i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2009-12-02 19:28:11
Po pierwsze: wymuszanie pewnych pożądanych standardów smrodkami prawnymi, ale tylko w ściśle określonych przypadkach (np. w odniesieniu do ochrony polszczyzny). Często bywa to nieskuteczne, ale nie powinno się z tego całkowicie rezygnować.
Po wtóre: pozyskiwanie zainteresowania i uwagi odbiorców dla takiej kultury przez odpowiedni jej marketing. Okazuje się, że można taki marketing robić i robi się go w krajach zachodnioeuropejskich.
Po trzecie: społeczna odpowiedzialność twórców i nadawców. Jest to od dawna dyskutowany w demokracjach problem. Dziś jednak pojawia się on w nieco innym świetle - w kontekście „rynku wartości moralnych". Sprowadza się to do postulatu, by każda firma prywatna, również instytucja medialna, była „dobrym obywatelem", dbała o otoczenie społeczne, w którym działa. Nawet jeśli nie czyni tego z pobudek moralnych, to przynajmniej po to, żeby mieć lepszy wizerunek. Sądzę, że ten proces będzie się rozwijał, jak bowiem wynika z badań w krajach rozwiniętych, do głosu dochodzą wartości postmaterialne, nastawienie bardziej na jakość życia niż na gromadzenie dóbr.
Po czwarte: inicjacja w szkole do odbioru bardziej wartościowej kultury. Jeszcze tylko w szkole (nie licząc instytucji totalnych, jak wojsko czy więzienie), można młodych ludzi do czegoś zmuszać w sferze edukacji, na przykład przez narzucanie odpowiednich lektur. Jeśli tej inicjacji nie będzie, to trudno później liczyć na uczestnictwo w kulturze wyższej ludzi dorosłych.
Po piąte - i to jest najtrudniejsze - przesycanie kultury popularnej wartościami bez kompromisu w zakresie atrakcyjności produktu. Tu mistrzami są amerykańskie media i prywatne instytucje oraz przemysły kultury. Jeśli się przyjrzeć uważniej ich ofercie, to można stwierdzić, że jest ona przesiąknięta wartościami, archetypami dobra i zła zrozumiałymi w danej kulturze, dostarcza spójnego systemu aksjologicznego, nawet jeśli niekiedy nie trafia w gust lepiej wyrobionej publiczności. I zarabia przy tym duże pieniądze. Amerykańska kultura popularna nie wzdraga się przed mobilizowaniem ludzi w sposób, który nam w Europie wydaje się nieco nachalny czy wręcz nacjonalistyczny. Widać to zwłaszcza po tragedii 11 września. Europejczycy, w tym Polacy, nie bardzo to potrafią, poniaważ mają długą tradycję, hierarchicznej, spolaryzowanej kultury. Brak ciągle popularnego, przyzwoitego standardu, który zachęca do uczestnictwa, dostarcza masowej rozrywki, ale zarazem formuje estetycznie i etycznie, przemyca pewne przesłania.
Kultura i społeczeństwo wiedzy
Wydaje się, że polityka kulturalna Unii Europejskiej, jeśli o takiej można mówić - dziś zmierza w kierunku nieco innym niż jeszcze do niedawna. Nadal chodzi o to, aby kultura stanowiła sferę publiczną, chroniła różnorodność Europy, przeciwdziałała wykluczeniu społecznemu, ale także o coś więcej: o to, żeby była częścią szeroko rozumianego przemysłu wiedzy i miała coraz większy udział w budowaniu siły konkurencyjnej. Nie ulega wątpliwości, że doskonale to robią amerykańskie przemysły kultury i sądzę, że nastawienie UE będzie podobne.
Społeczeństwo wiedzy to między innymi promowanie twórczości, oryginalnego rozwiązywania problemów. Istnieje tzw. wielka twórczość, która oddziaływa na znaczne grupy ludzi (idee pomysły, hipotezy, wizje artystów, pisarzy, uczonych), oraz twórczość mała, która dotyczy niesformalizowanych obszarów kultury: pracy, obyczajów, mieszkania, gospodarstwa rolnego, czyli kultury jako regulatora życia. Chodzi o innowacje dokonywane przez „ludzi z ulicy". Ta twórczość decyduje o poziomie kulturalnym społeczeństw. Polityka kulturalna i oświatowa powinna wspierać twórczość wielką i małą oraz przenikanie się obydwu poziomów twórczości.
W epoce wczesnej czy środkowej nowoczesności - klasycznej, by ją tak nazwać - żeby być nowoczesnym, wystarczyło naśladować, zdolny imitator mógł osiągnąć sukces. Wystarczyło kupić licencję na standardowy produkt i konkurować nie tyle myślą, ile ceną. Nie wszystkim się to udawało, naśladować też trzeba umieć. Ale niepotrzebna była nadzwyczajna twórczość i innowacyjność. Wystarczyło wdrożyć wielkie masy ludzi do taśmy. Dziś masowa produkcja standardowych, tanich dóbr nie zapewni sukcesu, bardziej niż cena liczy się ładunek innowacyjności, oryginalności; kultura zmaterializowana w produktach lub kultura sprzedawana jako symbole. Stąd wartość marki, logo, własności intelektualnej.
Nie wymaga szerszego uzasadnienia stwierdzenie, że Polska zintegrowana z Unią nie przejdzie już przez cykl nowoczesności, przez który przeszła Europa Zachodnia: państwo narodowe i nacjonalizm jako ideologię modernizacyjną, rynek narodowy, gospodarkę narodową itp., nie będzie mieć też szans na nowoczesne w swej naturze państwo dobrobytu. Nie ma na to warunków w erze informatyzacji, globalizacji i transnarodowej integracji. Polsce proste, nawet doskonałe naśladownictwo już nie pomoże. Jeśli się chce tylko dobrze naśladować, to można być już tylko podwykonawcą.
Musimy się zatem przystosować do późnej nowoczesności. Czy nie za duży to dla nas przeskok? Czy da się nadrobić wagary na lekcji nowoczesności? Czy w ogóle jest to jeszcze potrzebne? Moim zdaniem, już nie. W późnej nowoczesności potrzebna jest tożsamość jak nigdy wcześniej. Człowiek późnonowoczesny szuka autentyczności, bo cywilizacja stworzyła sztuczny świat, który nad nami dominuje.
Przyjdzie kiedyś czas, że większość krajów w Europie, po obu stronach starej linii podziału, osiągnie taki standard cywilizacyjny, poziom produkcji, infrastruktury itp., że przestanie to być atutem promocyjnym. Wtedy będzie się liczyć coś dodatkowego - pomysł, kreatywność, specyfika. Potrzeba już nie tylko dobrej polityki kulturalnej, ale także dobrego marketingu kultury, aby wypromować smaki, dźwięki, zapachy, obrazy naszej kultury. Mamy bogate tworzywo pochodzące ze wszystkich epok historycznych. W czasie gdy narody zachodnioeuropejskie budowały racjonalistyczne państwa i nowoczesną gospodarkę, my produkowaliśmy legendy dla pokrzepienia serc, baśniowe interpretacje dziejów, malownicze kresowe opowieści. To jest liczący się kapitał symboliczny.
Jedno z kluczowych pytań, jakie trzeba zatem postawić w rok po akcesji do Unii Europejskiej, brzmi: Czy dla Polski istnieje alternatywa - zacofanie jako ostoja tożsamości czy nowoczesność naśladowcza bez tożsamości? Czy może będzie jakiś, kompromis, a jeśli tak, to jaki?
Uwagi końcowe
Omawiane w tym eseju problemy polityki kulturalnej w epoce sieci znajdują pewne odzwierciedlenie w Narodowej Strategii Rozwoju Kultury opracowanej przez Ministerstwo Kultury. Została ona stworzona w duchu wymogów Narodowego Planu Rozwoju na lata 2007-2013, określa pozytywne i negatywne uwarunkowania rozwoju Polski oraz pakiet programów i działań, które mają stworzyć warunki wchłonięcia unijnej pomocy oraz przysposobić Polskę do podmiotowego uczestnictwa w unijnej wspólnocie. W najbliższych latach wpłynie do Polski pomoc z funduszy strukturalnych Unii oraz Funduszu Spójności. Od tego, jaki scenariusz naszej przynależności do Unii się ziści, będzie zależeć nasza zdolność do adsorpcji tego wsparcia, a więc także tempo adaptacji.
Strategia odwołuje się do dokumentów Unii w wielu kwestiach, między innymi do „Programue-Content" i „Kultura 2000" w zakresie promowania różnorodności kulturalnej i językowej w Internecie. Strategia zawiera słuszne postulaty ucyfrowienia polskich zasobów kultury, abyśmy nie odgrodzili się od świata „elektroniczna kurtyną", ale niewiele proponuje konkretów.
Dobrze należy ocenić projekty infrastrukturalne, między innymi budowę platform wirtualnych i systemów sieciowych, które ułatwią dostęp do zbiorów bibliotecznych, włączanie do Internetu publicznych instytucji kultury, a także budowę i rozbudowę sieci informatycznych w celu usprawnienia zarządzania instytucjami kulturalnymi.
Z konkretnych przedsięwzięć warto wymienić projekt Ministerstwa Kultury realizowany w ramach Mechanizmu Finansowego Europejskiego Obszaru Gospodarczego. Projekt przewiduje stworzenie zintegrowanego modułu sieciowego obejmującego Ministerstwo Kultury (Departament Ochrony Zabytków), a także między innymi Ośrodek Ochrony Zbiorów Publicznych, 51 ośrodków konserwatorskich, Krajowy Ośrodek Badań i Dokumentacji zabytków wraz z ośrodkami regionalnymi, Bibliotekę Narodową, Naczelną Dyrekcję Archiwów Państwowych.
Zaplecze technoinformatyczne jest ważne, ale bodaj ważniejsze jest wypracowanie koncepcji instytucji kulturalnej w tych nowych uwarunkowaniach cywilizacyjnych, zwłaszcza instytucji upowszechniania kultury.
W krajach Unii Europejskiej ścierają się dwie koncepcje centrów kultury: konserwatywna i progresywna. Progresywna zmierza do tego, aby instytucje te reagowały możliwie jak najszybciej na nowe uwarunkowania technologiczne i tym przyciągały odbiorców, zwłaszcza młodzież. Centra kultury w takim kształcie to „multimediateki" o stałym, szerokopasmowym dostępie do Internetu - swoiste „okno na e-świat". Najlepiej to widać na przykładzie Francji, gdzie gęsta sieć wspomnianych maisons de jeunes et de la culture przekształciła w sieć owych mediatek.
Takie podejście jest reakcją na coraz silniejszą tendencję spędzania czasu wolnego w „domowych centrach informacji i rozrywki", w „telechacie", która dzięki relatywnemu potanieniu sprzętu staje się centrum przemysłów kultury, jeszcze niedawno dostępnych jedynie w profesjonalnych centrach usług multimedialnych. Rozwój łącz bezprzewodowych sprawia jednak, że ludzie wychodzą coraz częściej z owego „domowego centrum", ponieważ bezprzewodowy komunikator multimedialny iPod pozwala na odbiór z sieci plików tekstowych, muzycznych czy wizualnych. Rozszerzanie usług multimedialnych i sieciowych w centrach kultury obliczone było również na konkurowanie z "cyberkafejkami", które na przykład w Holandii popularne są nie tylko dzięki taniemu i szybkiemu dostępowi do Internetu, ale także temu, że można w nich zapalić „trawkę" i spotkać się z „paczką" znajomych.
W mediatekach chodzi jednak o coś więcej: mianowicie o edukację internetową i - generalnie - medialną, zwłaszcza dla najmłodszych użytkowników, którym nieraz z trudem przychodzi odróżnienie świata rzeczywistego od wirtualnego. Ma to nauczyć korzystania z Internetu jako sezamu, a nie śmietnika, dotarcia do wartościowej wiedzy i kultury.
Zwolennicy koncepcji konserwatywnej świadomie eksponują tę zachowawczość, przekonani, że najważniejszy jest żywy plan kultury w dobrze wyposażonych centrach. W takim podejściu jest wiele racji: tylko lokalne (regionalne, miejskie, gminne) instytucje kultury, kierowane przez ludzi z wyobraźnią i wsparte przez lokalne media oraz organizacje pozarządowe, są w stanie stworzyć lokalny obieg kultury, konkurencyjny dla globalnego, nie dać się wessać przez ten obieg globalny, przyciągnąć community artists, stworzyć przestrzeń dla owej „kultury żywego planu". Chodzi o zdolność do formułowania, odbierania i interpretowania przekazów symbolicznych, czyli znajomość kodu komunikacji danej wspólnoty.
Tylko tak zorganizowana miejska przestrzeń kultury może przyciągnąć publiczność. Na tym poziomie można rozwiązać podstawowy problem współczesnej kultury - i generalnie życia zbiorowego - jak stworzyć ludziom warunki twórczego rozwoju, ochronić ich przed zaprogramowaniem przez media, nie dać się sprowadzić do jednowymiarowej roli konsumenta. Cechą obecnego stadium rozwoju cywilizacji informatycznej jest bowiem to, że stwarza ona olbrzymie szanse rozwoju intelektualnego i duchowego, korzystania z najbogatszego sezamu wiedzy, jaki kiedykolwiek oferowała historia, ale też rodzi olbrzymią pokusę biernej konsumpcji, owego zaprogramowania właśnie.
Najsilniejsze tendencje we współczesnej kulturze popularnej to - z jednej strony - wymóg coraz większych kompetencji cywilizacyjnych, zwłaszcza technicznych (w związku ze zjawiskiem inwersji kultury, czyli wysuwania na plan pierwszy raczej technicznych narzędzi produkcji i konsumpcji kulturalnej niż twórcy i odbiorcy), z drugiej zaś - dążenie do zaspokajania coraz intensywniejszych fizycznych doznań i przeżyć, co spycha na dalszy plan to, co zwykliśmy nazywać duchowością człowieka. Kultura duchowa staje się coraz cieńszą warstewką. Chodzi o to, żeby tak nie było.
Tekst został opublikowany w kwartalniku "Kultura współczesna", numer 1 (43)/2005.
pewnie wszystkiego nie zrozumiem ale to co pan mowil bylo b. madre ,trafne i pewnie sie sprawdzi.przeczytalem pana artykuly b.ciekawe.
pozdrawim i wielu sukcesow






