i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2009-02-13 13:58:18

Wielu przybyszów z Zachodu, którzy spędzili część swojego życia w krajach muzułmańskich, odczuwa pewien rodzaj fascynacji społeczeństwem islamu. Bardzo odmiennym, zapewne nawet skrajnie obcym mentalności i przyzwyczajeniom Europejczyka, ale zarazem niezwykle pięknym w swoim rytmie dnia codziennego. Prawie każdy akt życiowy członka owej społeczności podporządkowany jest szariatowi, boskiemu prawu. We wszystkich zakątkach kraju można codziennie usłyszeć pięciokrotne wezwanie do modlitwy: O wy, którzy wierzycie, przyjdźcie na modlitwę, przyjdźcie wielbić Boga. On jest wielki i miłosierny... Harmonia gestów muzułmanów, bijących pokłony w kierunku Mekki, uświadamia człowiekowi z Zachodu czym jest moc wiary islamu, silnie uzewnętrzniona w systemie rytuału. Te same gesty, ruchy, skłony, powtarzane są przez tysiące, setki tysięcy, miliony osób, w każdym niemal miejscu na ziemi, o podobnych porach dnia. To wzbudza podziw, prawie że oczarowanie światem, żyjącym według swojego wewnętrznego, niemal tajemniczego pulsu religii.
Ów magnetyczny puls religii może mieć dość niezwykłe konsekwencje. Przykładem jest Karol de Foucald (1858-1916), który jeszcze jako człowiek niewierzący, mieszkał w Algierii razem z żołnierzami muzułmańskimi. Był wówczas oficerem, przedstawicielem imperialnej Francji. Obserwował pięciokrotnie w ciągu dnia jak jego podwładni padali na twarz, okazując Bogu swoją zdyscyplinowaną wiarę. Wiarę, której mimowolnym świadkiem był człowiek spoza świata islamu. To musiało dawać do myślenia. Często bywa bowiem tak, że doświadczenie cudzej wiary – nawet tej, która zanurzona jest w odległej i niezrozumiałej tradycji – wpływa w jakiś sposób na wiarę własną. Prawdopodobnie to prości muzułmańscy żołnierze mieli, zupełnie nieświadomie, sprowokować pytanie, jakie zadawał sobie francuski oficer: A jeżeli Bóg rzeczywiście istnieje?
Pozytywna odpowiedź zmieniła wszystko. Karol de Foucald został najbardziej znamienitym misjonarzem wśród saharyjskich Tuaregów. Swoim życiem chrześcijańskiego eremity, żyjącego pośród najbardziej opuszczonych społeczności kontynentu i utrzymującego się z najprostszej pracy, dał przykład innym. Była to droga świadectwa, a nie militarnego podboju. Naśladowców jednak nie było nigdy zbyt wielu.
W przypadku Karola de Foucald muzułmańska wspólnota stała się bodźcem do szukania głębszej prawdy o chrześcijaństwie. Dla wielu osób to zapewne paradoks, ale właśnie dzięki porównaniu tego, co odmienne jesteśmy w stanie zrozumieć lepiej własną wiarę, kulturę, a nawet samych siebie. Niestety, dzisiaj to zadanie znacznie trudniejsze aniżeli, powiedzmy, dziesięć czy dwadzieścia lat temu.
Tak się bowiem złożyło, że na początku XXI wieku islam ma w świecie Zachodu nienajlepszą prasę. Niemal automatycznie kojarzy się go z fanatyzmem, terroryzmem, fundamentalizmem, czy z tuzinem innych jeszcze określeń, które wzbudzają strach, a przynajmniej niepokój Europejczyków i Amerykanów, ledwie że skrywany dyplomatycznymi słowami o dialogu czy współpracy. Raz po raz pojawiają się w mediach opisy zniewolonych niewiast, przymuszanych do noszenia upokarzających czadorów, sceny kamieniowania lub biczowania nawiązujące do prawa szariatu, wreszcie eskalacja przemocy, dotykającej najczęściej Bogu ducha winnych cywilów. Nad wszystkim królują postacie brodatych mułłów – standardowo pokazywanych jako pozbawieni skrupułów fanatycy, niemal zawsze gotowi do użycia siły. Oczywiście trudno powiedzieć, że ów czarny obraz jest nieprawdziwy, że to tylko objaw kulturowych uprzedzeń Zachodu i całkowita nieznajomość świata muzułmańskiego. W cywilizacji islamu naturalnie pojawiają się, jak niemal wszędzie, terroryści, fanatycy i dyktatorzy. Prześladowane są kobiety i wydawane niesprawiedliwe wyroki sądowe. Tyle, że zredukowanie całej prawdy o bardzo złożonej religii i kulturze muzułmańskiej do tego, co dla Europejczyka odrażające, jest już zwyczajnym fałszem. Fałszem czasami bardzo przydatnym do zbudowania wizerunku własnej kultury bądź religii, które – dzięki porównaniu z czarnym obrazem islamu – wyglądają na postępowe, tolerancyjne i miłosierne.
Jak wobec tego szukać owego prawdziwego wizerunku, nie popadając zarazem w inną skrajność, mianowicie bezkrytyczną pieśń pochwalną o religii muzułmańskiej, co z kolei często czynią świeżo nawróceni na islam Europejczycy bądź Amerykanie? Czy jest jeden, powszechnie akceptowany wymiar duchowości wśród muzułmanów, czy też jest ich bardzo wiele? Jeśli wiele, to który z nich jest prawdziwszy, taki bardziej muzułmański?
Takie pytania stawia nie tylko większość ludzi Zachodu, dla których islam jest religią z gruntu obcą, ale również sami muzułmanie, niezwykle podzieleni jeśli chodzi o kwestię interpretacji ich własnej wiary. Problem w tym, że nie ma jakiegoś jednego islamskiego Watykanu, który decydowałby definitywnie o tym, co poprawne, a co błędne, co jedynie słuszne, a co na wieki potępione. Są oczywiście uczeni w piśmie – alimowie, poważani dla swej wiedzy religijnej, ale i oni różnią się między sobą w ocenie wielu spraw, a nawet – wydawałoby się – niezmiennych prawd wiary, jak na przykład zakazu tworzenia wizerunków ludzkich w sztuce. Niektórzy z nich są tutaj bardziej liberalni, pozwalając na omijanie zakazu, podczas gdy inni trzymają się ściśle litery religijnego prawa. Nic więc dziwnego, że islam jest światem niezwykle różnorodnym, więcej nawet – pełnym sprzeczności, także w swoim wymiarze czysto duchowym.
Nie oznacza to naturalnie, że nie istnieje wspólna dla muzułmanów dogmatyczna podstawa islamu. Niewątpliwie taką podstawą była i jest wiara w jedynego Boga, stworzyciela świata materialnego i człowieka. Nie istnieje też żadna inna istota, która byłaby równa Bogu. Prorok Muhammad (Mahomet) był Jego ostatnim prorokiem, który objawił ludziom Koran. Zewnętrznym objawem wiary muzułmanina jest wspólna modlitwa, która tak bardzo zaintrygowała Karola de Foucald. To prawda, że dla bystrego innowiercy jest ona czymś niezwykłym, stanowi świadectwo wielkości islamu i jego globalnego wręcz przesłania. Modlitwa odmawiana jest w jednym dla wszystkich języku, arabskim, przez co w każdym miejscu świata muzułmanin czuje się bardzo podobnie. W Kairze, Islamabadzie, Mekce, Dżakarcie, ale też w Paryżu, Londynie czy Warszawie słowa kierowane do Boga brzmią identycznie, tak więc świadomość modlitewnej wspólnoty daje poczucie ogromnej siły, również politycznej. Dodajmy tutaj, że język arabski nie jest bynajmniej językiem ojczystym dla każdego muzułmanina, bowiem Arabowie to zaledwie jedna czwarta wszystkich wyznawców islamu. Są wśród nich również Indonezyjczycy, Pakistańczycy, Malajowie, Turcy, Irańczycy i dziesiątki innych narodów, dla których język Koranu jest językiem obcym, ale którego słów modlitwy uczą się na pamięć. Modlitwa nie pełni więc jedynie funkcji czysto religijnej, jest bowiem specyficznym łącznikiem ponad granicami dla ponad miliarda wiernych, którzy codziennie mają świadomość uczestnictwa w prawdziwie globalnym rytuale. Wyznacza także rytm dnia, narzucając człowiekowi pewną dyscyplinę, tak konieczną w świecie nieustannych zmian, gdzie wszystko wydaje się bolesne i nietrwałe. Modlitwa pozostaje więc jakąś kotwicą, utrzymującą muzułmanina w kręgu tych samych czynności i słów, które nadają jego życiu sens religijnej, ale też i psychologicznej stabilności.






