i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2010-08-16 11:55:28

Zaraz po katastrofie pod Smoleńskiem, tekst publikowany na tych elektronicznych łamach kończyłem zdaniami: Lech Kaczyński za życia nie był prezydentem wszystkich Polaków. Nawet się o to nie starał. W chwili swej tragicznej śmierci stał się Prezydentem wszystkich Polaków. Moim się stał i pozostanie nim. Ostatnie dwa, krótkie zdania są już nieaktualne.
Wczoraj otrzymałem e-mail ze zdjęciem pomnika przed pałacem namiestnikowskim, dzisiaj prezydenckim. Pomnik przedstawia kurduplowatego Sancho Pansę o twarzy Lecha Kaczyńskiego na ośle, obok wyniosłej postaci księcia Józefa Poniatowskiego na koniu. Na pomniku jest napis: „Prezydent Tysiąclecia, brat Jarosława Kaczyńskiego oraz książę Poniatowski”. Parsknąłem śmiechem. Po chwili dopiero zreflektowałem się i pomyślałem, że jeszcze trzy, może dwa miesiące temu raczej skrzywiłbym się z niesmakiem niż roześmiał. Chyba nie tylko ja.
Lech Kaczyński był kiepskim prezydentem, ale – wiele na to wskazuje – ciepłym, sympatycznym człowiekiem. Po Jego tragicznej śmierci, nawet te nieszczęsne „spieprzaj dziadu”, „tylko nie ta małpa w czerwonym” czy „ja cię załatwię” zostały zapomniane, a w każdym razie nabrały innego kolorytu. Ocena polityczna – jeśli nie liczyć partyjnych, PIS-owskich zwolenników – negatywna, ustąpiła przed obrazem człowieka, którego można było szanować, lubić, a w końcu, co zupełnie naturalne i oczywiste, żałować. I to wszystko, te ciepłe uczucia zostały zniszczone przez prymitywną, tępą, zaciekłą i bezmyślną mściwość Jego brata.
Są osoby, nawet spośród jego przeciwników politycznych, które skłonne są uważać, że Jarosław Kaczyński jest inteligentnym politykiem. Taka opinia ze strony naszej wybitnej socjologicznej celebrytki, Jadwigi Staniszkis, czy ludzi pokroju Krasnodębskiego, Wildsteina, Pospieszalskiego i im podobnych, nie dziwi mnie. Ale inteligencję polityka ocenia się po efektach jego działania. Kaczyński jawił się, nie tylko mnie, człowiekiem, w którym emocjonalna (bo nie intelektualna!) żądza władzy górowała nad innymi emocjami. Dlatego mógł być oceniany, jako człowiek pozbawiony zasad moralnych i estetycznych. Mógł ogłaszać, że SLD należy zdelegalizować, w innym czasie mógł twierdzić, że za Gierka nikogo w Polsce do więzienia za politykę nie wsadzano, mógł mówić, że nigdy z „Samoobroną”, a niedługo potem zapraszać do rządu Leppera, mógł zarzekać się, że koniec z wojną polsko-polską, a po kilku dniach próbować podpalać kraj. O tym, co jest a co nie jest prawdą, co jest a co nie jest etyczne, decydowała koniunkturalna, instrumentalna ocena politycznej opłacalności. Być może właśnie taki czysty, nieskażony jakimiś etycznymi wątpliwościami czy rozterkami cynizm, pozwalał niektórym obserwatorom polskiej sceny politycznej uważać go za wybitnego polityka. Ale czy może być uważany za inteligentnego polityka, o wybitności już nie wspominajmy, człowiek, który niszczy to, co chciałby osiągnąć?
Ostatnio zniszczył nawet świeżą i powszechną, dobrą pamięć o swoim bracie.
Czytałem to zdanie prof. Jerzego Chłopeckiego, ale się wówczas z nimi nie zgadzałem. Dla mnie śmierć, obojętnie w jakich okolicznościach, nie jest czynnikiem wartościującym, ani na dobre, ani na złe. Szczególnie człowieka pełniącego funkcje publiczne trzeba oceniać według jego działań.






