i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2009-08-10 14:28:27

Nadchodzi ekonomiczny „D-Day” w świecie dzienników opinii. Pozostawiając na uboczu kryzys mediów drukowanych (który powinien dotknąć wszystkie dzienniki opinii w jednakowy sposób), warto prześledzić to, co już się zdarzyło, jak i to, co zdarzy się w nieodległej perspektywie. Obserwujemy bowiem klasyczne zderzenie interesów, a bardziej może nawet obsesji i emocji politycznych, z twardymi realiami ekonomicznymi.
W okresie rządów PiS udało się rządzącym opanować dwa z trzech dzienników opinii: już istniejącą, ale powoli tracącą czytelników „Rzeczpospolitą” – tu odzywa się kryzys mediów drukowanych – oraz nowy dziennik o mało odkrywczej nazwie „Dziennik”. Dziennikarze tych gazet, najczęściej drukujący wcześniej w skrajnie obsesjonackich pseudoprawicowych czasopismach w rodzaju „Gazety Polskiej”, zyskali wreszcie dostęp do możliwości oddziaływania na opinie najbardziej twórczej warstwy społecznej, czyli klasy średniej/inteligencji (nie są to pojęcia tożsame, ale zazębiającce się; to zresztą temat na inne rozważania).
Powyższe przedsięwzięcie, czyli skuteczne oddziaływanie na sposób myślenia o ludziach, kraju i świecie tej warstwy społecznej, może się udać tylko pod dwoma warunkami. Pierwszy to solidność prezentowanych analiz, a drugi to filozoficzna bliskość z tymi, do których dociera się ze swoją gazetą. Wpłynąć można tylko na tych, którzy nie różnią się od nas jak dzień od nocy.
Niestety, obsesjonaci, a w przypadku „Rzeczpospolitej” obsesyjni bigoci, którzy opanowali obydwie redakcje zachowywali się na łamach swoich dzienników dokładnie tak samo, jak Kaczyńscy przy władzy. Po prostu, dali upust swoim obsesjom, obrażając, pomawiając, odsądzając od czci i wiary tych wszystkich, którzy dotychczas znajdowali się poza zasięgiem marginalnych pisemek, w których pisywali wcześniej.
Tyle, że obsesjonatów starczało (numerycznie) na to, by podtrzymywać jakieś przedziwne piśmidła o nakładzie wielkości gazetki studenckiej. A tu trzeba było mieć minimum 2-3 setki tysięcy czytelników. I zaczęły się ekonomiczne „schody”. Ludzie pomawiani, obrażani, odsądzani od czci i wiary nie mieli ochoty czytać, jak w „Dzienniku”, że Jarosław Kaczyński może nie zbuduje IV Rzeczypospolitej, ale podniósł na niebotyczne wyżyny standardy prowadzenia polityki – tym bardziej, że te standardy znalazły się na najniższym poziomie od drugiej połowy lat 80., bo nawet w latach dogorywającej komuny sposoby prowadzenia polemik były już nieco wyższe. Ani publicystów, jak ten, który w „Rzeczpospolitej” najdalej w trzecim lub czwartym akapicie – niezależnie od tematu – zaczyna dowodzić, że całemu złu polskich przemian winien jest Adam Michnik.
Starzy czytelnicy „Rzepy” i dziennika-„Dziennika” zaczęli szybko wykruszać się. A nowych nie przybywało, bowiem grupy nieudaczników, nieuków i obsesjonatów, na których opiera się elektorat PiS, są wprawdzie liczne, ale nie wdrożone do regularnego czytania dzienników opinii (do tego trzeba pewnych tradycji i dyscypliny intelektualnej). I dlatego jeden z dzienników zwija się już, a drugi albo zwinie się wkrótce, albo właściciele – ratując gazetę z tradycjami - zmienią całkowicie skład redakcji. Być może dawanie upustu zakorzenionym obsesjom na szeroką skalę jest atrakcyjne psychologicznie (i daje wrażenie oddziaływania na politykę), ale – jak widać – ekonomia wcześniej czy później przemówi i odbierze obsesjonatom złoty róg, który trzymali przez lat kilka...






