i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie

Kryzys prasy, czyli informacji i komentarzy przekazywanych słowem drukowanym, wydaje się być faktem w skali globalnej. Trwają dyskusje nad tym, jak z tym zjawiskiem walczyć – i czy w ogóle należy walczyć. Mamy bowiem do czynienia z szerszym zjawiskiem malejących chęci do podejmowania wysiłku intelektualnego w zamożnym świecie Zachodu.
Jednym z jego przejawów jest warta odrębnego opisania niechęć młodych ludzi do podejmowania studiów wymagających dużego zaangażowania (ale też dających dużą satysfakcję materialną). Studia z dobra inwestycyjnego stały się dobrem konsumpcyjnym; mają być łatwe i przyjemne. Telewizja i portale internetowe, które podają przetrawione informacje oraz lekkie, w przystępnej formie, komentarze, odbierają gazetom opinii tę część jej czytelników, którzy szukają łatwego i przyjemnego oglądu świata. Obserwowanego przeze mnie w świecie trendu w kierunku łatwizny studenci nie muszą więc wymyślać sami; wystarczy, że rozejrzą się dookoła...
Nie mam na to zjawisko recepty i nie o nim chcę pisać w tym felietonie. Chciałbym zwrócić w nim uwagę moich Czytelników na zjawisko szczególne, polskie, które powoduje, że spadek nakładów dzienników i tygodników opinii jest znacznie szybszy niż gdzie indziej. Otóż na zjawisko cywilizacyjne, o którym wyżej, nałożył się u nas swoisty marsz pseudoprawicowców przez gazety.
Zwolenników PiS-owskiej putinlandii, zwanej „IV Rzeczpospolitą”, jest w mediach proporcjonalnie znacznie więcej niż w całym społeczeństwie – i przytłaczająco więcej niż w tej części społeczeństwa, która ma nawyk czytania gazet opinii. W rezultacie obserwujemy gwałtowny spadek czytelnictwa gazet od 2005r., czyli od objawienia się w pełnej krasie tej formacji i w polityce, i w mediach.
Bowiem nawet jeśli propisowskich żurnalistów nadal fascynuje pisanie o „wilczych oczach Tuska”, czy – jak ostatnio w Rzeczpospolitej – o „Uśmiechu rekina ludojada”, to byłych czytelników „Rzepy” raczej nie; dlatego jej nakład dzisiaj, to ok. 1/3 nakładu z czasu inauguracji „IV Rzeczypospolitej”. Odeszli w siną dal, jak ów kochaś z piosenki śpiewanej niegdyś przez Łazukę. A nowych czytelników to nie przyciągnie, bo elektorat PiS zwyczaju czytania gazet opinii nie ma.
Dlatego wszystkie „słupy ogłoszeniowe” oskarżycielskich rewelacji z czasu rządów PiS cienko przędą. O „Rzepie” pisałem, Dziennik Polska-Europa-Świat już zbankrutował, a tygodnik Wprost został kupiony przez grupę medialną gotową zapłacić jego długi. Ponieważ jednak wielu propisowskich żurnalistów z upadłego „Dziennika” przeniosła się do dziennika „Polska-The Times” i tam uprawia swoją zacietrzewioną publicystykę, więc nie trudno wskazać, który z kolei dziennik popadnie w kłopoty z powodu szybko malejącej liczby czytelników.
Gazet, które poszły lub idą tą drogą mnie nie szkoda. Szkoda mnie czego innego. Otóż podejrzewam, że odstraszono od czytania gazet opinii wielu ludzi, którzy bynajmniej nie zrezygnowaliby z ich czytania, gdyby nie pseudoprawicowi dziennikarze, którzy uznali dawanie ujścia swoim fobiom i fascynacjom za misję informacyjno-publicystyczną. Przyciągnięcie odstraszonych w ten sposób czytelników – i to w warunkach odwrotnego trendu cywilizacyjnego, o którym wyżej – wydaje się być prawdziwą mission impossible. I takie są właśnie największe koszty marszu przez media tej formacji – tu przepraszam Czytelników za niewątpliwą przesadę – intelektualnej...






