i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2010-11-04 09:52:54

I. Francja i Francuzi.
Nie bardzo ich lubię. Nie lubię za Napoleona i jego nieuczciwą grę z Polską, nie lubię za „dziwną wojnę” w 1939 r., ani za ich przekonanie o swojej narodowej wyjątkowości, kontrastujące z naszym polskim przekonaniem o naszej narodowej wyjątkowości. Nie lubię ich także (last but not least) za uporczywe używanie języka francuskiego (którego nie znam) na międzynarodowej konferencji, na której wszyscy inni mówią po angielsku… Ale jednak – ze zdziwieniem i zaskoczeniem patrzę na ataki na francuską politykę, zwłaszcza ze strony lewicowych publicystów. Może nie tyle na sam fakt ataków, co na ich skalę i bezrefleksyjne popieranie tych ataków przez media.
Czym bowiem Francja bulwersuje świat w ostatnim czasie?
Po pierwsze stanowiskiem wobec burek i nikabów.
Po drugie – deportacjami Romów.
II. Po pierwsze zatem, nikaby i burki:
Decyzja francuskiego parlamentu zakazująca ich noszenia w określonych sytuacjach nie jest przejawem akceptacji (lub nie) dla wierzeń religijnych, ale jest przejawem braku akceptacji dla zagrożeń bezpieczeństwa narodowego i dla dyskryminacji kobiet, której to symbolem (co mniejsza) i przejawem (co ważniejsze) zarazem są burki i nikaby.
Lewicowi publicyści sprowadzają dyskusję do absurdu (nomina sunt odiosa, ale osoby tak przeze mnie szanowanej i zarazem tak wprowadzającej mnie ostatnio w stan osłupienia jak Konstanty Gebert, nie wolno mi pominąć), tj. do zakazu zakrywania twarzy w ogóle. Ale ustawodawcy francuskiemu nie chodzi przecież o to czy można, czy wolno zakrywać twarz, ale o to, czy wolno mężczyznom wymuszać na kobietach określone wzorce kulturowe, które są sprzeczne z zasadami demokracji zachodniej i ograniczają prawa kobiet. Postawa niektórych publicystów, mieniących się lewicowymi dziwi mnie tym bardziej, iż albo nie rozumieją oni problemu (co wątpliwe, bo to z reguły inteligentni ludzie) albo zróżnicowanie kulturowe akceptują do tej ostatecznej granicy, jaką jest akceptacja dyskryminacji kobiet („nie rozumiemy ich wzorców, więc powinniśmy je zaakceptować”) w środowiskach islamskich… w Europie. A to mi się trochę w głowie nie mieści…
Istota problemu, czego również z reguły brakuje w dyskusji na ten temat, leży w przekonaniu części kobiet-muzułmanek, które w wyniku internalizacji określonych przykazań przekazywanej im odmiany islamu uważają noszenie burek i nikabów za swoje prawo i przywilej. Według nich – to właśnie zakaz ich noszenia jest naruszeniem ich praw. I tu stajemy wobec najtrudniejszego zagadnienia, a dla niektórych publicystów intelektualnie „nie do przeskoczenia”.
Według mnie i jak sądzę ustawodawcy francuskiego, omawiane ustawodawstwo to zło konieczne. Konieczne do eliminacji znacznie większego zła, jakim jest dyskryminacja kobiet w środowiskach islamskich. Nawet wtedy, gdy kobiety te nie rozumieją istoty swojej dyskryminacji. Tu tkwi istota sporu z lewicowymi (w istocie – lewackimi) publicystami, którzy tego niuansu, niezrozumienia i zarazem akceptacji własnej dyskryminacji przez te kobiety, zaakceptować nie zamierzają – w imię poprawności politycznej.
Przykład z polskiego „podwórka”:
Postawa K. Geberta wobec powyższego problemu jest dla mnie całkiem niezrozumiała, bo o ile wiem jest On (wydaje się, że jest, przepraszam, o ile się mylę) zwolennikiem tzw. parytetów. Parytety są przecież, co oczywiste, dyskryminacyjną (wobec mężczyzn) metodą zwalczania istniejącej dyskryminacji kobiet. I można je zaakceptować tylko wtedy, gdy uznamy, iż wynikająca z nich tj. „parytetów” – potencjalna dyskryminacja mężczyzn (być może dla równowagi – czasowa – chociaż nie wiem co sądzą o niej ci młodzi mężczyźni, którzy jako żywo kobiet nie dyskryminowali choćby z braku okazji) stanowi mniejsze zło niż istniejąca dyskryminacja kobiet. Ta sama ocena moralna powinna odnosić się do ustawodawcy francuskiego.
Reasumując – francuskie stanowisko wobec nikabów i burek jest oczywistą konsekwencją poglądów demokratycznych, a negacja tych poglądów wypływa albo z niezrozumienia istoty demokracji albo z przyjęcia, że demokracja jest mniej warta niż ideologie religijno – autorytarne, ale zinternalizowane i popierane w określonych grupach społecznych, również tych podlegających dyskryminacji.
III. Po drugie – deportacje Romów.
W naszym kraju żebractwo (art. 58 Kodeksu wykroczeń), niszczenie roślinności i zaśmiecanie miejsc publicznych (art.144 Kodeksu wykroczeń) etc. jest karalne. Zakładam, że we Francji również. Zasadniczo, jeżeli kary grzywny nie przynoszą rezultatu, kończy się to karą aresztu (por. art. 25 Kodeksu wykroczeń). Przyznaję się, że nie zbadałem w tym zakresie prawa francuskiego. Sądzę jednak, że pozostaje ono w nurcie europejskim i że w/w środki karne znajdują zastosowanie nie tylko w prawie polskim, ale z mniejszymi lub większymi modyfikacjami – francuskim.
Reasumując – nielegalne obozowiska Romów w każdym cywilizowanym kraju, gdyby stosować do nich normy obowiązujące pozostałych obywateli tych krajów, musiałyby doprowadzić do aresztowania znaczącej części mieszkańców tych obozowisk, oddania dzieci do zakładów opiekuńczych etc. Tym, którzy rozumowaniu temu zarzucić zamierzają rasizm polecam chwilę namysłu i dokonanie tzw. prawniczej subsumcji. Zamiast Romów niech „podstawią” sobie grupę rozwydrzonej młodzieży, która właśnie wyszła z wiejskiej dyskoteki lub inne grupy „rodzimych anarchistów”.
W konsekwencji wskazać należy, że Francuzi, deportując Romów wykazują swoiście pojmowane skrajnie liberalne umiarkowanie – zamiast karać Romów zgodnie z własnym francuskim prawem, przenoszą ich do ich pierwotnego miejsca pobytu. Wobec dylematu – pozwolić bezczelnie i bezkarnie naruszać prawo a stosować stosowne sankcje, Francuzi, pewnie wbrew sobie, wybierają trzecią drogę. Ale pomimo, że rezygnują z własnych środków prawnej egzekucji porządku publicznego, to i tak podlegają krytyce lewackich polityków i żurnalistów.
Zastrzegam – nie mam nic przeciwko Romom. Jako wielbiciel Marqueza i „Stu lat samotności”, jestem wręcz zwolennikiem pewnych przejawów tej kultury. Jasne, mam też świadomość, że pewnie jednak nie uda mi się udowodnić, że nie jestem wielbłądem, zwłaszcza wobec tych, co Marqueza nie czytali.
Reasumując – francuskie deportacje Romów nie są przejawem nacjonalizmu, lecz raczej rozpaczliwej próby zachowania szacunku do prawa bez realnego korzystania z sankcji, na które prawo to pozwala i które nakazuje stosować. Czy wpisują się, czy nie w kampanię wyborczą Sarkozy’ego – inna rzecz. Możliwe, że tak, ale to nie zmienia wagi argumentów merytorycznych.
Istotą problemu jest tu, czy zasady prawa i legalizmu powinny ustąpić wobec politycznej poprawności i strachu przed zarzutami działań o charakterze rasistowskim. Ja uważam, że nie. I dlatego spotkam się pewnie z krytyką lewackich publicystów.
„Własna nieprzymuszona wola” – działanie pod wpływem religijnej indoktrynacji i brak akceptacji zasad demokracji zachodniej i zasad państwa świeckiego.
„Brutalne wcinanie się państwa w sferę prywatną” – próba eliminacji nierównoprawnej pozycji kobiety, która w niektórych (podkreślam – niektórych) nurtach islamu jest cechą immanentną tych nurtów religijnych.






