i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2009-06-15 10:18:30
Fez nie jest miastem dla samotnych flaneurów nie sposób w tym labiryncie poruszać się samemu, bo wejść łatwo, ale wyjść trudno, a już nie sposób trafić do ciekawych miejsc, które warto zobaczyć jak np. dzielnicę garbarzy gdzie od tysiąca lat garbuje się i farbuje skóry przy pomocy naturalnych garbników i farb, czy też dzielnicę stolarzy, w których obrabiane drewno pachnie lasami Atlasu. Trzeba zdać się na przewodnika zorganizowanej wycieczki, albo wynajętego ad hoc guida amatora, których pełno kręci się pod bramami miasta. Oprowadzi ciebie po tych miejscach, które jego zdaniem są najbardziej interesujące, a potem namówi do odwiedzenia sklepu z perfumami, biżuterią i zjedzenia posiłku w wybranej przez siebie restauracji. Dostanie zapłatę od Ciebie i od tych, do których ciebie skierował.
André Adam, badacz i znawca przestrzeni miast marokańskich tak pisze o tym mieście: „Kiedy pewnego jesiennego ranka 1937 roku po raz pierwszy znalazłem się w feskiej medinie, nigdy i nigdzie nie zaznałem podobnego szoku. Żadne miasto świata arabskiego, może z wyjątkiem Aleppo, nie wywarło na mnie większego wrażenia niż to miasto zachodniego krańca islamu; było to wrażenie zanurzenia się w świecie niemal nieruchomego Wschodu, takiego jaki istniał przed wieloma wiekami. (…) Pewnego jesiennego wieczoru 1971 roku znalazłem się znów po latach w Fezie i odniosłem to samo wrażenie, jak w starej medinie Casablanki, która od dawna stała się dzielnicą ludową, proletariacką. Znalazłem się w tłumie powracających z pracy do domów półrobotników–półwieśniaków; zamieszkiwali oni dawne domy zamożnej burżuazji, która przeniosła się do nowego miasta, wynajmowane dziś piętrami lub podnajmowane pokojami. Starzy mieszkańcy Fezu skarżą się, że Fez przestał być już Fezem”.
Kiedy w 1972 roku znalazłem się po raz pierwszy w Fezie, odniosłem podobne wrażenie jak André Adam. Medina mimo tych zmian trwała, a w poszczególnych jej przestrzeniach zajmowanych przez warsztaty stolarzy i niezawodnie rozpoznawanych węchem farbiarzy tętniło autentyczne życie. Ulice pełne były ludzi z osłami dźwigającymi na grzbiecie skóry, dzbany i inne przedmioty, przed meczetem siedzieli starcy czekający na godzinę modlitwy. Ale obok mieszkańców mediny na ulicach mrowił się tłum turystów z aparatami fotograficznymi na szyi. Osłaniali oni nosy listkami mięty, które rozdawał przewodnik, gdy zbliżali się do dzielnicy farbiarzy, gdzie od pokoleń te same kadzie farbiarskie tą samą technologią obsługiwali członkowie tych samych rodzin. Spotkanie półnagich turystek i turystów oraz z innego powodu półnagich farbiarzy, które obserwować można było tego upalnego letniego dnia w feskiej medinie, stanowiło swoisty kontrapunkt trwania i zmiany w tym zdawałoby się nienaruszonym od wieków mieście. Trzydzieści lat później, w 2001 roku, a więc już w stuleciu XXI, kiedy znowu znalazłem się w tym niezwykłym mieście, życie w medinie toczyło się od wieków wytyczonym rytmem. Fez i w jakimś stopniu Wenecja, szczególnie w porze jesieni, kiedy prawie nie ma turystów wciąż zachowują niedzisiejsze klimaty.






