i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2010-04-27 16:09:37

Spór Jaromira Kwiatkowskiego z Bohdanem Jałowieckim jest sporem ważnym i aktualnym chociaż pozornym. Jak to jest możliwe? Ano jest. Pozorny dlatego, że panowie w gruncie rzeczy wcale się nie spierają – oni określili, z różną co prawda precyzją, ale o tym później, kim są. To nie powinno rodzić sporu. Każdy człowiek ma prawo do samookreślenia. Kwiatkowski zrobił to pośrednio, opisując jak to stał ileś tam godzin na Krakowskim Przedmieściu; Jałowiecki stwierdzając jasno i odważnie (w Polsce wymaga to odwagi!), że szanując państwo, którego jest obywatelem, nie żywi patriotycznych emocji wobec wspólnoty narodowej, której jest członkiem. Zauważmy – Jaromir Kwiatkowski nie uznał za ważne i potrzebne, aby określić się jako patriota, a Bohdan Jałowiecki uznał za ważne, aby uściślić pozycję, którą zajmuje i z której swoje sądy szczegółowe wygłasza. Dlaczego? Mam tu swoje podejrzenia, ale ponieważ pewien nich nie jestem, więc ujawniać ich nie będę. Rejestruję fakty.
Bohdan Jałowiecki, jako socjolog, wie dobrze, że naród jest tą wielką grupą społeczną, która urodziła się względnie niedawno, w zasadzie dopiero w wieku XIX i rzecz jasna zna koncepcję narodu, jako „wspólnoty wyobrażonej” Andersona. Racjonalnie i chłodno rzecz traktując można przypuszczać, że w jakiejś perspektywie rozwoju cywilizacji ludzkiej pojawią się inne struktury jednoczące i przeciwstawiające sobie ludzi w miejsce narodów, tak jak w przeszłości zginęły stany, dzisiaj zanika a raczej rozmywa się pojęcie klas społecznych. Jałowiecki wie także, że rodząca się klasa metropolitarna (pojęcie przezeń ukute i w jego pracach wyjaśnione) jest z natury swej kosmopolityczne. Pisał o tej klasie także Bauman i nie on jeden zresztą. Ale sprawa nie jest wcale taka prosta.
Jestem Polakiem, tego wymazać się nie da (choć być może dałoby się, gdybym był dużo młodszy), ale na dodatek czuję się polskim patriotą. Tego „atawizmu” pozbyć się nie potrafię i nie chcę. To mnie być może różni z Bohdanem Jałowieckim. Ale sprawa jest jeszcze bardziej skomplikowana. Moja córka jest modelową przedstawicielką klasy metropolitalnej. Z obywatelstwa jest także Amerykanką, w tym kraju kończyła szkoły, studia i tam rozpoczęła karierę zawodową. Pracowała i mieszkała w kilku krajach, dzisiaj mieszka i pracuje w Szwajcarii. Krąg jej przyjaciół to zupełnie niezwykła mieszanka etniczna. Ostatnio miałem okazję poznać u niej znakomitego chłopaka – australijskiego Japończyka ożenionego z Angielką albo Amerykanką (nieważne!). Problem w tym jednak, że moja córka jest zdeklarowaną i konsekwentną, polską (a nie amerykańską) patriotką. W Kolonii, w deszczu, stała kilka godzin (niewiele mniej niż Kwiatkowski, na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie), aby zagłosować przeciwko partii braci Kaczyńskich, bo obaj obrażali jej poczucie patriotyzmu. Moje zresztą też, choć nigdy nie ośmieliłbym się twierdzić, że nie byli patriotami. Ciekaw jestem czy Jaromir Kwiatkowski potrafi to zrozumieć? Ale do rzeczy.
Jaromir Kwiatkowski wytacza przeciwko Jałowieckiemu cytaty z tekstów Magierowskiego i Ziemkiewicza. Mógłby dodać do nich Wildsteina i Krasnodębskiego. Ich wszystkich łączy jedno – oni mówią o innych, pewnie także o mnie, w przeciwieństwie do Jałowieckiego, który mówi o sobie. Oni mówią o mnie, że powinienem na kolanach, że nie jestem Polakiem, że mną gardzą… To prawda, że szacunek Krasnodębskiego by mnie obrażał, jego pogarda zaś czyni mi zaszczyt, ale to inna sprawa. Jałowiecki precyzyjnie określa swoje poczucie własnej tożsamości, oni wszyscy mówią kim ja – ich zdaniem – jestem, ponieważ uważałem i nadal uważam, że Lech Kaczyński był bardzo złym prezydentem, choć prywatnie był chyba rzeczywiście mądrym i dobrym, a szczególnie przy boku swojej Małżonki także bardzo sympatycznym człowiekiem.
To nie jest tylko różnica stylu. To różnica kultury. Magierowski, Wildstein, Krasnodębski i Ziemkiewicz prezentują typ kultury wykluczającej, Jałowiecki pozostaje w kręgu kultury określającej. W krąg kultury wykluczającej wpisał się już na wstępie swej kampanii Jarosław Kaczyński mówiąc: Wszystkich, którzy chcą kontynuować dzieło ofiar smoleńskiej tragedii, którzy chcą by prawa Polska i prawi Polacy - jak pięknie powiedział przewodniczący »Solidarności« Janusz Śniadek - na zawsze podnieśli głowy, wzywam do współpracy. Zdanie to jest grubą manipulacją ludzkimi emocjami. Bo o czyim wspólnym dziele mówi Kaczyński, czyniąc się tego dzieła depozytariuszem? Wspólne dzieło Lecha Kaczyńskiego i Szmajdzińskiego? Karpiniuka i Putry? Szczygły i Szymanek – Deresz? Ich połączyła wspólna, tragiczna śmierć, ale za życia nie łączyło ich żadne wspólne dzieło, które na dodatek może być kontynuowane pod patronatem Jarosława Kaczyńskiego i PIS-u. Nikt nie ma prawa zawłaszczać na swój polityczny użytek tego dramatu. Prawa Polska i prawi Polacy, powiada Kaczyński, a więc są także nieprawi Polacy i jest nieprawa Polska? Skąd inąd, zarówno Kaczyński, jak i Śniadek powinni czegoś nauczyć się z semantycznej historii PRL-u, że przymiotniki dodawane do rzeczowników mają przewrotną moc zaprzeczania – demokracja socjalistyczna, która nie była demokracją, socjalistyczne przedsiębiorstwo, które przedsiębiorstwem nie było i dzisiaj prawa Polska, która Polską … nie, tego kończyć nie będę, bo jednak byłoby to nadużycie.
Redaktor Kwiatkowski tytułem swego tekstu nawiązuje do tekstu Magierowskiego o „kłamstwie wawelskim”. W tekście Magierowskiego przywoływany jest także Goebbels. Otóż byłbym tu ostrożny. Jak pamiętamy, najpierw pojawiło się przypuszczenie, że myśl o Wawelu zrodziła się w kręgach kościelnych, co było o tyle uzasadnione, że tylko władze kościelne, będąc gospodarzem kaplicy wawelskiej, władne są taką decyzję podjąć. Publicznie odżegnywał się od autorstwa tego pomysłu kardynał Dziwisz niedwuznacznie wskazując tu na rodzinę Kaczyńskich. Kardynał kłamał? Może. Ale to twierdzą redaktorzy Magierowski i Kwiatkowski, a nie ja.
Powróćmy jednak do wątku głównego. Jałowiecki nie czuje się polskim patriotą. Jego sprawa. Rozgranicza kwestie obywatelstwa i przynależności narodowej, wyciągając z tego konsekwencje na użytek własny. Te konsekwencje mogą być zupełnie odmienne. Są przecież Polacy, którzy pielęgnując swoje poczucie przynależności do wspólnoty narodowej nie są, a nawet nie chcą być obywatelami polskiego państwa. W przeszłości dotyczyło to przede wszystkim emigracji, ale i dzisiaj z takimi wyborami mamy do czynienia. Zapewne to pierwsze poczucie przynależności, państwowej, jest dzisiaj poczuciem bardziej racjonalnym, to drugie, przynależności narodowej, bardziej emocjonalnym. To pierwsze różni nas między sobą, możemy przecież mieć różne poglądy na to, jak powinno być zorganizowane polskie państwo. Jest to domena polityki, a więc dyskusji, konsensu, ale i sporu. To drugie, poczucie narodowe, łączy we wspólnocie emocji ludzi o różnych poglądach na państwo. I tu pojawia się mój niepokój. To zdanie Kaczyńskiego jest zapowiedzią – obym racji nie miał – że on i jego formacją będą starali się politycznie „sprywatyzować” to, co jest i powinno pozostać emocjonalnym „dobrem wspólnym”, wprowadzając w zaczynającą się kampanię prezydencką elementy szantażu i terroru symbolicznego. Agitacja wyborcza eksploatująca emocje patriotyczne w kontekście smoleńskiej tragedii byłaby czymś niegodnym, cynicznym, podłym. Ale czy tego unikniemy?






