i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2011-04-20 10:06:32

Jeden z moich wiernych Czytelników na tych elektronicznych łamach obrzucił mnie dwukrotnie tym, co tam było w Jego intelektualno-lingwistycznej dyspozycji, po czym Ania Dudzińska, sekretarz redakcji „Bistro”, oba komentarze usunęła. Z początku próbowałem protestować argumentując, że teksty owych komentarzy świadczą o ich Autorze, a nie o mnie i wolałbym, aby się ukazały. Przekonano mnie jednak, że należy być konsekwentnym. Zapowiedzieliśmy przecież, że nie będziemy drukować inwektyw i obelg. Po drugie zaś, że z tym „co o kim świadczy” sprawa wcale nie taka pewna, uwzględniając dość powszechne na naszej scenie publicznej schamienie języka i obyczajów. Uległem, ale coś mnie męczyło.
Zanim rzecz wyjaśnię, fragment tekstu mego Czytelnika z drugiego już, również jak pierwszy, usuniętego, komentarza. „Nie jest kłopotem dla nikogo odczytanie poglądów towarzysza Chłopeckiego, stąd też każda argumentacja odnosząca się w mniej lub bardziej zawoalowany sposób do PiS-u, z powodu słabości argumentacyjnej musi odwoływać się do kłamstwa, oszczerstwa i prostactwa. Te cechy uosabia pan Chłopecki. Niestety takie mamy elity i takie autorytety. Łączę się w bulu (pisownia oryginalna! Choć może to być także subtelna aluzja do ortograficznych kompetencji Prezydenta) z wszystkimi, którzy wbrew wszelkiej nadzieji (pisownia jak wyżej) muszą tłumaczyć się z cenzury w spelunie-bistro, z głównym barmanem Chłopeckim.” Mego Czytelnika zdaje się szczególnie drażnić fakt, że jestem profesorem więc pisze o mnie per „rzekomy profesor” i konsekwentnie słowo profesor opatruje cudzysłowem, co zdaje się nie być bez znaczenia. Zdaję sobie sprawę, że jest dość subtelna różnica między stwierdzeniem – ten „debil X” a określeniem „ inteligentny inaczej X ma niewątpliwe kłopoty ze zrozumieniem spraw skąd inąd prostych, czemu dziwić się jednak trudno”. Oczywiście to drugie nie grzeszy elegancją, jest brutalne, ale jednak… Mój Czytelnik zdaje się wszakże nie dostrzegać różnicy między złośliwością, nawet niezbyt wyszukaną i brutalną a prostym wyzwiskiem. Ale rzecz zostawmy.
Mój Czytelnik jest bez wątpienia zwolennikiem PISu – ja jestem jego zdeklarowanym przeciwnikiem. Mój Czytelnik, być może jest skumotrzony z marszałkiem Kuchcińskim, którego ja konsekwentnie i – nie ukrywam – złośliwie, określam jako „ czołowego intelektualistę PIS-u po szkole zawodowej”, co bardzo denerwuje mego Czytelnika. Oczywiście wiem, że pan Kuchciński ukończył technikum ogrodnicze (a już chciałem napisać, że panu Kuchcińskiemu „udało się ukończyć technikum”, ale się powstrzymałem!) ale jednak skłonny jestem sądzić, że pan wicemarszałek prezentuje sobą poziom umysłowy typowy dla prominentnej części pisowskiej czołówki – Brudzińskiego, Kempy i niestety wielu innych, z których niektórzy pokończyli nawet studia wyższe, co zdaje się nie mieć znaczenia. Od dawna zresztą intryguje i zastanawia mnie fakt intelektualnej mizerii reprezentantów tej partii. Przecież nawet liderzy PSL-u, których, zdawałoby się, powinno premiować raczej ich klasowe pochodzenie niż wykształcenie, prezentują w większości poziom intelektualny nieosiągalny dla… darujmy sobie nazwiska, bo nie o nie tu chodzi.
Mam w tej kwestii swoją hipotezę, ale o niej przy innej okazji. Tu wypada mi zauważyć, że choć standard umysłowy posłów PIS-u wyróżnia się na tle pozostałych partyjnych segmentów polskiego parlamentu , cały nasz parlament dzieli przepaść od, choćby, parlamentu francuskiego. Biletem wstępu doń są głosy oddane w wyborach powszechnych, ale biletem wstępu do wyborczej szansy znalezienia się w tym parlamencie jest raczej ukończenie jednej z Grandes Ecoles, ze szczególnym uwzględnieniem Ecole national d`administration (ENA), niż swojactwo wzmocnione opinią proboszcza po seminaryjnej szkole zawodowej. I znowu mój Czytelnik oburzyć się może – bo przecież nasz intelektualista po technikum ogrodniczym cieszy się dobrą opinią nie tylko swego proboszcza (pewnie jego także), ale przede wszystkim wysokiego hierarchy, skądinąd też z Przemyśla.
Zostawmy jednak w spokoju intelektualistę z PIS-u, powróćmy do mego Czytelnika. W tekstach obu Jego komentarzy odczytuję agresję wynikającą z bezradności. Ta bezradność ma dwa wymiary. Pierwszy jest w pewnym sensie oczywisty. Wynika on z – odwołując się do Bourdieau – różnic kapitału lingwistycznego między nami. Jest różnica między ironią i złośliwością a wyzwiskiem, obelgą, inwektywą, choć te pierwsze mogą być, i na ogół bywają, boleśniejsze. Mój Czytelnik tej różnicy zdaje się nie dostrzegać. Im bardziej wobec złośliwości czuje się bezradny, tym bardziej obraźliwych i obelżywych chwyta się słów. I tym bardziej złości Go moja profesura, która w kwestii sporu intelektualnego nie powinna mieć znaczenia. O tym zresztą wyżej już pisałem.
Ale jest także inny wymiar bezradności, który nas łączy i do którego ja też się przyznaję. Mego oponenta chciałbym przekonać, że jesteśmy tu po jednej stronie barykady, jesteśmy i powinniśmy być sojusznikami niezależnie od tego jak bardzo różnimy się w znajomościach, zależnościach, sentymentach i poglądach. Jesteśmy bezradni, ponieważ odcięte są między nami drogi rozumienia. Nie porozumienia, ale rozumienia.
Porozumienie może być efektem rozumienia, ale rozumienie jest niezbędnym i koniecznym warunkiem porozumienia a także – co istotne, choć zdaje się paradoksalne – prawdziwego, autentycznego braku porozumienia, który jest porażką chęci, szczerego i oczywistego pragnienia osiągnięcia efektu pozytywnego, czyli porozumienia. Skomplikowane? No więc prościej – nie osiągnęliśmy porozumienia, chociaż chcieliśmy, próbowaliśmy, wymieniliśmy argumenty, ale w konsekwencji pozostaliśmy przy swoim. Żaden z argumentów mego oponenta nie trafił mi do przekonania, choć – i to najważniejsze! – każdego wysłuchałem i każdy starałem się zrozumieć. Tak się zdarza i nic w tym groźnego. Pozostając przy swoim, pozostajemy wobec siebie z szacunkiem umacnianym faktem, że próbę wzajemnego zrozumienia się podjęliśmy.
Otóż niczego takiego w naszym życiu publicznym nie ma. Mój Czytelnik czuje, wie, że ja Go nie rozumiem i On też mnie nie rozumie. Ale on nie próbuje mnie przekonać – stara się mnie uderzyć. Ja też wiem, że go nie przekonam, bo on żadnych moich argumentów nie rozważy, a więc staram się Go najdotkliwiej jak można obrazić. Zrozumieć Go? A po co? Przecież wiem, że porozumienie między nami jest niemożliwe. Co więc pozostaje? Chęć zadania bólu, uderzenia, obrazy, odczłowieczenia. Jak przerwać ten diabelski krąg?
Wszyscy są równi, głos każdego (ten wyborczy) ma
Ad rem. Jeżeli chodzi o konsekwencję: rzeczywiście tytuł „profesora” w






