i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2010-03-26 14:38:21

Sejm znowelizował niedawno ustawę o Instytucie Pamięci Narodowej. Czy jej celem jest oficjalnie deklarowane „odpolitycznienie” czy zniszczenie Instytutu? A może chodzi o zachowanie kontroli nad narracją dotyczącą okresu PRL, Okrągłego Stołu i ostatnich 20 lat?
IPN uważam za jedną z najbardziej pożytecznych instytucji, które powstały po przełomie 1989 roku. Jak każda instytucja, w której pracują ludzie, popełnia błędy, choćby w publikacjach. Ich niestrudzonym tropicielem jest ostatnio Tadeusz Kensy, były działacz opozycji z Rzeszowa. Ale nawet nieścisłości w książkach wydanych przez Instytut nie są – w moim przekonaniu – w stanie przesłonić jego zdecydowanie pozytywnego dorobku w przywracaniu Polakom pamięci nie tylko o okresie PRL, ale także np. o gehennie II wojny światowej. Trzeba o tym przypominać, bo IPN to nie tylko lustracja i teczki, cały pion prokuratorski, ale także – a może przede wszystkim – badania naukowe i działalność edukacyjna, nakierowana głównie na młodzież.
Instytut jest nazywany pisowskim, bo przywracanie Polakom pamięci – jeden z celów IPN – stało się także celem polityki historycznej, realizowanej mniej czy bardziej udolnie przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego i rząd PiS z lat 2005-2007. Ale czy to oznacza, że w Instytucie pracują pisowscy funkcjonariusze? Bynajmniej. Zapewne, tak jak w każdej innej instytucji, pracują tam także ludzie sympatyzujący z PiS-em. Może nawet jest ich spory procent. Ale przecież nie tylko oni. Ciekawe, jak by się czuł, słysząc „argumenty” o „upisowieniu” Instytutu, choćby dr Marek Lasota, obecny szef krakowskiego oddziału IPN, a jednocześnie radny PO w sejmiku małopolskim. Poza tym, na ile znam np. pracowników rzeszowskiego oddziału IPN, to mogę powiedzieć nie tylko, że pracują tam ludzie o różnych poglądach, ale także, iż łączy ich to, że dystansują się od wszelkiej bieżącej polityki. Ba! Boją się wszelkiego uwikłania w nią jak ognia. Sądzę, że w innych oddziałach jest podobnie.
Już tylko te dwa fakty świadczą o tym, że nazywanie IPN-u pisowskim nie ma sensu. Problem polega na tym, że określenie „pisowski” stało się inwektywą nie tyle pod adresem zwolenników PiS, co wszystkich, którzy nie dali się jeszcze zagonić do rydwanu PO. Tak jak choćby prezes IPN, prof. Janusz Kurtyka.
Nowelizacja ustawy o IPN m.in. osłabia pozycję prezesa, co autorzy tego aktu prawnego nazywają, jako się wcześniej rzekło, „odpolitycznieniem” Instytutu. A tak naprawdę chodzi o to, by wywalić Kurtykę i wprowadzić kogoś spolegliwego, podobnego do jego poprzednika, prof. Leona Kieresa. Kogoś, kto nie będzie psuł politykom krwi. I dobrego samopoczucia.
Innymi słowy, celem nowelizacji jest wybicie IPN-owi zębów. Wystarczy mu jeszcze tylko znacznie przyciąć budżet na przyszły rok i z Instytutu zostanie fasada.
Kurtyka podpisał na siebie „wyrok śmierci” w momencie, gdy IPN wydał książkę Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka o Lechu Wałęsie. Książkę spełniającą wszelkie kryteria naukowości, której „nieszczęściem” było jednak to, że znalazły się w niej DOWODY na to, że historyczny przywódca Solidarności został na początku lat 70. zarejestrowany jako TW „Bolek”. Polityczny establishment „zawył”. Nie dlatego, że tak szanuje Wałęsę (na początku lat 90., gdy „Lechu” wywołał tzw. wojnę na górze, ci sami ludzie mieszali go z błotem). Raczej dlatego, że establishment III RP zrozumiał, iż w IPN pracuje sporo odważnych, niezależnych historyków, którym prezes Kurtyka nie zamierza przeszkadzać w pracy. I którzy grzebią i wygrzebują z archiwów bardzo ciekawe rzeczy, bo – jak się okazuje – zostały wprawdzie owe archiwa poważnie przetrzebione, ale nie do końca.
W PO podjęto więc decyzję, by tym historykom „odebrać zabawki”. Po to, by za chwilę odłamki z wiedzy zawartej w zachowanych teczkach nie poleciały także na różne „święte krowy” III RP.
W nowelizacji ustawy o IPN nie chodzi więc o żadne „odpolitycznienie” Instytutu. Chodzi o to, by establishment III RP (polityczny, medialny itd.) zachował kontrolę nad narracją dotyczącą okresu PRL, Okrągłego Stołu i ostatnich 20 lat.
Uznano, że społeczeństwu prawda się nie należy, bo jest szkodliwa. Nowelizacja ustawy o IPN to tylko konsekwencja tegoż. Bo nie mam złudzeń, że do nowelizacji może jednak nie dojdzie. Przecież Senat, w którym przewagę ma PO, nie przeciwstawi się Sejmowi. Stety czy niestety, jedyna nadzieja w wecie prezydenta.






