i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2009-10-22 11:05:12

Dawno, dawno temu, niejaki Mikołaj R., żyjąc sobie w Nagłowicach, pewnego dnia, rzucił od niechcenia w przestrzeń odkrywczą myśl: „Niechaj narodowie wżdy postronni znają, iż Polacy nie gęsi, iż swój język mają”. Nie przypuszczał poczciwy człeczyna – tak zaangażowany w sprawę obrony polskości, że za parę ładnych lat jego rodacy staną się takimi poliglotami! Ale mówienie w obcych językach, tak jakby się wręcz od urodzenia było obywatelem danego kraju, już dawno przestało być trendy. Ba! Samo powiedzenie „trendy” już dawno nie jest trendy. W dzisiejszych czasach, każdy młody, szanujący się obywatel Rzeczpospolitej, pragnąc przypodobać się wybrance swego serca, tudzież marząc o wejściu do towarzyskiej elity – mówiąc bardziej skrótowo – nie chcąc wyjść na loosera, lamera, cieniasa, czy lepaka – musi odpowiednio się zachowywać, a przede wszystkim odpowiednio wyrażać.
W końcu, jak to mówią – na gadkę wszystko można załatwić. W tym celu należy swoją wypowiedź okrasić jak największą ilością wyrazów, których pochodzenie trudno uznać za zachodniosłowiańskie.
Jeśli natomiast wśród kwiatu polskiej młodzieży znajdzie się jakaś niedostosowana społecznie sztuka, która nie za bardzo wie, jak się porozumiewać z tubylcami z tej wielkomiejskiej dżungli (że już nie wspominając o wypłynięciu na salony), odpowiedź na wszystkie swoje bolączki i problemy odnajdzie w jakże kusząco spoglądających zza szyby kiosku kolorowych pisemkach dla młodych panien i kawalerów.
Na okładkę jednego z numerów poczytnego czasopisma „Bravo Girl!” aż miło popatrzeć! Spogląda na nas z niej urocza dziewoja, trzymająca na rękach psa, który ze stoickim spokojem informuje, że „lajf is kul”. „Smuty odpadają – patenty w dechę, jak pokonać deprechę”, „Całowanki bez przygotowanki” – toż to przecież poezja w czystej postaci! Wystarczy jeden rzut oka i już wiadomo, że owa pozycja prasowa jest jazzy i żadnej kichy nie możemy się tutaj spodziewać. Jak sam tytuł czasopisma wskazuje (oczywiście czysta polszczyzna aż z niego bije) jest ono skierowane przede wszystkim dla dziewcząt.
Na zaledwie kilkudziesięciu stronicach mieści się to, co każda zajefajna ziomalka wiedzieć powinna: że piękni kolesie to tylko kłopot, że legginsy, to nowy trend na tę jesień, co zrobić, kiedy popołudniami ma się zbyt mało pałeru, no i rzecz jasna nie może się obejść bez odjechanych psychotestów – każda z nas przecież chce się dowiedzieć czy ludzie z naszej paczki postrzegają nas jako oddaną przyjaciółkę, królową niezależności, czy też może raczej jako podstępną lisicę.
Wiadomo powszechnie, że każda kobieta jest z natury ciekawska, więc oczywistą rzeczą jest, że wszystkie przedstawicielki płci pięknej muszą looknąć na swój horoskop. Ja na przykład dowiedziałam się, że powinnam wykorzystać swój czas na wyhaczenie jakiegoś fajnego gostka, ale raczej muszę trzymać się z daleka od facetów kumpelek. No i wszystko jasne.
Jednakowoż „Bravo Girl!” musi mieć się na baczności. Wszak konkurencja nie śpi! Do ceny wyżej wspomnianego czasopisma dokładamy niewiele więcej i otrzymujemy ponad 70-cio stronicową lekturę i to na dużo lepszej jakości papierze.
Co tu dużo mówić – „Popcorn” to po prostu full wypas! Pomijam już te recenzje komputerowych gier, filmów – ambitnych amerykańskich komedii i płyt z wyrąbistą muzą; w ogóle nie wspomnę o radach, co jest na topie i po prostu cool, ale te wywiady... „Jakoś nie widzę was z hambuksami w łapciach...”, „Pozwalałem, żeby hajs mi zawrócił w głowie”, „Jak nas nie przypilnować, to rozniesiemy imprę w pył!”... Po prostu miód dla uszu...
Wystarczyła zaledwie chwila tej prasówki i już czuję lekki zawrót głowy. Aż chciało by się krzyknąć – profesorze Miodku, gdzie jesteś?! A swoją drogą, język współczesnej młodzieży, to czysta ekonomia oraz oszczędność i czasu i energii. Zamiast rozwodzić się nad tym, że „film był cudowny, zachwyciły mnie w szczególności niesamowite zdjęcia, to prawdziwe studium psychologiczne głównego bohatera, reżyser to istny geniusz, jestem naprawdę pod dużym wrażeniem”, wystarczy powiedzieć „było profi” i wszystko jest jasne. Mało tego – wyrażenie „jest profi” możemy używać nie tylko wyrażając nasz zachwyt nad filmem – mówimy tak podziwiając nową kreację koleżanki, dzieląc się swoimi odczuciami po zdanym egzaminie, czy też opisując nasze samopoczucie. Idąc tym tropem, można by rzec, że gdyby Homer żył w XXI wieku, to „Iliada” byłaby wydawana w formie broszury.
Wydawać by się mogło, że jest to język młodzieżowy otwierający wszystkie drzwi i że posługując się nim dogadamy się z każdym przedstawicielem młodego pokolenia. Otóż nic bardziej mylnego! Do esperanto mu jednak daleko, a przedstawiciele poszczególnych grup czy też subkultur młodzieżowych, podczas spotkania mieliby zapewne ten sam problem, z jakim nie mogli uporać się budowniczowie Wieży Babel.
Wszystkie dziedziny życia sygnalizują problem wszędobylskich zapożyczeń i obcych wyrazów w młodzieżowym slangu. Nawet artyści kabaretowi doszli do wniosku, że robienie skeczy o polityce nie jest już „trendy” i mamy żywy obraz tego, jak współcześni mężczyźni „uwodzą dziewczęta”, a raczej „wyrywają lachony”.
Oczywiście trudno jest powstrzymać język przed ewolucją, on jest niczym dzikie zwierzę, żyjące własnym życiem i bezsensem jest posługiwanie się archaizmami, jednak aż łza się w oku kręci na samą myśl o tym, że już niedługo w tym gąszczu tipsów, hambuksów, dżamprez, zaginą wiersze Gałczyńskiego, metafory Leśmiana, które w bibliotecznych zbiorach coraz grubszą warstwą będzie przykrywał kurz zapomnienia.
Szczerze mówiąc, to sama trochę czuję się jak postać z innej epoki – szukając inspiracji w młodzieżowych pisemkach, chwilami żałowałam, że nie mam jakiegoś słownika, bo w ząb nie mogłam pojąć o co w niektórych tekstach chodzi. Jestem więc żywym dowodem na przerażającą szybkość rozwoju młodzieżowego slangu – skoro między mną, a osobami zaledwie kilka lat młodszymi wyrasta tak duża przepaść językowa.
Podobno, to co zwie się różą pod inną nazwą pachniałoby tak samo, ale osobiście jakoś wolę zostać przez faceta zostać nazwana „miłą dziewczyną”, zamiast „niezłym towarem”. Ale cóż... widocznie nie jestem jazzy...
Czas już chyba kończyć, bo nie mam już dłużej siły toczyć zaciętej, ale bardzo nierównej walki z moim Wordem, który uparcie i złośliwie podkreśla mi co drugie słowo, że niby nie zna. Nie czai bazy i tyle…
Przyszłość – kryje się w zwięzłości:
Aristotle: „What does it mean to be a good person”?
Descartes: “What does it mean to be?”
Nietzche: “What does it mean”?
Bertrand Russell: “What does ‘it’ mean”?
C.S. Lewis: “What does it?”
Lil Jon: “What?”


