i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2008-10-17 10:19:56

Wszystko wygląda więc na to, że Europa znalazła się w pułapce. W pułapce niemal bez wyjścia. W pułapce jednak tak przemyślnie skonstruowanej, że wcale nie przypomina pułapki, ale raczej coś na kształt pół-luksusowego pensjonatu złotej jesieni intelektualnej. Są tutaj wszelkie udogodnienia, bieżąca woda, elektryczność, posiłki podawane regularnie, niemało jest jeszcze praktykujących lekarzy i pielęgniarek (chociaż zaczyna brakować gerontologów), sprawnie funkcjonuje służba porządkowa, toalety bardzo czyste (chociaż w niektórych skrzydłach są pewne usterki), wreszcie wspaniale zaplanowany ogród z górami, jeziorami, morzami i czym tam jeszcze. Oczywiście znajdziesz tutaj pokoje lepsze, i gorsze, no ale przecież standard zależy od ceny, a nie od widzimisię zarządu. Co prawda, tak się jakoś składa, że tych gorszych pokojów raczej przybywa niż ubywa, tyle że i tak są one o niebo lepsze aniżeli w innych pensjonatach. Zresztą co tam pokoje! Rozrywek organizują coraz więcej i więcej, przybywają najlepsze objazdowe kabarety i znakomite orkiestry, zjawia się ogromna liczba komiwojażerów, którzy oferują najbardziej wyrafinowane jakościowo towary.
Kaplice przy pensjonacie są piękne, ale pustawe. To znaczy można tam sobie wejść i posłuchać muzyki, tyle że teraz trzeba uiścić dodatkową opłatę. Nic się jednakże nie marnuje, jako że część z nich przerobiono na inne świątynie, gdzie nie ogląda się przynajmniej wizerunków człowieka. Niektórych to może i boli, lecz jakoś nikt bardzo głośno nie protestuje.
Najczęściej pensjonariuze rozmawiają – co zrozumiałe naturalnie – o funduszach inwestycyjno-emerytalnych. To temat najważniejszy i najbardziej wszystkich dotykający. Co prawda, po zjawieniu się grupy nowych przybyszów problematyka rozmów jakby nieco się ożywiła i urozmaiciła, lecz tylko na chwilę. Wszyscy są przekonani, że nowi wkrótce zajmą się tym, czym powinni, czyli właśnie funduszami inwestycyjno-emerytalnymi. Przecież to rzecz absolutnie zasadnicza: gdzie, co i jak inwestować, jak najlepiej wyjść na swoje, komu zabrać, a komu dołożyć składki. To wszystkich wciąga, tak więc nowi przybysze już się cywilizują funduszowo, i odkładają na bok jakieś niepotrzebne nikomu spory. Poza tym jakież to inicjować debaty? I o czym? Przecież już wszystko dokładnie omówiono, wszystko zanalizowano, wszystko skrytykowano i wszystko poddano w wątpliwość. Nikt nie zaskoczy nikogo nową ideą, nowym pomysłem, ani nie zaszokuje wymyślnym strojem czy najbardziej dziwacznymi poglądami. Jeśli by nawet poruszyć nowy temat, tak trochę inaczej, jakoś bardziej odświętnie i, przynajmniej na pierwszy rzut oka – niebanalnie, to pewnie na początku inni nadstawią ucha, ale chwilę później zakryją dyskretnie (i mniej dyskretnie) usta, ziewając raz za razem. No bo przecież wiadomo: nihil novi sub sole... od dawien, dawna.
Co prawda, można coraz częściej odnaleźć gdzieś po kątach takich pensjonariuszy, którzy niewiele z tego wszystkiego rozumieją, nie bardzo chcą albo nie mają co inwestować. Noszą wyłącznie nieciekawe ubrania i wcale nie są trendy. Na szczęście nie przeszkadzają innym, siedzą sobie cicho i chyba już nic nie myślą.
Ale problemów przecież nie da się zupełnie uniknąć. Niemała jest bowiem grupa pensjonariuszy, którzy są jacyś zupełnie inni. Na serio traktują swoje przekonania religijne, inaczej się ubierają, nierzadko protestują w bardzo gwałtowny sposób, i do tego nie chcą wyprowadzic się z pensjonatu. Na szczęście rosną wśród nich tacy, którzy zaczynają pilnie studiować wykresy funduszy emerytalnych. Jest więc nadzieja, że wszystko wcześniej lub później wróci do normy. Zresztą Zarząd się bardzo stara.
Poza tym ogród przy pensjonacie jest naprawdę uroczy. Mamy część zimową, i letnią, i wiosenną. Zawsze można pospacerować, popływać na łodzi i na jachcie (jeziora są znakomicie zaprojektowane), odpocząć w otoczonych bujną roślinnością altanach. Z ogrodu nie chce się wręcz wychodzić. Ci, którzy bywali gdzieś daleko, to znaczy poza granicami pensjonatu i ogrodu, powiadają, że tutaj jest po prostu najlepiej. Bardzo, bardzo geműtlich. Nigdzie indziej harmonia pensjonatu i ogrodu nie jest tak perfekcyjna. Jedynym kłopotem jest ogrodzenie, które ciągle trzeba remontować i podwyższać, bo nieproszonych gości, jak się wydaje, będzie w przyszłości coraz więcej i więcej.
Tylko poczucie nostalgicznej melancholii daje o sobie znać. Nikt jeszcze nie wie czy rozwinie się w coś poważniejszego, czy to tylko taki dłuższy kaprys wyobraźni pensjonariuszy. Chociaż może to być znak zupełnie innych boleści, o których nikt nie chce głośno mówić. W każdym razie coś ciąży na duszy. Przynajmniej tym, którzy jeszcze wierzą w jej istnienie.
Globalizacja i wybrakowany konsument
Zygmunt Bauman nastraja nas pesymistycznie. Wyjątkowo pesymistycznie. W swojej pozycji „Praca, konsumpcjonizm i nowi ubodzy” stawia tezy, które każą nam myśleć o końcu Europy solidarności, o niechęci czy wręcz o niemożności wyjścia poza okowy myślenia, nałożone przez – jak to sami nazywamy – „zewnętrzne okoliczności”. Mówi też o kryzysie instytucji, które kiedyś gwarantowały stabilność i zaufanie państwa, o puchnącym liczbowo egoizmie, który nazywa się eufemistycznie „realizmem” albo „interesem narodowym”, albo jeszcze inaczej. Niby jesteśmy bogatsi, mamy coraz lepszą technologię, potrafimy to, co naszym dziadom się nawet nie śniło, ale nijak nie możemy ograniczyć liczby tych, którzy są wykluczeni, którzy znajdują się na obrzeżach, albo nawet zupełnie gdzieś na społecznym śmietniku. Dla wielu z nich rozwiązaniem są solidnie uzbrojone oddziały policji i porządne więzienia. Przecież sami są winni swojemu losowi, twierdzą z pogardą zacni obywatele, tyle że akurat to sposób myślenia – sugeruje autor – który powstał na bazie kuszącej i niemądrej mistyfikacji, że jakoby „każdy jest kowalem swojego losu”.
Bauman oskarża partie zaliczane do lewicowych, które faktycznie demontują osłony socjalne, usprawiedliwiając to koniecznością ekonomiczną. Wskazuje też na fakt, iż zmiana dotychczasowej filozofii działania i myślenia nie wzbudza prawie żadnych protestów, jakby owa „trzecia droga” Tony’ego Blaira została uznana za niepodważalny dogmat. Bauman pisze: Ludzie nazywani obecnie „wykluczonymi” nie mają żadnych żądań lub projektów, nie zaczynają cenić swoich praw, nie spełniają swoich ludzkich i obywatelskich obowiązków. Tak jak przestali istnieć w oczach innych, stopniowo przestają istnieć w swoich własnych oczach. Obecnie cierpienie ubogich nie oznacza żadnej „wspólnej sprawy”. Każdy wybrakowany konsument liże swoje rany w samotności, w najlepszym wypadku w towarzystwie swojej (póki co nierozbitej) rodziny.
Ratunku znikąd nie widać. Nowa ideologia wolnego rynku, globalizmu, bezwzględnej redukcji kosztów sprawiła, że nawet najbiedniejsi głosują na partie, które wcześniej czy później zabiorą im to, co jeszcze posiadają. Poza tym nowoczesna technologia przyczynia się do tego, że masowe zwolnienia są oznaką sukcesu i powodują nieustanną hossę na giełdzie. Symbolem nieustannej modernizacji stał się zatem termin downsizing – redukcja. Przedsiębiorstwo, które zwalnia, jest przecież racjonalne: redukuje koszty i zwiększa zyski. Radość udziałowców nie może być większa. Bauman powołuje się tutaj na dane Martina Wolfa, redaktora Financial Times, który ciekawie ilustruje związek między procesem redukcji zatrudnienia a postępem technologicznym. Otóż w latach 1970-1994 zatrudnienie w przemyśle spadło z 30% do 20% w Unii Europejskiej i z 28% do 16% w Stanach Zjednoczonych, podczas gdy produkcja przemysłowa wzrosła przeciętnie o 2,5% rocznie.
Demontaż państwa solidarności społecznej wygląda zatem na jak najbardziej uzasadniony. Firmy europejskie muszą być konkurencyjne, albowiem tuż za geograficznym rogiem rosną w siłę Chiny i Indie z jeszcze niższymi kosztami pracy, które oferują konsumentom coraz lepsze jakościowo towary po coraz niższych relatywnie cenach. Europejscy zwolennicy nieskrępowanej wymiany handlowej mają zatem nie lada dylemat: jak zachować siłę nabywczą konsumentów u siebie na kontynencie, pozbawiając ich pracy? Jak wciągnąć ich do wnętrza społeczeństwa, wyrzucając ich poza jego obręb? Argumenty, że rozrasta się sektor usług wydają się coraz słabsze. Płace są w nim groszowe, a praca niekoniecznie wymaga wielkich kwalifikacji (oczywiście z wyjątkiem naukowców i chirurgów plastycznych, bądź finansistów i prawników – tylko ilu z nich znajdzie fach w swojej dziedzinie?). Poza tym wszystko jest tutaj tymczasowe, rotacja ogromna, duch ekonomicznej bezosobowości jeszcze większy, a to z kolei nie sprzyja budowaniu silniejszych więzi społecznych, a więc ostatecznie: społeczeństwa obywatelskiego.
Kiedyś, sugeruje Bauman, istniały wielkie obietnice dotyczące przyszłości. Gdzieś w historii majaczyły się, zgoda że nierzadko utopijne, projekty oraz pomysły na rzecz sprawiedliwości, lepszego świata, i nadziei, że przynajmniej dzieciom będzie lepiej i godniej. Dzisiaj nie ma z tego już nic. Jest pogodzenie się z losem i konsumowanie wszystkiego, co zostało, a zostało przecież niemało. Tą ponurą wizję, ów świat nie tylko okrutny aksjologicznie, ale i beznadziejny intelektualnie, puentuje Adam Leszczyński: [...] książkę Baumana można odczytywać jako religijną opowieść o grzechu i upadku człowieka ubraną w język socjologii. Przesłanie nie różni się zbytnio od tego, co mówili w średniowieczu katarscy „doskonali” swoim współbraciom. Skoro nie jesteśmy zdolni do radykalnego zakwestionowania świata, w którym żyjemy, jego fetyszy i świętości, skazujemy się na pasmo niepewności i tortur, jakim jest życie w ponowoczesnym, konsumpcyjnym kapitalizmie. Wszelkie reformy są pozorne, bo w niczym nie zmieniają istoty systemu. Piekła nie da się zreformować. Można tylko podejmować daremne wysiłki, by obniżać temperaturę w piekielnych kotłach.
Wygląda zatem tak, jakbyśmy zabrnęli do jakiegoś ślepego zaułka, albo może do kolejnej wersji „Końca historii”, o którym wieszczył Francis Fukuyama. Spór o metodę zmiany świata, debata o jego przeznaczeniu, o istocie kryzysu intelektualnego i systemowego, który niby rak, trawi bezwzględnie społeczeństwo europejskie, wygląda na zakończony. Przed nami bezwzględna rzeczywistość: globalizacja konsumpcji, sposobów działania, życia, zachowania i – co najważniejsze – pozornie bezosobowych rynków finansowych. Nie ma obywatela, jest konsument; i coraz częściej, jak chce Bauman, konsument wybrakowany, czyli bez szans na rzeczywistą konsumpcję, za to pełen frustracji i bez nadziei na prawdziwą pomoc ze strony innych współkonsumentów.
Pułapka rynków finansowych
Ale dlaczego tak się stało, jak się stało? Czy to, co z perspektywy ideowej u Baumana wygląda na klęskę, czy może raczej: zapowiedź smutnego i nudnego „piekła na ziemi”, podzielane jest przez innych? A może to wyłącznie łabędzi śpiew dawnej lewicy, która nie może pogodzić się z nowym kształtem Europy i świata? Czyż symbolem owej przemiany nie jest Gerhard Schroeder, niegdyś bohater pokolenia ’68, a w pierwszej dekadzie XXI wieku wspólnik w interesach Gazpromu?
Odpowiedź pada zupełnie z innej strony. Ociera się jeszcze o ubiegłe stulecie, a więc o czas, kiedy system liberalnej gospodarki rynkowej wzbudzał niemal powszechną aprobatę. George Soros, człowiek, który współtworzył ów system, nagle przeraził się własnego dzieła. Jego słowa sprzed kilku lat współgrają z dzisiejszymi słowami Zygmunta Baumana. Genialny finansista albo kapitalistyczny potwór, jak go częstokroć i wymiennie określano, przemienił się w społecznego filozofa, który wyjaśnia dlaczego owe „ziemskie piekło” będzie obejmowało swym zasięgiem cały niemal glob. Soros pochodzi z Europy Centralnej, podobnie jak Bauman, obaj widzą jednak Stary Kontynent wyłącznie jako część ogromnej machiny, która poraża wszystkich i wszystko. Końcowy etap jej działania to ziemia jałowa. Jałowa i niesprawiedliwa.
Dlaczego jednak, z perspektywy Sorosa, jest tak źle, skoro wszystko wydaje się wyglądać jak najlepiej? Czy sytuacja może być krytyczna, gdy wszyscy zapewniają o sukcesie systemu liberalnej gospodarki? Otóż okazuje się, jak twierdzi Soros, że ów system wkroczył w fazę, gdzie zaczyna zagrażać samemu sobie. Z nieodległej perspektywy widać, że fundamenty jego istnienia podmywane są przez zjawiska związane nieuchronnie z samym rdzeniem postnowoczesnego kapitalizmu. Posługując się znaną metaforą powiemy, że przypomina smoka zaczynającego zjadać własny ogon. Hasłem wywoławczym jest tu słowo „globalizm”. Gospodarka światowa połączona jest bowiem tysiącami wzajemnych zależności, zaś rynek finansów znajduje pole działania w każdym niemal zakątku świata. Bez wątpienia kapitał docierający do poszczególnych krajów jest źródłem wielu dobrodziejstw – zwiększa się produkcja, niekiedy zmniejsza bezrobocie, nierzadko rozszerza pole wolności politycznej. Pieniądz na rynkach finansowych to obecnie elektroniczny impuls, który w ułamkach sekundy przemieszcza się w potężnych ilościach tam, gdzie potencjalny zysk jest jak największy. Praktycznie nie ma tamy mogącej powstrzymać gigantyczny globalny ruch finansowy. Z jednej strony jest on konieczny do budowania solidnej gospodarki, z drugiej może stać się przyczyną ekonomicznej czy politycznej rewolucji, jak to miało miejsce pod koniec XX wieku w Azji w momencie panicznej ucieczki kapitału i upadku miejscowej waluty. Soros przywołuje tu porównanie z wiszącą kulą do niszczenia murów, która puszczona w ruch dokonuje nieogarnionych spustoszeń. Brzmi to jak kolejna wersja spiskowej teorii dziejów: relatywnie niewielka grupa osób, dokonująca transferów gigantycznych funduszy z jednego kontynentu na drugi, i to w bardzo krótkim czasie, ma ogromny wpływ na funkcjonowanie całych państw. Ich decyzje bowiem dotykają losów milionów ludzi z konieczności uwikłanych w realia współczesnej gospodarki. W momencie wybuchu paniki potężna finansowa kula puszczona w ruch przez wielkich inwestorów uderza w poszczególne państwa doprowadzając do bankructwa liczne firmy, obalając rządy, powodując na dłużej lub krócej chaos w państwie.
Oczywiście, mimo wszystko, ów ruch potężnej kuli niszczącej ekonomiczny mur jest wypadkową wielu czynników, niemniej jednak istnieją też przyczyny, które bardziej mają związek z psychologią, prawem a także etyką aniżeli samymi wskaźnikami ekonomicznymi. Co więcej, globalny rynek finansów jest ze swej natury niestabilny. Nie sposób osiągnąć, przynajmniej obecnie, stanu równowagi, który dawałby gwarancję przewidywalnego rozwoju ekonomicznego i społecznego. Soros wyjaśnia dlaczego owa niestabilność wpisana jest na stałe w krwioobieg kapitalizmu, jakim są rynki finansowe. Szczegółowa analiza ekonomiczna jest niezwykle ciekawa, ale w tym miejscu warto skupić się na dwóch istotnych kwestiach, do pewnego stopnia związanych z ekonomią: problemie globalizacji oraz etycznej stronie funkcjonowania społeczeństwa.
Mamy więc naprzeciw siebie potężny system kierowany przede wszystkim zasadą maksymalnego zysku i posiadający ogromne, chociaż mimo wszystko ograniczone środki finansowe, oraz poszczególne społeczności, które same z siebie nie stanowią w żaden sposób społeczeństwa globalnego, a przez to nie są w stanie sprawować odpowiedniej kontroli nad systemem, który może doprowadzić do tego, czego nikt naprawdę nie pragnie. Do chaosu i gigantycznego kryzysu, nad którym nie można zapanować. Soros pisze:
Fakt, że światowy system kapitalistyczny jest pojęciem abstrakcyjnym, nie pozbawia go znaczenia w najmniejszym choćby stopniu. Panuje nad naszym życiem w sposób, w jaki nie czyni tego ze swymi poddanymi żaden reżim. Światowy system kapitalistyczny można porównać do imperium, którego rozległość nie ma odpowiednika w historii. W jego władaniu znajduje się cała cywilizacja, a ci, którzy – podobnie jak w wypadku innych imperiów – znajdują się poza murami, uważani są za barbarzyńców. Nie jest to imperium terytorialne, ponieważ brakuje mu wszechwładzy i związanej z nią pompy; w rzeczy samej suwerenność państw, które do jego imperium należą, stanowi główne ograniczenie jego władzy i wpływów. Jest ono prawie niewidzialne, ponieważ nie posiada jakiejkolwiek formalnej struktury. Większość jego poddanych nawet sobie nie zdaje sprawy ze swego statusu albo lepiej – ma świadomość, że podlega bezosobowym, czasem niszczącym siłom, choć nie rozumie, czym one są.
Oczywiście nie chodzi tu o banalną krytykę; o stwierdzenie, że kapitalizm jest systemem wyzyskiwaczy, zaś kult pieniądza przesłania nam szlachetniejsze cele. Nie, Soros zdaje sobie sprawę, iż system wolnego rynku jest obecnie jedyną możliwą drogą rozwiązywania wielu kwestii ekonomicznych czy społecznych. Problem w tym, że podstawy jego funkcjonowania zostały poważnie zachwiane, a wiele osób tak naprawdę nie jest w stanie uwierzyć w niebezpieczeństwa grożące im z samego centrum systemu. Co więcej opisywany kryzys powiązany jest również z postawą samych społeczeństw i przyjętych przez nie zasad etycznych.
Jednym z kluczy do wyjaśnienia problemu jest pojęcie moralności transakcyjnej. Według współczesnych wyznawców ekonomii wolnorynkowej owa moralność uznawana jest za swoisty dekalog, za podstawę funkcjonowania w społeczeństwie. Znajomość, kontakt z drugim człowiekiem stają się rodzajem transakcji. Oceniam drugiego przez pryzmat korzyści. Kalkuluję więc, co zyskam, a co stracę w czasie wzajemnego kontaktu. Tego typu postępowanie charakteryzuje nie tylko biznesmenów, zaczyna przenikać każdą dziedzinę życia coraz większej ilości osób. Swoje przełożenie musi mieć naturalnie również w polityce. Stosunki międzynarodowe są obecnie niekończącą się transakcją: jak zdobyć korzystny kontrakt na własne produkty bez względu na sposób jak się to czyni, jak uniknąć wymiernych strat, które mogą zagrozić pozycji zajmowanej przez negocjatora.
Moralność transakcyjna
Zaczyna zanikać idea wspólnej troski, bez której, paradoksalnie, system kapitalistyczny nie jest w stanie prawidłowo funkcjonować. Całkowicie egoistyczne relacje międzypaństwowe uniemożliwiają bowiem skonstruowanie odpowiedniego mechanizmu kontroli prawnej nad ekonomiczną globalizacją rynków finansowych, która może zagrozić właśnie tymże państwom. Moralność transakcyjna stanowi także podstawę funkcjonowania samego państwa. Znamy to doskonale z naszego własnego podwórka. Poparcie poszczególnych grup dla istniejącej lub mającej nadejść władzy uzależnione jest od spodziewanych korzyści. Wybieram bądź popieram tych, którzy gwarantują mi korzyść, najczęściej materialną. Państwo staje się rynkiem, gdzie dokonujemy transakcji mającej zaspokoić zaangażowane strony. Polityk jest więc swego rodzaju menadżerem, którego zadaniem jest przyniesienie zysku poszczególnym grupom zawodowym bądź społecznym.
W tych rozważaniach nie chodzi o krytykę samej klasy politycznej. Nie w tym rzecz. Zepsucie sięga głębiej. Bowiem ci, którzy znajdują się u władzy, kierują się powszechnym systemem wartości panującym w społeczeństwie. Systemem wartości opartym właśnie na moralności transakcyjnej. Soros tak powiada:
Amoralność rynków podkopała moralność nawet na tych obszarach, gdzie społeczeństwo nie mogło się bez niej obejść. Nie istnieje konsensus w sferze wartości moralnych. [...] Wartości rynkowe zostały awansowane do pozycji wartości społecznych, jednak nie są w stanie pełnić ich funkcji. Ich przeznaczeniem jest uczestnictwo w indywidualnym podejmowaniu decyzji w warunkach konkurencyjności i nie pasują do decydowania zbiorowego w sytuacji, która wymaga jednocześnie i współpracy, i rywalizacji.
Dopuszczono do pomieszania funkcji, które podważyło proces zbiorowego podejmowania decyzji. Wartości rynkowe nie mogą zająć miejsca ducha społeczności lub, używając staroświeckiego określenia – cnoty obywatelskiej. Kiedykolwiek następuje przecięcie się polityki i kół gospodarczych, powstaje niebezpieczeństwo, że wpływy polityczne zostaną użyte do celów biznesowych.
Musimy być świadomi, że opis kryzysu kapitalizmu nie oznacza u Sorosa odrzucenia jego głównych założeń. Duch współzawodnictwa w obszarze rynku decyduje o rozwoju kraju, umożliwia wykorzystanie talentów człowieka. Jednak rynek sam w sobie jest zjawiskiem a-moralnym, nie jest oparty na kodeksie etycznym, jest pewnym instrumentem, który może zostać wykorzystany w lepszy lub gorszy sposób przez społeczeństwo. To ono kształtuje, albo raczej nakłada odpowiednie „wędzidła etyczne” na cały system rynku.
Soros celowo wskazuje na niebezpieczeństwo płynące z samego centrum systemu kapitalistycznego. Naturalnie dodaje też, że sama konsumpcja nie może być celem życia – tyle że tutaj staje się filozofem, a nie ekonomistą. Innymi słowy system kapitalizmu globalnego musi mieć odpowiednie fundamenty etyczne, bez których po prostu się rozleci. Oczywiście perspektywa nieodległego kryzysu nie wszystkich przekonuje, inni zaś, być może nie mają odwagi przyznać się do swego sceptycyzmu. Soros, jako sprawny analityk nie tylko świata finansów ale i polityki czy myśli społecznej, jest przekonany jednak o słuszności swojej diagnozy. Pytaniem fundamentalnym jest wobec tego: jak leczyć schorzenie? Sięgając do koncepcji Karla Poppera Soros przypomina tu propagowaną od dawna przez siebie ideę społeczeństwa otwartego, czyli działającego według faktycznych reguł demokratycznych, odległego od wszelkich skrajnych, autorytarnych systemów, opartego na solidarności i dobru wspólnym, akceptującego tezę o własnej omylności. Zasady istnienia takiego społeczeństwa miałyby sięgać do filozofii czasów Oświecenia. Co więcej filozofia ta powinna mieć swój udział w kształtowania zasad obowiązujących globalnie – właśnie po to, by nie doprowadzić do światowego kryzysu.
Bauman dopowiada to, czego Soros nie mówi wprost. Idee naprawy proponowane przez ekonomistę-filozofa są mgliste, za to diagnoza kryzysu bardzo trafna. Trafna dziesięć lat temu, trafna i teraz. Ofiarą owego kryzysu jest przede wszystkim Europa zachodnia (następna w kolejce wydaje się część środkowa i wschodnia), odrzucająca przez długie lata pokusę całkowitej liberalizacji gospodarki. Obaj autorzy oczywiście znają przekleństwo komunizmu, jako że pochodzą z byłych krajów komunistycznych, tyle że obaj też twierdzą, że obietnica sprawiedliwości i dobrobytu w nowej rzeczywistości nie zostanie nigdy spełniona. Zasada moralności transakcyjnej stała się podstawą funkcjonowania Nowej Europy, w której dawna idea dialogu, solidarności i permanentnej rewolucji intelektualnej należy do historii. Nie da się przecież zatrzymać machiny wszechpotężnych rynków finansowych, chyba że za cenę całkowitej izolacji i autarkii. Ale to też droga donikąd... Nie widać zatem alternatywy, pozostają wyłącznie apele, nawoływania, czasami strajki we własnym interesie. Liczba całkowicie wykluczonych, ale też i pół-, bądź ćwierć-wykluczonych będzie systematycznie rosła.
Tożsamość post-oświeceniowej Europy
Ale to jeszcze nie koniec dramatycznej diagnozy. Europa, jak twierdzi niemało filozofów, dziennikarzy i polityków, przestaje być sobą z zupełnie też innych powodów. Swobody, będące jak chcą jedni, dziedzictwem Oświecenia, albo – jak chcą drudzy – spuścizną chrześcijańsko-oświeceniową, zaczynają zanikać. Obrazoburcze dyskusje, obalanie starych tabu, ciągłe krytykowanie własnych fundamentów (o czym przypominał onegdaj Leszek Kołakowski, definiując kulturę Starego Kontynentu) już nie charakteryzują Europy. Coraz więcej Europejczyków dostrzega niebezpieczeństwo w idei zbytniej tolerancji, która ma jakoby zagrażać już im samym. Ralf Dahrendorf z troską przedstawia ów proces powolnego gnicia dawnych wartości, które jednak – dodajmy w tym miejscu – dla wielu przeciwników oświeceniowej wersji współczesnego świata, w żadnym razie wartościami nie są. Dahrendorf w jednym ze swoich mini-esejów, „Wrogowie oświecenia”, pisze: [...] Od fatwy nałożonej na Salmana Rushdiego za „Szatańskie wersety” po zabójstwo somalijskiej zakonnicy w odpowiedzi na wykład w Ratyzbonie papieża Benedykta i zdjęcie z berlińskiej sceny opery Mozarta „Idomeneo”, w której pokazuje się ścięte głowy religijnych przywódców, w tym Mahometa, widzimy, jak przemocą i groźbą broni się religijnych tabu. [...] Przemocy jako metody zwalczania niepożądanych poglądów nie możemy usprawiedliwiać ani akceptować. Ci, których zdaniem ginący dla sprawy zamachowcy wyrażają uzasadnione urazy, sami wyzbyli się swojej wolności. Autocenzura gorsza jest od cenzury, bo jest dobrowolną rezygnacją z wolności. Musimy bronić Salmana Rushdiego, duńskich karykaturzystów i reżyserów „Idomeneo”. Komu się nie podobają,, ma do dyspozycji całe instrumentarium debaty publicznej. Kto nie chce, może nie kupić książki, nie wysłuchać opery. Ponury byłby świat, w którym milczeć muszą ci wszyscy, którzy kogoś obrazili! W wielokulturowym społeczeństwie przestrzegającym zakazów wszystkich grup mało o czym da się porozmawiać.
Dahrendorf nie oskarża wprost wspólnoty muzułmańskiej w Europie. Nie posługuje się skrajnie emocjonalnym językiem Oriany Fallaci, która wręcz nazywa Stary Kontynent Euro-arabią, a więc miejscem, gdzie swoboda obyczajowa, wolność słowa i nieskrępowana debata, które kiedyś przyczyniły się do sukcesów politycznych, ekonomicznych i społecznych, są obecnie pod znakiem zapytania. Niechęć do krytyki zachowań nowego pokolenia imigrantów Fallaci nazywała otwarcie tchórzostwem, i akurat w tym przypadku Dahrendorf podziela jej opinię, tyle że w dużo bardziej wyważony sposób. Oczywiście oboje musieli sobie zdawać sprawę, że poza Europą „nie wszystko wolno”, a i w samej Europie jest nadal mnóstwo tabu (nie wyłączając najnowszych, post-modernistycznych, jak: równość absolutna obydwu płci czy orientacji seksualnych), rzecz jednakże w tym, że owe ograniczenia stopniowo i skutecznie współkształtują rodzące się autorytarne państwo post-oświeceniowe. Bo najpierw ograniczenia dotyczą „obrazy uczuć”, potem powoli dotykają sfery politycznej, później rozszerzają się jeszcze na literaturę, sztukę , by wreszcie objąć swym zasięgiem całą aktywność społeczną, czy nawet prywatną. I co w tym kontekście najważniejsze: nie chodzi tu bynajmniej o inicjatywę samego państwa, sugeruje niebezpośrednio Dahrendorf, ile o powszechną akceptację pewnego społecznego ideału „tolerancji i szacunku dla innego”, za którym kryje się po prostu chęć narzucania własnych poglądów pewnej grupy ludzi całej społeczności.
Jeszcze bardziej ponurą wizję, tym razem na przykładzie Francji, rysuje z kolei Alain Besançon. Muzułmanie francuscy stali się, jego zdaniem, częścią społeczeństwa, która faktycznie osłabia, by nie powiedzieć: destabilizuje całą delikatną konstrukcję państwa. Odpowiedzialność spada w równym stopniu na wszystkich: prawica faworyzowała imigrację w imię sukcesu ekonomicznego (czyli taniej siły roboczej), lewica posługiwała się kwestią równości praw i poczuciem winy za kolonializm, biskupi katoliccy sprzyjali przybyszom z powodów charytatywnych i w duchu dość specyficznie pojmowanego ekumenizmu. Organizacje żydowskie też były za, powołując się na antyrasizm oraz po to, jak to wyraził Jacques Attali, żeby Europa nie została „klubem chrześcijan”.
Besançon przypomina, że muzułmanie stanowią około 10% populacji, w wyborach głosują raczej na lewicę, inaczej niż imigranci z Polski i Wietnamu. [...] Są młodzi i silni. Mieszkają w strefach, w których nie działa powszechnie obowiązujące prawo i do których nie zagląda policja. Antyrasistowskie tabu sprawia, że nie rozpowszechnia się informacji dotyczących ich liczby, zachowań czy przestępczości. Nie mają zamiaru się zasymilować i nie są do tego zobowiązani przysięgą na wierność konstytucji, co jest regułą w Stanach Zjednoczonych. Religię praktykują z pewnością bardziej gorliwie niż katolicy. Zawieranie małżeństw mieszanych powoduje, że islam rozprzestrzenia się teraz w sposób mechaniczny. Ponieważ Kościół jest słaby, ludzie zmieniają wiarę z powodów czysto religijnych – z katolicyzmu na islam przeszło w ten sposób około 50 000 osób. Jest to stała prawidłowość historyczna: kiedy jakiś Kościół już dobrze nie wie, w co wierzy, pojawia się ryzyko, że stado zacznie podążać w kierunku islamu.[...] Po ludzku rzecz biorąc, nie wiadomo, jak można by zawrócić z tej drogi. Jest już za późno.
Spostrzeżenia Besançona idą w parze z informacjami na temat systematycznego usuwania wszelkich znaków obecności chrześcijaństwa w Anglii czy Francji. Szopki bożononarodzeniowe czy życzenia świąteczne postrzegane bywają przez zwolenników dość specyficznie rozumianego dialogu jako „zagrożenie dla świeckości państwa”, które powinno być z zasady neutralne światopoglądowo. Poza tym tego typu symbole pokazywane publicznie mają „oburzać obywateli muzułmańskich” (co akurat niekoniecznie jest prawdą). Ów przyjęty model wielokulturowego dyskursu, zdaniem Dahrendorfa, Fallaci czy Besançona, staje się tak naprawdę początkiem końca oświeceniowej Europy, podobno coraz bardziej zastraszonej, zdezorientowanej i niepewnej swej własnej tożsamości kulturowej. Obrona intelektualna jest nikła, bo przecież – jak sugeruje Bauman – rewolucja idei to śpiew przeszłości, bo niemal wszyscy czują się zniewoleni wszechogarniającym mitem globalnych rynków finansowych i skutecznością liberalnej gospodarki, bo wśród w-pełni-wykluczonych oraz pół-, i ćwierć-wykluczonych nie ma żadnej wiary w szansę zmian i prawdziwą transformację zatomizowanych społeczeństw. Moralność transakcyjna została niepisanym dogmatem, przed czym przestrzegał Soros, zaś idea społeczeństwa otwartego jedynie formalnym usprawiedliwieniem post-oświeceniowej Europy. Wizja jakiegoś totalnego kryzysu: społecznego, etycznego, politycznego i gospodarczego nawiedza pesymistycznych i zatroskanych o swą przyszłość Europejczyków.
Między „Gdzie popełniliśmy błąd?” a „Kto nam to zrobił?”
Wiele, wiele lat temu specjalny ambasador Świętego Cesarstwa Rzymskiego w Stambule, Ghiselin de Busbecq, wyrażał się niezwykle krytycznie o ówczesnej Europie. Wskazywał na jej powolny rozkład, na rozliczne słabości, wreszcie na brak właściwej samooceny. Stary Kontynent, kiedyś tak dumny ze swych osiągnięć, wyglądał na łatwy łup. Naprzeciw Europy stało bowiem Imperium Osmańskie, symbol potęgi islamu, które gotowe było głosić chwałę nowej wiary w każdym zakątku świata. Busbecq pisał: [Turcy] posiadają zasoby, które czynią ich potężnym imperium: nieporównywalną siłę, nawyk zwyciężania, wytrzymałość w ciężkich chwilach, jedność, dyscyplinę, wstrzemięźliwość i czujność. Po naszej stronie jest ogólna bieda, prywatny luksus, nadwątlona siła militarna, upadek ducha, brak wytrzymałości i ćwiczeń; żołnierze są niesubordynowani, oficerowie pazerni; panuje pogarda dla dyscypliny; szerzy się samowola, rozpusta i pijaństwo; a najgorsze, że wróg przyzwyczaił się do zwycięstw, a my do klęsk. Czy można mieć wątpliwości, co do wyniku wojny? Jedyna Persja działa na naszą korzyść, ponieważ wróg, kiedy spieszy do ataku, musi mieć baczenie na zagrożenie z tyłu. Ale Persja tylko opóźnia nasz los, nie może nas przed nim ustrzec. Kiedy Turcy poradzą sobie z Persją, skoczą nam do gardeł, wspomagani przez potęgę całego Wschodu; nie mam odwagi powiedzieć, jak bardzo jesteśmy nieprzygotowani!
Co ciekawe, podobne obawy wyrażano w Europie po wielekroć, i to całkiem niedawnymi czasy. Potężny Związek Sowiecki miał przecież obalić kruchą konstrukcję europejską, korzystając z pomocy swoich licznych fanów we Francji, Włoszech czy Grecji. Bardzo drażniąca dekadencja miała ostatecznie zostać pokonana przez bardzo twardą komunistyczną Realpolitik.
A przecież ambasador Busbecq się mylił. Imperium Osmańskie przegrało walkę z Europą, zaś odsiecz wiedeńska została wpisana na stałe do podręczników historii. Stopniowo Osmanowie tracili ziemię i władzę na rzecz państw europejskich, które wcale nie były tak słabe, zdemoralizowane i nieskłonne do walki, jak oceniali to ich przeciwnicy i krytycy. Imperium Osmańskie rozpadło się z hukiem, podobnie jak rozpadł się niezwyciężony Związek Sowiecki. Owa dekadencka od stuleci Europa trwa nadal. Jakaś wewnętrzna energia i moc ciągłych innowacji odzywała się raz po raz u Europejczyków, którzy potrafili zaskoczyć nawet samych siebie. Oczywiście zawsze istniało niebezpieczeństwo, że próby rozwiązywania problemów szły nie do końca w tę stronę, jakiej należałoby oczekiwać. Bernard Lewis poczynił kiedyś niezwykle trafne spostrzeżenie: W sytuacji, kiedy ludzie zaczynają zdawać sobie sprawę, że coś idzie nie do końca po ich myśli, mogą zadać sobie dwojakie pytanie: „Gdzie popełniliśmy błąd?” albo „Kto nam to zrobił?”. Drugie pytanie nawiązuje do teorii spiskowej i jest oznaką paranoi. Natomiast pierwsze pociąga za sobą zupełnie odmienny tok rozumowania: „W jaki sposób możemy temu zaradzić?”
Jak przypomina David Landes, w drugiej połowie XX wieku niemała część Ameryki Łacińskiej i niektóre kraje muzułmańskie wybrały teorię spiskową, skupiając się na mało twórczym zagadnieniu „kto nam to zrobił”. Podobnie postępowały Niemcy po I wojnie światowej, odwołując się do opowieści „o zdradzie” i „dyktacie Wersalu”, i podobnie postępuje też dzisiaj Rosja karmiąc się sformułowaniami, że „wbito nam nóż w plecy”, i że „wszystkiemu są winni obcoplemieńcy”. Z kolei w drugiej połowie XIX wieku i po II wojnie światowej Japonia zadała sobie dwukrotnie to samo pytanie: „w jaki sposób możemy temu zaradzić?”, i zbudowała potężne i sprawnie działające państwo, niemal wzorzec dla innych krajów szukających sposobów skutecznej modernizacji. Za nią podążyły Korea i Tajwan, a w kolejce ustawili się już następni. Słowem: historia udzieliła nam odpowiedzi na obydwa pytania. Problem naturalnie w tym, co wybierze ostatecznie Europa. I czy ów wybór będzie dotyczył także Polski.
*
Pensjonat ma podobno zostać poddany solidnej rekonstrukcji. Zarząd chce jednak, aby tym razem ekipę remontującą wybrano na zasadzie przetargu, którego wynik ma zostać poddany referendum. Udział zapowiedzieli wszyscy pensjonariusze. Dyskusje trwają. A ogród? Ogród jest ciągle piękny. I ogrodzenie coraz wyższe.






