. Filozofia, logika, czy moja socjologia? A po co to? Z tego chleba się nie upiecze. Na naszej uczelni od wielu lat studenci oceniają prowadzących zajęcia. Praktyka ta prowadzona jest od wielu lat, jeszcze wtedy gdy na innych uczelniach, szczególnie państwowych, była niemożliwą do zaakceptowania aberracją. I warto się przyjrzeć którzy z wykładowców uzyskują tu oceny najwyższe – ci, którzy serwują wiedzę do szybkiego, bezpośredniego opanowania „pamięciowo – manualnego” (chodzi o wiedzę zalgorytmizowaną, dającą się bezpośrednio, praktycznie zastosować). Gorzej mają ci, którzy próbują „uczyć myśleć”. Bo to jest bezpośrednio nieuchwytne, a oni nie wiedzą jeszcze – dowiedzą się dużo później – że właśnie to jest najbardziej użyteczne.

Czy jednak w tym, co nam, z profesorem Hertrichem-Woleńskim tak doskwiera, nie maluje się także druga strona janusowej twarzy? Bo ten pragmatyzm, to instrumentalne podejście do kształcenia jest przecież reakcją na lata całe praktyki takiej dydaktyki, która była sobie a muzom, od praktyki życia, a gospodarki w szczególności, daleka.

OPINIE
Bohdan Jałowiecki - Wykształcenie cokolwiek zbyt masowe
2011-07-02 21:36:56
Umasowienie nauczania na poziomie „wyższym” , cudzysłów nie jest tu przypadkiem pociąga za sobą konsekwencje, o których piszą prof. prof. Jan Woleński i Jerzy Chłopecki. Studentów zdolnych, a nawet wybitnych – pisze – J. Chłopecki jest tyle samo co dawniej, a więc stosunkowo mało, zgodnie z krzywą Gaussa, i trudno ich znaleźć. Od czterdziestu lat pracuję jako nauczyciel akademicki i wśród
Mateusz Stopa - urok zielonej książeczki
2011-07-05 08:41:46
Indeks stał się w zbiorowej świadomości magicznym artefaktem pozwalającym zapewnić sobie lepszą przyszłość. W pierwszej kolejności warto zastanowić się, co oznacza lepsza przyszłość - czy nie jest tak, że w społeczeństwie konsumentów, lepsza przyszłość oznacza większe możliwości konsumowania - liczy się zatem stan posiadania, a ten może być gwarantowany bądź przez dobre urodzenie bądź samodzielne dorobienie się, najlepiej już na starcie
Andrzej Głowacki - sen o jednostronnym medalu
2011-08-17 16:12:59
O, tak są dwie strony medalu. Choć w większości przypadków studenci woleliby mieć medal „zrobiony z jednej strony”, tej dobrej dla nich. Siedzą na korytarzu, uzbrajają swe ciała w ściągi i w tym wypadku ich „kreatywność” ma tylko jedną stronę medalu = mierność. O, tak podejrzewam, że z zapałem osądzają (czytaj: oceniają) prowadzących zajęcia. Jakie stosują kryteria? Tego sam nie
Studentka - o studentach
2011-08-24 21:11:11
Tak. Inaczej wyobrażałam sobie studiowanie, i studentów. I szczerze mówiąc nie rozumiem dlaczego większość z nich studiuje ? Bo wszyscy studiują, i nie ma problemów, bo jak nie jedna uczelnia, to druga przyjmie? Myliłam się myśląc, że studenci chcą się uczyć, rozwijać...
Ich zachowanie na wykładach jest wręcz niedopuszczalne, tak jak w niektórych przypadkach, stosunek do wykładowców. Kiedyś młodzi ludzie

Dodaj swoją opinię
Autor:
Tytuł:
Treść:


kod z obrazka:

Wyższa Szkoła Informatyki i Zarządzania z siedzibą w Rzeszowie
ul. Sucharskiego 2, 35-225 Rzeszów, fax: +48 17 866 12 22 e-mail: wsiz@wsiz.rzeszow.pl
Wszelkie Prawa Zastrzeżone, Wyższa Szkoła Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie © 2010