Fundamenty demokracji?
TAGI: Kuchnia intelektualna, Polityka,
Dodano: 2011-01-20 12:10:13
Niewątpliwie nie jest odkrywcze stwierdzenie, że demokrację rodzącą się w Polsce od 1989 r. można także opisać, jako pasmo niespełnionych, często oderwanych od realiów, obietnic polityków. Są one nie tylko świadectwem pragnienia poszczególnych partii zapewnienia sobie sukcesu wyborczego.
Utrwalił się mechanizm, który skłania scenę polityczną do zabiegania o sympatię elektoratu, także w trakcie kadencji parlamentu, rządu czy Prezydenta RP. Ta sympatia – przekładająca się na mniej lub bardziej wiarygodne sondaże opinii publicznej – ma być potwierdzeniem mandatu do sprawowania władzy lub w przypadku ugrupowań opozycyjnych zapowiadać skuteczne ubieganie się o nią. Realizowanie tak wyznaczonego celu wydaje się politykom na tyle ważne, że do takiego „sukcesu” dążą wszelkimi metodami, nie stroniąc od łgarstwa, kuglarstwa i pomówień.
Poszukiwanie sympatii „zwykłych ludzi”, którzy być może wezmą udział w wyborach, powoduje też istotne zmiany w funkcjonowaniu partii politycznych, a ściślej w ich finansowaniu. Zrealizowany przez patię rządzącą postulat zmniejszenia dotacji na parlamentarne ugrupowania polityczne został przecież zrealizowany przez formację, która z racji sprawowania władzy znajduje się, także pod względem ekonomicznym, w uprzywilejowanej pozycji. I to pozycji potrójnie korzystnej, ponieważ oprócz możliwości wykorzystywania w kampanii największych pieniędzy z należnej dotacji spośród wszystkich partii politycznych w Polsce, ma także możliwość, jak we wszystkich demokracjach, wplecenia w działania wyborcze rzeczywistych i wyimaginowanych osiągnięć ekipy rządzącej. W dzisiejszej rzeczywistości na scenie politycznej może także liczyć na głosy elektoratu negatywnego największej partii opozycyjnej, który jest utrwalany z pełną determinacją przez nią samą.
Taka sytuacja (ani zrealizowana połowicznie, ani w całości) nie powoduje, jak twierdzą zwolennicy likwidacji dotacji, dopuszczenia na scenę polityczną nowych, świeżych, twórczych sił i ludzi… Ta nowa sytuacja ułatwi jednej partii po najbliższych wyborach osiągnięcie rządów „monopolistycznych”… Warto przypomnieć, że partia rządząca deklarowała po poprzednich wyborach, że jednostronnie zrezygnuje z należnej jej z litery prawa dotacji… i wzięła te pieniądze. Przypominam jednak o tym nie dlatego, żeby to postępowanie wypomnieć, ale po to, by wrócić do problemu niespełnionych obietnic, zwłaszcza tych, o których część Polaków wiedziała, że spełnione być nie mogą lub nie będą, bo swoje populistyczne zadanie już spełniły. Chyba prawie wszyscy byliśmy do niedawna przekonani, że w naszym kraju polityk czy kandydat na polityka może mówić wszystko, co zechce, i nie poniesie z tego powodu żadnych konsekwencji. Ordynacja wyborcza w decydujący sposób także wpływa na parlamentarny sukces wyborczy, a zwłaszcza posłowie (także w nieco mniejszym stopniu senatorowie) są de facto nominatami partyjnymi. Nic dziwnego, że dotychczasowi zwolennicy z dużych ugrupowań zapomnieli z łatwością o jednomandatowych okręgach wyborczych.
Ale „sielanka” partyjna chyba zaczyna się kończyć – na razie na szczeblu samorządowym. Wydaje się, że mechanizm nominatów partyjnych na stanowiska wójtów, burmistrzów i prezydentów miast oraz radnych nieco szwankuje. Elektorat samorządowy – a przynajmniej jego część – przestaje słuchać i wybiera kandydatów z lokalnych komitetów wyborczych, którzy odnoszą sukces, „startując” także z ugrupowania gminnego do rady powiatu, a z ugrupowania powiatowego (np. Wrocław) do Sejmiku Wojewódzkiego. To mogą być pierwsze, ale za to wyraźne symptomy stosunku elektoratów samorządowych do „wskazań partyjnych” i samych partii. Można też zastanawiać się, czy nie jest to także przejaw zmęczenia i niechęci wywołanej brakiem odpowiedzialności za słowo, która charakteryzuje naszą scenę polityczną.
Wydaje się też nową sytuacja, którą doskonale ilustruje przebieg wyborów samorządowych w Sopocie i Olsztynie. Oskarżenia skierowane pod adresem prezydentów Czesława Małkowskiego i Jacka Karnowskiego przez wymiar sprawiedliwości i media jeszcze kilka lat temu spowodowałyby ich śmierć cywilną. Dlaczego elektorat odrzucił te „wyroki”? Karnowski wygrał wybory, Małkowski co prawda przegrał, ale uzyskał bardzo dobry wynik. Taki rezultat z jednej strony powinien cieszyć – widać, że logika coś w tym musi być stosowana wobec osób oskarżanych lub pomawianych przestaje działać, a opinia publiczna kieruje się własnym rozumem, a nie podsuwanymi jej opiniami. Ale jest to także powód do zatroskania. To również ocena instytucji beztrosko formułujących zarzuty. Odrzucanie „wyroków” prokuratury i czwartej władzy świadczy przecież o nadwątleniu ich autorytetu oraz prestiżu. Wymiar sprawiedliwości i media to jedne z najważniejszych filarów demokracji, jeśli stają się wątłe, musi się to negatywnie odbić na funkcjonowaniu tego systemu.
Ocena tych zjawisk to nie tylko dla specjalistów PR, którzy, opracowując strategie kampanii wyborczych, muszą je wziąć pod uwagę te okoliczności. Mam nadzieję, że przemyślenia kolegów doprowadzą ich do wniosku, że reklamowanie polityków, jak „proszku do prania” to nie najlepszy pomysł, że kampania wyborcza powinna mieć wyraźne jądro merytoryczne, że ludzi nie interesują, a za to denerwują kłótnie polityków wynikające tylko z faktu, że należą do różnych partii. Może przy okazji odkryją tych (zapewne nielicznych), którzy myślą sensownie o rozwoju naszego kraju i potrafią o tym przekonująco mówić. Ale nad tym, że maleje społeczny wpływ wymiaru sprawiedliwości i mass mediów, powinni się zastanowić i prawnicy, i dziennikarze oraz ci, którzy mają wpływ na kształtowanie ustroju prawnego i systemu medialnego – może czas, by skorzystać ze specjalistów.
rpolak -
2011-01-21 13:35:44
Tekst Piotra Bielawskiego czyta się z rosnącym zainteresowaniem. Wnioski wyciągnięte z tej wypowiedzi nie nastrajają jednak optymistycznie. Pisze bowiem autor, że politykę w Polsce nazwać można pasmem niespełnionych, oderwanych od realiów obietnic. Ale sprawa zdaje się wyglądać jeszcze gorzej. Niezrealizowane obietnice to tylko część problemu, moim zdaniem istotniejszy jest brak długofalowego planu politycznego prezentowany przez każdą ze współczesnych opcji politycznych. Przyznaję, że to nieco prowokacyjne twierdzenie, ale jeśli ma wywołać dyskusję, niech takim pozostanie.
Uważam bowiem, że w dzisiejszej polityce polskiej mamy do czynienia z absolutnym deficytem poważnych rozmów o sprawach istotnych dla państwa, a co za tym idzie - z deficytem realnych działań służących rozwiązaniu problemów prawdziwych.
Zamiast tego od dłuższego już czasu częstuje się nas nachalnie marnej jakości sporem o wszystko... tylko nie o sprawy ważne. Sporem prowadzonym w imię ... no właśnie, nie wiadomo czego. Przecież nawet, gdy któraś z opcji wygra wybory to i tak nie potrafi sensownie swojego zwycięstwa wykorzystać. Zamiast wziąć się do roboty, wyciąga kalendarz wyborczy i z coraz mniejszym zażenowaniem nim właśnie uzasadnia brak aktywności, a może nawet strach przed nią.
Warto zadać sobie w tym miejscu dość naiwne i często powtarzane pytanie: czy partia rządząca powinna prowadzić politykę wsłuchiwania się w głos ludu, który z natury rzeczy bywa kontestujący czy raczej wolę powinna kształtować proponując rozwiązania służące poprawie obecnego stanu rzeczy. Kroki te wiązać się mogą ze stratą popularności i koniecznością oddania władzy. Owszem, może się tak zdarzyć! Ale, w takim razie po co podejmować się sprawowania władzy?
Wypada się również zgodzić z Piotrem Bielawskim, który twierdzi, że coraz częstsze pomijanie partii w wyborach (czego szczególnym przykładem są ostatnie wybory samorządowe) to wynik zmęczenia i niechęci wywołanej brakiem odpowiedzialności za słowo, która charakteryzuje naszą scenę polityczną. Brak odpowiedzialności, ciągły i marnej jakości spór oraz związane z tym poczucie niesmaku każe ludziom trzymać się od polityki jak najdalej, bo nie znajdują oni powodu (i im bardzie go szukają, tym bardziej go nie znajdują!), aby polityką się zajmować. Stosunek polskiego społeczeństwa do marniejącej w oczach polityki dobrze ilustruje wypowiedź Vaclava Havla. Podczas jednej z wizyt w Stanach Zjednoczonych, zaproszony na oficjalny obiad (a zatem odnosząc się do zupełnie innej rzeczywistości) powiedział on: "nie mam zamiaru siedzieć dwóch godzin nad wstrętnym amerykańskim jedzeniem, bez smaku, bez musztardy, bez pieprzu, myślę, że to absolutnie zbędne.[...] gdyby umieli tu przynajmniej ugotować zupę wyszedłbym zaraz po pierwszym daniu, ponieważ nie potrafią wyjdę przed zupą".
Traktując tę wypowiedź alegorycznie, uważam, że tekst Piotra Bielawskiego jest między innymi po to, aby polskiemu społeczeństwu chciało się chodzić na obiad, bo brak jedzenia na dłuższą metę bywa groźny.
Walerian - Uwagi na kanwie tekstu
2011-01-21 21:37:08
Mam okazję wielokrotnie odnosić się do kwestii poruszonych w tekście dra Piotra Bielawskiego. W tym miejscu garść słów podsumowujących efekty polskiej transformacji. Nie są budujące. Zbyt szybko nastąpił proces swoistego "zużycia się" wartości demokratycznych, o czym świadczy olbrzymia absencja wyborcza będąca dobitnym pokazem negatywnego stosunku wielkiej liczby obywateli do aktu wyborczego. To najgorszy wynik w naszym regionie Europy. I to od lat. Partie szybko przemieniły się w struktury oligarchiczne, wsysające ludzi cechujących się syndromem: B (ierny) M (ierny) W (ierny).
W efekcie prawa społeczne rządzące takimi strukturami zmuszają jej członków do eliminowania "szarych komórek" z bieżącego procesu myślenia ergo najważniejsza staje się tu ślepa lojalność, konieczność gry w drużynie i działania na rzecz reelekcji. Klinicznie widać to w zachowaniu np. Stefana Niesiołowskiego czy licznych pretorian prezesa Kaczyńskiego. Takim miękkim pretorianinem był swego czasu Tadeusz Iwiński wobec Leszka Millera. Co gorsza, pomysł wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych w obecnym stanie rzeczy wcale nie gwarantuje osłabienia oligarchicznego modelu uprawiania polityki. Dlaczego? Skoro polityka polska jest bardzo silnie upartyjniona, dlatego konsekwencją przyjęcia systemu większościowego nie byłoby pojawienie się - na poziomie parlamentarnym - licznej grupy merytorycznie przygotowanych parlamentarzystów, swoistych "gwiazdorów socjometrycznych". W rzeczywistości powstałby system dwupartyjny, który absolutnie nie oddawałby skali aktualnych podziałów społeczno-politycznych. Jakościowo polską politykę mogłyby zmienić osoby autentycznie popularne w swoich środowiskach, najlepiej bezpartyjne. Pokazują to choćby coraz liczniejsze przypadki gwiazd i gwiazdorów polskiej polityki lokalnej. Jednak szansa na pojawienie się pokaźnej grupy osób, które spełniałyby te dwa kryteria równocześnie, jest niewielka. Z udziałem w polityce szczebla centralnego wiążą się: sprawny aparat i aktyw oraz coraz większe pieniądze, potrzebne na kampanie wyborcze. Skąd miałby je wziąć kandydat niezrzeszony? I jeszcze jedna fundamentalna słabość, której nie zniwelowała transformacja. Polskie państwo w dalszym ciągu nie jest darzone szacunkiem i zaufaniem przez obywateli, samo zaś koncentruje się głównie na wypełnianiu zróżnicowanych funkcji kontroli wobec tychże obywateli. Prawdziwym mężem stanu zostanie w Polsce ten, któremu udałoby się przynajmniej ograniczyć ten wielowiekowy (tak, tak!) syndrom obopólnego braku zaufania.
Okraj -
2011-01-25 18:37:05
Obecna klasa polityczna zastygła w pewnego rodzaju klinczu: z jednej strony sukces wyborczy jest jedyną miarą sukcesu i jedynie to determinuje jej działania, z drugiej - istnieje niemożność oderwania się od kreacji wizji wroga (głównie dotyczy to rywali). Wydaje się, że stan ten jest permanentny i nikt nawet nie ma ochoty z niego wychodzić, co, jak pisze dr Bielawski, odbija się na funkcjonowaniu całego systemu - nie tylko politycznego, ale (co ważne) i społecznego. To powoduje rosnącą alienację wyborczą i polityczną, co nie daje klasie politycznej do myślenia. A są powody do niepokoju, bo jak uczy historia, lekceważenie obywateli kończy się w najlepszym razie zmianą owej klasy poprzez wybory, a w najgorszym - rewolucją.
Niestety, do tego stanu rzeczy przyczynia się nie tylko sama klasa polityczna, ale również doradzający jej fachowcy, którzy utrwalają w niej przekonanie, że elektorat da się i trzeba ogłupić. Świadczy o tym choćby casus wyborów samorządowych w Wałbrzychu, gdzie rozpętano bardzo ostrą kampanię negatywną, zaprojektowaną właśnie przez tzw. fachowców od szeroko rozumianego doradztwa politycznego. Efekt: jedna z najniższych frekwencji wyborczych w kraju i duże prawdopodobieństwo powtórki wyborów. Być może tego rodzaju wydarzenia sprawią, że coś się zmieni, a polityka stanie się bardziej merytoryczna? Obawiam się jednak, że nie, bo do takiej zmiany potrzeba rozwoju społeczeństwa obywatelskiego, a w polityce zmiany pokoleniowej i mentalnościowej.
witek - Kociokwik
2011-01-27 14:28:35
Ogrom wątków poruszył autor, stąd też trudno o jednoznaczne odpowiedzi we wszystkich z poruszonych wątków...
Nie ulega już chyba wątpliwości, że polityka zatrzymuje się z wolna na poziomie samorządu województwa. Tam trwa jeszcze (ciekawe jak długo?!) bitwa na słowa i walka podjazdowa między przedstawicielami poszczególnych, liczących się ugrupowań. Nawet w powiatach - przez ostatnie ...naście lat wybitnie spolityzowanych - ostatnie wybory samorządowe pokazały, że polityka i politykierstwo odchodzi w cień. W gminach zaś rządzą i dzielą "nasi" i "znani". I drugorzędnym jest, czy mają wyroki czy też narażają się partyjnym centralom i ich lokalnym strukturom. Ludność waży to sobie lekce i wybiera "znanych" i "sprawdzonych" (obojętnie, co można tu mieć na myśli...), ale za to "swoich" - bez szyldu partyjnego i poparcia z W-wy.
Ideałem byłoby, gdyby polityka koncentrowała się tylko na szczeblu krajowym. Do tego potrzeba jednak jeszcze trochę czasu i świadomości obywatelskiej. Partie polityczne tylko tam powinny rozgrywać swoje harce, którymi społeczeństwo przestaje się - i słusznie! - w jakikolwiek sposób emocjonować.
Sądzę, że z samorządu odejdzie jednak partyjniactwo i będzie się przy okazji każdych wyborów samorządowych li tylko selekcja wśród "swoich". wówczas odpadną "podpadnięci swoi" a pozostaną jedynie "sprawdzeni swoi", czyli skuteczni i wizjonerzy zarazem, mogący porwać resztę do działania...
System partyjny w Polsce będzie z pewnością podlegał jeszcze przemianom. Dwa rodzące się twory (czyli PJN i "Palikotostwo") odejdą wkrótce w niebyt. PJN powróci na łono matki swej rodzonej (z którą mówi jednym głosem), bo więzy krwi przecież najważniejsze. Politycy (nazwijmy ich tak - z dużą dozą tolerancji dla rzeczywistego, a nie pojmowanego w polskich realiach znaczenia tego terminu...) Ruchu Poparcia Palikota rozsypią się po obecnej scenie politycznej, szukając przytułku.
PO i PiS muszą niewątpliwie się przeorganizować. Ta druga partia w dojrzałych demokracjach byłaby marginalnym zjawiskiem, jednak u nas jest niesiona na fali bezruchu w PO. Ale PO przecież (wnioskując to chociażby z wypowiedzi jej liderów) jest jedynie ruchem obywatelskim , który partią stał się z konieczności. Trudno wobec tego odnaleźć się PO w mechanizmach właściwych dla funkcjonowania partii.Widać to, słychać i czuć.
SLD i PSL będą wiecznie żywe, jak idea, która legła u podstaw powołania tych partii jeszcze w poprzednim ustroju. Kosmetycznie się pozmieniają, przywdziewając w rezultacie nowe szaty na zmurszałe członki (nie w sensie anatomicznym...).
Reasumując:
dla politologów przyjdą jeszcze złote czasy (w sensie ilości materiałów do badań) dzięki przedstawicielom naszej elity politycznej. "Elity", traktowanej z dużym przymrużeniem oka.
Jak społeczeństwo to wytrzyma?
Zupełnie normalnie. Rozwój społeczny powoduje demobilizację i dystans dla politycznego pustosłowia. Dlatego też polityka stanie się hobby dla obywateli dobrze sytuowanych i jednocześnie sprawą życia i śmierci dla młodych wilków - żądnych karier, posad i apanaży.
Ogół społeczeństwa będzie robił swoje, nie oglądając się na wykwity elokwencji i inwencji twórczej swoich demokratycznie wybranych przedstawicieli. Demokratycznie wybranych poprzez coraz mniejszą frekwencję...
Mateusz Stopa - Czy aby na pewno \"lokalne komitety\"
2011-01-28 09:44:00
Pewne wątpliwości może budzić założenie przyjęte przez Autora, jakoby każdy komitet lokalny stanowił alternatywę dla partii politycznych funkcjonujących na szczeblu centralnym.
Praktyka pokazuje, że w wielu przypadkach te "lokalne komitety" stanowią jedynie lokalną filię partii politycznej. Taka sytuacja przecież ma miejsce w Rzeszowie. Komitet prezydenta Ferenca składa się także (a może przede wszystkim) z działaczy Sojuszu Lewicy Demokratycznej.
Kolejne wybory pokazują
wyraźnie, że lokalne komitety wyborcze często wykorzystywane są przez duże partie polityczne jako kamuflaż. Korzyści takiego działania można wskazać co najmniej kilka, by wymienić tylko te najbardziej oczywiste: wizerunkowa - wyborca nie kojarzy konkretnych kandydatów z potencjalnie złym wizerunkiem ogólnopolskiej formacji, czy organizacyjna - forma udzielenia poparcia odciąża struktury partyjne, które w przeciwnym razie zmuszone by były do podjęcia własnych działań w celu organizacji komitetu, programowa - możliwość "ucieczki" przed pewnymi rozwiązaniami postulowanymi na szczeblu centralnym i budowanie alternatywnych rozwiązań lokalnych bez ryzyka popadnięcia w ciężką schizofrenię.
Część analityków i komentatorów samorządowej sceny politycznej podkreśla jednak, że postępuje zawłaszczanie tej sfery przez duże organizmy polityczne. Wystarczy przeglądnąć polityczne życiorysy radnych wojewódzkich: często samorząd wojewódzki stanowi albo punkt wyjścia do wyborów centralnych, albo swoistą przechowalnię tych, którzy już w Parlamencie nie znaleźli miejsca. To taki poligon dla rezerw kadrowych dużych partii politycznych.
Podstawowa przyczyna takiego stanu rzeczy, moim skromnym zdaniem, polega na tym, że wciąż w Polsce dużo większe zainteresowanie i emocje wywołuje polityka centralna, a zupełnie na dalszym planie znajdują się sprawy lokalne.
Piotr Starzec -
2011-03-10 14:06:00
Demokracja rodziła się w Grecji w V w.p.n.e. i wtedy była ustrojem prawie idealnym. Ale Grecja była podzielona na polis i w zasadzie każdy teren miał swoją władzę. W Atenach demokracja polegała na rządach pełnoprawnych obywateli, a tych nie było wielu, pozostali, wliczając w to kobiety i dzieci, głosu nie mieli. Nasza demokracja pojawiła się po znienawidzonym komunizmie i każdy rozumiał
ją inaczej. Większość chciała z demokracji mieć zyski, najlepiej materialne. Prawo do głosowania nie każdy potrafił wykorzystać w pełni. Społeczeństwem obywatelskim nie jesteśmy, albo jesteśmy zbyt mało. Lubimy jak nam coś obiecują, ale nie potrafimy z obietnic rozliczać. Politycy świetnie tę naszą słabość wykorzystują. Tak, jak pisze autor, dziś ważny jest PR a nie dbałość o kraj i społeczeństwo. Ważne jest zdobycie władzy, zapewnienie sobie sukcesu wyborczego, sondaże. Stosowane jest też w polityce oczernianie przeciwnika, lepiej głosować przeciw komuś niż za. Nie mamy wyklarowanych sympatii politycznych, ale wrogość ukierunkowaną na jakieś osoby, i do tego potrzebne są media.
Dlatego nie zgadzam się z autorem, że nasze media są słabe. Może nie wychodzą w nich najlepiej spoty wyborcze, ale szkalowanie przeciwników to ich mocna strona. No chyba, że pisząc o słabości mediów autor myślał o braku dociekliwości dziennikarzy i chęci poszukiwania prawdy, czy walki o dobro kraju. Z tym mogę się zgodzić. Media nie pokazują tych, którzy starają się myśleć o prawdziwym rozwoju kraju, nie są oni widać zbyt medialni, bo nikogo nie obrażają, nie kłócą się, chcą rzeczywiście coś zmienić. Widocznie ludzie tego nie kupują, słaba oglądalność nie pozwala na ich prezentację.
Nie zgadzam się także z tezą, jakoby „sielanka partyjna” kończyła się na szczeblu samorządowym. Co prawda tworzone są na potrzeby wyborów lokalne komitety, ale w ich skład wchodzą ludzie z konkretnych partii, którzy zmienili orientacje jedynie na okres kampanii i dzięki takim zabiegom zyskali poparcie. Potem często wracają do swoich partii i wyborca już nic nie może zrobić. Prawdą jest natomiast, że ordynację wyborczą należy zmienić. Do startu w wyborach nie powinni być dopuszczani ludzie mający konflikt z prawem, przecież mają oni to prawo stanowić. Jak więc osoba z jakimkolwiek zarzutem, czy nie daj Boże wyrokiem staruje w wyborach?! Czy to słabość sądów, czy siła rządzących, którzy rekomendują swoich, byle pokonać przeciwnika z innej partii?(Przykład Karnowskiego w Sopocie). Niestety, to nasza polska rzeczywistość i złe rozumienie demokracji. Prawie jak u Karguli: „Sąd sądem, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie…”