i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2012-01-13 14:06:39

Do napisania tego tekstu skłoniły mnie Okruchy miast Bogdana Jałowieckiego. Pokażę w nim jak moja przestrzeń kulturowa Europy zmieniła się, nie bez udziału innych ludzi, zwłaszcza mojej ukochanej żony, w przestrzeń smakową i skoncentrowała się na jajku na miękko. Nie byle jakim, ale właściwie ugotowanym i doprawionym ( masło, pieprz, sól i sos Worcester).
Urocze miasteczko Kobarid
Jako starszy student , a potem młody człowiek szwendałem się trochę po Europie, oglądałem fascynujące miasta i piękne krajobrazy, korzystając ze skromnych budżetów i życzliwości innych ludzi. To wszystko czego doświadczyłem chciałem ująć w jedno doznanie i przekazać je tej najbliższej osobie, która kiedyś miała zostać moją żoną i nią też została. Potrzeba takiego syntetyzującego doświadczenia była racjonalna, bo też trudno było w tych latach uwierzyć, że kiedyś między licznymi emocjami będzie można łatwo wybierać. Doświadczenie to miało dotyczyć Europy. Zadałem sobie pytanie, czy mogę wskazać takie znane mi miejsce, które mogłoby symbolizować moją Europę. Musiałem je wybrać i potem przed innymi obronić. W końcu po doświadczeniach holenderskich, brytyjskich i norweskich odkryłem w dolinie schodzącej ku pięknej rzece Soczy, miasteczko Kobarid. Był rok 1964. Położone w pięknym krajobrazie, z frontami stylowych domów ozdobionymi girlandami bordowych i fioletowych kwiatów , czyste jakby specjalnie dla mnie umyte okazało się tą europejską Arkadią, która miała być dla chłopaka z południowej Polski wartą by podarować je swojej pani. Świadomość tego miejsca łączyła jeszcze narracja, nie tylko echa bitew nad Piave, ale także wiedza, że tu właśnie miał znajdować się wojskowy szpital, w którym bohaterowie „Pożegnania z bronią” przeżywali swoją wielką miłość. A więc miasteczko, góry, łączące pamięć tej części Europy, doświadczenia południowego frontu i proza Hemingwaya tworzyły emocjonalny dekokt, który miał być nośnikiem mojej Europy. Dziś może jest więcej do Kobaridu podobnych miasteczek, ale wówczas w Słowenii marszałka Tity był on świadectwem przetrwania dawnych, dobrych czasów.
Wchodzi Europa i wszystko się zmienia
Za nim złożyłem ten dar weszła w nasze życie Europa. Dla mnie było to 7-ego listopada (sic!) 1990 roku, gdy zostałem rektorem wyższej uczelni, która miała stać się naprawdę europejską, co skierowało mnie ku Europie. Jako wędrownika już mniej ograniczonego finansowo, ale znacznie bardziej zapracowanego i zdanego na własną pomysłowość jak z tą Europą się związać. Nie był to czas turystyki, a mój Kobarid musiał poczekać jako, że nie było tam żadnej uczelni, z którą swoją mógłbym z nią skojarzyć. Ciągnęły jednak uczelnie północnych Włoch, Toskanii, Reggio Emilii, czy Mediolanu, europejskiej wyspy doskonałości. Ekipa dobrze skomponowana, cóż rektor miał pokazać także swoją żonę, to był ten nowy europejski standard, wracała z tego południowego kierunku do kraju, ciemna noc i zmęczenie kierowcy zatrzymały nas w małej wiosce w Karyntii. Hotelik skromny, nasze zmęczenie wielkie, więc żadnych kolacji tylko spać. Ale za to rano. Śniadanie w gasthausie rozwijało się powoli. Zapach czarnej kawy parzonej starannie, doprawianej śmietanką, wędliny miejscowe, pieczywo czarne i białe, domowe sery, miód. I ten proces niekończącego dodawania, dolewania, dosmarzania nowej jajecznicy, bo skoro wam smakuje. To było to. Dla mnie w pamięci pozostało jajko po wiedeńsku i stało się na długie lata symbolem powrotu do europejskiej normalności. Jakże trafnie uchwycił to Maksio z Seksmisji, gdy dwaj bohaterowie, w towarzystwie obcych pań, powracają do swego świata normalnego – dodamy jeszcze masełka i to będzie jajeczko po wiedeńsku – wprowadza Lamię w swoje życie. Tę wielką kulinarną przygodę z normalnym domowym środkowo-europejskim śniadaniem przeżyła moją żona w Karyntii i stale ją przypominała. Dopiero po kilku latach miałem się przekonać , że te kulinaria wygrały z tą Europą, którą kiedyś dla niej wymyśliłem.
Smak zwycięża wzrok
Nastąpił jednak ten dzień konfrontacji. Wracałem z żoną z dalmatyńskich wakacji i postanowiłem wreszcie pokazać jej Kobarid. Skręt z włoskiej trasy na Nową Gorizię wywołał pytanie czy tak będzie bliżej do Austrii. To był sygnał. Jazda nad Soczą, a następnie u podnóża Alp Julijskich zapiera dech w piersiach. Po prawej stronie deski rozdzielczej wiało chłodem. Gdy skręcałem na Kobarid usłyszałem, że tam była lepsza droga do granicy. Miasteczko się nie zmieniło, a nawet było piękniejsze niż w latach 60-tych. Mimo to nie było zgody na postój, nawet na wyprostowanie nóg. Kompletna klapa. Żadnych wyjaśnień, aż do chwili, gdy zaczęliśmy zjeżdżać z przełęczy do Klagenfurtu. Tak się bałem, że nie zjemy jutro tego domowego austriackiego śniadania. Ale mimo że nocowaliśmy w prywatnym domu takiego śniadania też nie było. Zastąpiły go produkty kupione u Lindla. Już tego nie komentowaliśmy.
I co dalej?
Przegrał Kobarid, bo mógł konkurować z setkami podobnych miasteczek, zrobionych na jego styl. Przegrało śniadanie środkowo-europejskie. Czy całkowicie? Od tej pory podjąłem walkę o obecność w mojej Europie jajka po wiedeńsku na śniadanie. Czy smak ulegnie w walce ze wzorcem globalnego jedzenia? Czy powiedzenie tyle wiesz ile zjesz, stosuje się jeszcze do Europejczyka, no Europejczyka środkowego? Na te pytania starałem sobie odpowiedzieć badając obecność i formę jajka po wiedeńsku w hotelach i restauracjach śniadaniowych Europy i kilku krajów świata.
Bistro znaczy szybko, a więc i krótko. Tak więc w następnych odcinkach będę kontynuował swoją przygodę z jajkiem po wiedeńsku, a trwa ona już ponad dwadzieścia lat, o ile, oczywiście, PT. Publiczność to zniesie.
Właśnie w tym artykule można zobaczyć prostą współzależność opisu rzeczy na podstawie asocjatywnego porównania.
Wszystkie wyrażone porównania nie tylko przyjemne dla postrzegania, ale i wywołują, znowuż, własne asocjacje i odczucia, jakby również mamy jakiś stosunek do tej opowieści.
Utrafiwszy w miejsca opisane w tym artykule koniecznie wspomnimy o tej opowiedzi.






