i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2010-05-10 10:22:31

Druga połowa XX wieku, a szczególnie lata 80. i 90. przebiegały pod znakiem szeroko rozumianej demokratyzacji świata. Komunistyczne rządy Europy Wschodniej, czy autokratyczne reżimy Afryki i Azji upadały pod naporem mniej lub bardziej krwawych przewrotów społecznych. Demokratyczna tendencja utrzymywała się jeszcze, chociaż w zwolnionym tempie, w początkach nowego stulecia. Jednakże ostatnie lata i globalne wydarzenia ukazują słabość idei demokratycznych. Gdzie nie spojrzymy zasięg demokracji ulega nie tylko spowolnieniu, lecz nawet cofa się pod naporem populizmu, brutalnej siły i resentymentów autokratycznych.
Międzynarodowa organizacja „Freedom House” monitorująca stan demokracji na świecie bije na alarm. Najnowszy raport zatytułowany „Freedom in the world 2010”1 nosi znamienny podtytuł: „Erozja rozwoju wolności”2. Raport określając stan demokracji w poszczególnych krajach, operuje trzema kategoriami: wolny – kraj otwarty na dialog polityczny, respektujący prawa człowieka i obywatela, szanujący prawa jednostki
i niezależność mediów; częściowo wolny – respektowanie wolności w obszarze politycznym i obywatelskim ulega sporadycznemu łamaniu, występuje zjawisko średniej lub dużej korupcji, system prawny pozostawia wiele do życzenia, występują konflikty etniczne bądź religijne, często jedna partia polityczna posiada przewagę nad pozostałymi; zniewolony – prawa polityczne i obywatelskie nie istnieją, a społeczeństwo jest systematycznie nękane i pozbawiane głosu. Krótkie przyglądnięcie się mapie świata zamieszczonej w raporcie narzuca pierwsze refleksje. Rejonami demokratycznymi od lat pozostają: Ameryka Północna, Europa Zachodnia i Środkowa, Australia (niekoniecznie z Oceanią) czy południe Afryki (Namibia, Botswana, Republika Południowej Afryki). W porównaniu do poprzednich raportów, coraz bardziej rozszerza się obszar krajów częściowo wolnych i zniewolonych.
W porównaniu do 2002 roku, Ameryka Południowa w skali całego kontynentu zwiększała poziom wolności. Nie można jednakże uznać tego za jednoznacznie pozytywny sygnał. W czasie, gdy Brazylia czy Argentyna wprowadzały reformy demokratyczne, mieszkańcy Paragwaju, Boliwii, Wenezueli, Kolumbii i Ekwadoru coraz silniej odczuwali zacieśniającą się rękę władzy. Wymownym przykładem tego stanu rzeczy jest wenezuelski prezydent Hugo Chaves, który od 1999 roku sprawuje ten urząd i stopniowo wprowadza model władzy opierający się na ścisłej kontroli obywateli. Poczynając od populistycznych przemów dzielących indiańskich mieszkańców kraju i Kreoli, poprzez nacjonalizację przemysłu (szczególnie sektor naftowy), kończąc na zamykaniu niezależnych mediów i prześladowaniu dziennikarzy. Sytuacja zdaje się pogarszać z każdym dniem i może doprowadzić do tzw. „efektu domina”. Skłonny jestem twierdzić, co potwierdza się od lat, iż długotrwałe niepokoje występujące w jednym kraju, przenoszą się z czasem na sąsiadów, powodując pogorszenie wzajemnych relacji i zwiększenie aktywności ruchów nacjonalistycznych. W konsekwencji prowadzi to, do zmniejszenia swobód obywatelskich i brutalizacji życia społecznego.
O ile zmiany w Południowej Ameryce następowały względnie przewidywalnie, o tyle kontynenty afrykański i azjatycki uległy szybkiemu zwrotowi ku autokracji i tendencjom przeciwnym demokracji. W początkach XXI wieku Tajlandia, pomimo kryzysu finansowego z 2001 roku, należała do wąskiej grupy wzorowo rozwijających się państw w duchu demokracji Zachodnich. Była nie tylko „tygrysem azjatyckim”, lecz również tym krajem Azji Południowo – Wschodniej, który miał być motorem napędowym zmian w całym regionie. W 2002 roku Tajlandia w raporcie „Freedom House” plasowała się w kategorii w pełni wolnych krajów. Zaledwie osiem lat wystarczyło, aby spadła do grupy częściowo wolnych, a ostatnie wydarzenia zdają się sugerować, iż szybko z tego grona nie wyjdzie. Niedawny premier obalonego rządu Thaksin Shinawatra przebywa dzisiaj na przymusowej emigracji w Dubaju, a zamęt panujący od miesięcy w kraju, spowodował, iż w stolicy kraju – Bangkoku – wprowadzono stan wyjątkowy. Nowy premier Abhisit Vejjajiva z pomocą wojska dokonał przewrotu stanu, co spowodowało masowe protesty ludności wiejskiej, popierającej byłego premiera. 17 marca bieżącego roku cały świat obiegły zdjęcia i doniesienia agencyjne z demonstracji tajskiej opozycji, która w niekonwencjonalny sposób protestowała przeciwko nowym władzom. „W poniedziałek demonstranci wzięli „na celownik” premiera Abhisita Vejjajivę. Policja początkowo blokowała dostęp do rezydencji szefa rządu, ale po negocjacjach przepuściła przez swój kordon ponad 30 protestujących z sześcioma pięciolitrowymi baniakami z [ludzką] krwią. Krew została następnie przelana do małych plastikowych torebek, którymi obrzucono budynek”3. Wydaje mi się, iż zaistniały w Tajlandii impas jeszcze przez długi czas nie zostanie rozwiązany i odbije się szerokim echem w sąsiedniej Kambodży i Malezji. Trudność w rozwiązaniu konfliktu polega między innymi na tym, iż zarówno były premier popierany przez najbiedniejszą, a jednocześnie najbardziej liczną warstwę społeczną, jak i nowy przywódca kraju, nie posiadają wystarczającej przewagi siły, aby dyktować warunki. Co więcej, rodzina królewska, ciesząca się ogólnonarodowym szacunkiem, nie zabrała głosu w rządowym sporze, dystansując się od zaistniałej sytuacji.
Kolejnym azjatyckim przykładem odwrotu od jakichkolwiek, nawet iluzorycznych idei wolnościowych, są byłe republiki sowieckie, które pomimo tego, iż należały od lat do grupy państw zniewolonych, to ostatnimi czasy represje w stosunku do obywateli znacząco nasiliły. Co roku raport „Freedom House” ogłasza grupę najbardziej zniewolonych krajów świata, tzw. „Najgorsi z najgorszych”. W tym roku spośród 47 z nich, w pierwszej dziesiątce znalazły się Turkmenistan i Uzbekistan. Na domiar złego, kilka tygodni temu areną walk na linii władza – społeczeństwo, stała się stolica Kirgistanu – Biszkek. Jak nietrudno się domyślić kraje Bliskiego Wschodu, oprócz Kuwejtu, należą do grupy państw zniewolonych. Pozwolę sobie jednak pominąć ten rejon, gdyż tamtejsza sytuacja wymaga osobnej i dużo szerszej analizy.
Warto natomiast przyjrzeć się dokładniej Afryce, która w XXI wieku odznaczyła się najintensywniejszym i najbardziej widocznym odwrotem od demokracji i idei wolności. Amerykański dziennikarz i publicysta Joshua Kurlantzick w niezwykle ciekawym artykule zatytułowanym „Zmierzch demokracji”, który ukazał się na łamach magazynu idei „Europa”4, stawia kontrowersyjną tezę, iż winę za zanik demokratycznych systemów na świecie w dużej części ponosi klasa średnia. O ile jego teza i argumentacja pozostawiają pole do żywej dyskusji, o tyle słowa, które padają w jednym fragmencie tekstu, zdają się uwidaczniać „afrykański fenomen”: „Kraje Zachodnie, które po 11 września przerzuciły uwagę z demokratyzacji na wojnę z terroryzmem, często prawie się nie odzywały, kiedy demokracja szła do kosza. Niekiedy Zachód po prostu nie miał czasu bronić demokratów za granicą. Kiedy indziej – jak w przypadku Malezji i Pakistanu – autorytarne rządy stały się zjawiskiem korzystnym z punktu widzenia interesów Zachodu, ponieważ Stany Zjednoczone mogły liczyć na to, że autokraci będą bezterminowo przetrzymywali podejrzanych za terroryzm5. Afryka porzucona w trakcie demokratycznej reorganizacji, poddana wpływowi gospodarczych kryzysów i nie chroniona przez demokratyczny świat, zmieniła kierunek przemian. Klasa średnia przeciętnego kraju afrykańskiego – i w tym punkcie z Kurlantzickiem trudno się nie zgodzić – będąca motorem napędowym demokratycznych zmian w latach 90, zawiodła się na nowym, „kulawym” systemie sprawowania rządów i skierowała przeciw niemu.
Spoglądając raz jeszcze na najnowszy raport „Freedom House” można ulec wrażeniu, iż Afryka padła ofiarą epidemii zniewolenia. Spośród wszystkich krajów afrykańskich, zaledwie sześć określonych jest terminem „wolny”. Reszta, to kraje „częściowo wolne” (np. Tanzania, Zambia, Kenia, Etiopia, Nigeria, Maroko), natomiast znakomita większość, to autokracje, dyktatury lub państwa – widma, a posługując się terminologią raportu, są to kraje „zniewolone” (np. Libia, Algieria, Kongo, Angola, Gabon, Kamerun, Czad, Erytrea, a nawet Egipt).
Naszej uwadze często umyka jeden, według mnie dość niepokojący fakt, iż największe wpływy w Afryce zyskuje jedno państwo – Chiny. Światowe zafascynowanie wysokim wzrostem gospodarczym w tym kraju, rozwojem przemysłowym miast czy zwiększonymi inwestycjami w Państwie Środka, przysłaniają komunistyczne rządy, które w dalszym ciągu mają za nic prawa człowieka. Można pokusić się o stwierdzenie, iż część światowej ekspansji Chin, dokonuje się drogą przez Afrykę. W szybkim tempie geopolityczna mapa świata ulega zniekształceniu na rzecz demokracji zamkniętej w oblężonej, euroatlantyckiej twierdzy. Jestem daleki od snucia jakichkolwiek teorii i hipotez, jednakże uważam, iż globalny „odwrót” demokracji stał się faktem. Jeśli świat Zachodni nie spróbuje zmienić tej tendencji, to Europa i USA będą nielicznymi wyjątkami w globalnie antydemokratycznym świecie.
1www.freedomhouse.org.
2W oryginale: „Erosion of freedom intensifies”.
3www.tvn24.pl/1,1648115.
4Dodatek „Europa” do „Newsweek Polska”, kwiecień 2010, nr4 (289).
5Tamże, str. 8.


