i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2009-02-28 13:27:26

Bardzo trudno dzisiaj oceniać sytuację gospodarczą świata zachodniego ze względu na zauważalny rozziew między danymi a emocjami, które te dane wywołują (ten ładunek emocji dotarł zresztą niestety i do Polski). Najwyraźniej ładunek emocji jest tak duży, że dane przedstawiane są w konwencji dramatycznej. Sugerującej, że jeśli to jeszcze nie koniec świata, jaki znamy, to przynajmniej powrót do depresji z lat 30. XXw.
Na co by nie spojrzeć, nagłówki w poważnej prasie są prezentowane w konwencji: „d a n e n a j g o r s z e o d”:
• Eksport Niemiec spadł w listopadzie [2008r.] w skali roku o 10,6%. Jest to najgorszy wynik od 1993r.;
• Europejczycy przestali kupować samochody! Rynek nowych samochodów odnotował spadek sprzedaży o 7,8% w stosunku do ub.r. Jest to najgorszy wynik od 15 lat;
• Roczny spadek zatrudnienia w USA w 2008r. wyniósł 2,5 mil. osób. Liczba miejsc pracy, która zniknęła w ub.r. jest największa od 1945r.;
• „Hiszpania tonie”: w 2009r. spadek PKB wyniesie 1,6%.
Przykłady można by mnożyć, ale nie w tym rzecz, tylko – moim zdaniem - w dysproporcjach między charakterem danych, a dramatyzmem wypowiedzi. Najgorszy wynik od 15 lat, czy od 1993r. mówi nam tylko tyle, że Niemcy, czy w ogóle „stara Europa”, znajdują się w warunkach recesji. I, dodajmy, że recesja w pierwszej połowie lat 90. była recesją niezbyt głęboką. Prognozowany na b.r. absolutny spadek PKB Hiszpanii o 1,6% też nie sugeruje depresji lat 30., gdyż wtedy produkcja spadała o 20-30 i więcej procent.
Najbardziej groźnie mogą wyglądać dane z rynku pracy USA („najgorsze od 1945r.”). Tyle, że w poszukiwaniu dramatyzmu autorzy wybrali dane absolutne, zamiast względnych. Tymczasem amerykański rynek pracy rósł po II wojnie światowej bardzo dynamicznie. Tylko w latach 1964-96 liczba nowych miejsc pracy w Stanach Zjednoczonych wzrosła o prawie 60%! Gdyby przeliczyć dane absolutne na procenty, to okazałoby się zapewne, że jest to spadek porównywalny z recesjami lat 1974-75 czy 1982. Czyli utrzymujący się „w normie” wcześniejszych recesji.
Przypominam raz jeszcze rzecz oczywistą, mianowicie że gospodarka kapitalistyczna jest gospodarką przechodzącą fazy ekspansji i recesji. Tak było do lat 90. ub. wieku i dopiero greenspanowska polityka zalewania gospodarki amerykańskiej nieograniczoną ilością taniego pieniądza wytworzyła (mylne!) wyobrażenie, iż można „unieważnić” cykle koniunkturalne i zapewnić wzrost gospodarczy bez cyklicznych wahań. Przebudzenie z takich marzeń o bezrecesyjnej gospodarce musiało być dość gwałtowne, do czego przyczynił się zapoczątkowany w USA kryzys finansowy.
Powrócę teraz do retoryki depresji. Dane mówią o recesji, wypowiedzi straszą obywateli depresją. Skąd bierze się ta różnica? Przypuszczam, że z psychicznego nieprzygotowania i rządzących, i rządzonych do zaakceptowania n o r m a l n o ś c i i n i e u c h r o n n o ś c i recesji po latach zabiegów polityki, aby unieważnić to naturalne zjawisko.
Tymczasem traktowanie recesji jak depresji prowadzi do użycia niewłaściwych instrumentów polityki lub ich zastosowania w skali nieporównanie większej niż wymaga tego sytuacja. Następstwem „przedobrzenia” mogą być poważne perturbacje gospodarcze: od fali inflacji do zakłóceń wzrostu gospodarczego. Dobrze by było, gdyby rząd polski nadal nie ulegał podszeptom panikarzy i nie wyprowadził polskiej gospodarki na podobne manowce.






