i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2011-07-20 10:47:13

Od wielu miesięcy wszystkie możliwe media straszą swoich czytelników światowym kryzysem i zbliżającą się nieuchronnie katastrofą. Niektórzy politycy przebijają jeszcze te ponure przepowiednie jak np. prezes PiS wieszczący zagrożenie dla bezpieczeństwa żywnościowego Polaków i możliwą klęskę głodu w tym kraju. Partie nacjonalistyczne i ksenofobiczne upatrują przyczyny tych nieszczęść w globalizacji, napływie imigrantów i w braku kontroli na granicach. Wobec tych zagrożeń pojawiają się głosy o potrzebie deglobalizacji, demontażu jednolitego europejskiego rynku, ograniczeniu przepływu towarów, usług, inwestycji i siły roboczej. Te demagogiczne postulaty mające uspokoić przerażonych obywateli są jednak mało realistyczne i ich wprowadzenie w życie nieuchronnie spowodowałoby globalną katastrofę.
„Globalizacja – pisze Anthony Giddens – to zjawisko dialektyczne, w obrębie którego wydarzenia na jednym biegunie rozsuniętej relacji często powodują wystąpienie odmiennych czy wręcz odwrotnych zjawisk na drugim biegunie”. Posługując się przykładem z ostatnich dni, wiadomo, że zła sytuacja ekonomiczna Grecji i jej ogromne zadłużenie powoduje ucieczkę w stronę bardziej pewnych lokat kapitału jak np. złoto czy frank szwajcarski, którego przewartościowany kurs sprawia trudności samej Szwajcarii, bo drożeje jej eksport oraz niektórym Polakom, którzy zaciągnęli kredyty hipoteczne w tej walucie.
Problemów tych zapewne by nie było gdyby nie globalizacja, byłyby natomiast inne. Wspólny europejski rynek powoduje wzrost wydajności i konkurencyjności gospodarki, np. w Polsce wzrosły one po wejściu do Unii Europejskiej. W strefie euro wskutek wprowadzenia wspólnej waluty zmalały koszty transakcyjne oraz ryzyko kursowe bardzo niekorzystne dla eksporterów. Tak więc mimo greckich zawirowań spowodowanych głównie przez nieodpowiedzialne decyzje polityków korzyści od wielu lat są bez porównania większe od strat.
W ostatnich tygodniach francuski tygodnik „Le Nouvel Observateur” opublikował interesujący tekst przedstawiający kilka zagadnień poruszanych w dyskusji na temat deglobalizacji1, która toczy się we Francji, ale także w innych krajach.
Jednym z dyskutowanych problemów jest tzw. ucieczka miejsc pracy do krajów o taniej sile roboczej. Okazuje się, że chociaż zjawisko to występuje, to na bardzo niewielką skalę. I tak np. wskutek delokalizacji produkcji Francja traci rocznie 15 tys. miejsc pracy, ale tylko połowa z nich przenosi się do krajów o taniej sile roboczej, pozostałe miejsca pracy przechodzą do Niemiec, Włoch, Hiszpanii i Polski, a więc w ramach Unii Europejskiej. Jak obliczono delokalizacja jest odpowiedzialna jedynie za utratę 3% miejsc pracy. Pozostałe przyczyny to automatyzacja procesów produkcyjnych oraz ewolucja w kosztach transportu, skłaniająca np. producentów dóbr konsumpcyjnych do umieszczania się w pobliżu rynków zbytu, jeżeli koszt transportu wynosi 10% - 15% ogółu nakładów.
Postulowany dość często tzw. „ekonomiczny patriotyzm” jest kompletnie bez sensu jak zauważa większość poważnych ekonomistów, ponieważ ochrona krajowego czy europejskiego rynku spowodowałaby natychmiast retorsje ze strony USA i krajów azjatyckich. W wielu fabrykach stanęłoby wytwarzanie, ponieważ części do licznych produktów pochodzą z wielu krajów. Nikt nie może być samowystarczalny. I tak np. wskutek katastrofy sejsmicznej fabryka japońska przestała dostarczać części automatycznych skrzyni biegów do francuskiego citroëna i produkcja samochodu w tej wersji została przerwana na wiele miesięcy. Ochrona własnego rynku spowodowałaby przerwanie wielu łańcuchów technologicznych i doprowadziłaby do katastrofy nie w wirtualnym świecie finansów, ale w rzeczywistości.
Wprowadzenie narodowych i europejskich barier zahamowałoby inwestycje w wielu krajach. Bezpośrednie inwestycje zagraniczne powodują dopływ kapitału i tworzą miejsca pracy. Jak dotychczas inwestycje te lokowane są głównie w krajach wysokorozwiniętych, a przede wszystkim w Stanach Zjednoczonych. Globalizacja w tej dziedzinie w małym jedynie stopniu dotyczy tzw. krajów rozwijających się. Stale utrzymuje się dość stabilny podział światowych inwestycji w proporcji 70/30. Około 70% inwestycji trafia do krajów wysoko rozwiniętych. Tak było prawie przez całą dekadę końca XX wieku i jest w obecnej chwili. Wyjątkiem były lata 1999-2000, gdy w państwach wysoko rozwiniętych dokonywały się istotne fuzje i przejęcia.
W sumie jednak mimo ich punktowo ważnej roli, stanowią one jedynie 8% ogółu światowych inwestycji, nie tak wiele. Mimo rozwoju światowej informacji (telewizja satelitarna) i komunikacji (internet) udział międzynarodowych połączeń telefonicznych to zaledwie 2% ogółu. To prawie nic.
Globalizacja przebiega więc nierównomiernie zarówno w przestrzeni jak i w poszczególnych dziedzinach ludzkich aktywności. Najbardziej zglobalizowane są rynki finansowe, ale kursy walut, wahania cen akcji dotykają bezpośrednio jedynie ludzi, i to nie wszystkich, żyjących w krajach wysoko rozwiniętych, skutki pośrednie w postaci koniunktury gospodarczej, wymiany handlowej, cen surowców i towarów przetworzonych są bardziej rozproszone, ale tak było zawsze odkąd pojawiła się wymiana międzynarodowa.
Kryzysy, które pojawiają się we współczesnym świecie są w istocie rezultatem niezakończonej globalizacji i braku wspólnych regulacji. W Unii Europejskiej, tak ważne elementy polityki gospodarczej jak rodzaje i wysokość podatków, regulacje rynku pracy itp. należą, zamiast do kompetencji organów Unii, do rządów krajowych. W skali światowej poza niezbyt rygorystycznie przestrzeganymi zasadami ustanowionymi w ramach WHO (Międzynarodowa Organizacja Handlu) nie ma właściwie żadnych wspólnych reguł.
Przyśpieszenie procesów globalizacji, które wydaje się nieuchronne będzie wymagało wprowadzenia reguł działania poszczególnych państw i sankcji za ich nieprzestrzeganie. Przykład Grecji, ale nie tylko, jest dowodem, że same reguły nie wystarczą. Pozostałe kraje europejskie wiedziały, że Grecy żyją ponad stan, a nie płacąc podatków korzystają ze strony różnych darmowych usług ze strony państwa. Wiedziały o tym także banki kupujące greckie obligacje, które okazały się śmieciowe. Przez lata nikt nie reagował, brak było bowiem instrumentów kontroli i zapobiegania tym patologiom. Trzeba je wprowadzić. Wchodząc do Unii Europejskiej każdy kraj godzi się na utratę znacznej części swojej suwerenności, zależy bowiem od innych krajów, banków i światowego rynku finansowego. Żadne państwo w globalnym świecie nie jest już w pełni suwerenne, ale powrotu do przeszłości, mimo złudzeń, że jest to możliwe, nie ma. Chociaż powrotu nie ma, opinia publiczna, jak to wynika z sondażu francuskiego instytutu IPSOS, domaga się wprowadzenia barier celnych na granicach Unii Europejskich – 80% ankietowanych i Francji – 20%.
Złożoność procesów gospodarczych, w tym skomplikowane działanie rynków finansowych powoduje, że większość ludzi nie rozumie funkcjonowania tych mechanizmów, winę za tę sytuację ponoszą także media, które zamiast próbować je objaśniać, uciekają się do wyjaśnień uproszczonych i wskazywania winnych, którymi mogą być w zależności od okoliczności globalizacja, międzynarodowy kapitał, nieudolni politycy, cudzoziemscy robotnicy zabierający prace tubylcom, a przede wszystkim wszyscy „obcy”. Za szybkością zmian technologicznych i gospodarczych nie nadążają zmiany mentalne. Niezrozumienie rodzi frustrację, niezadowolenie, a niekiedy bunt.
1 Wydanie: 30 czerwiec – 6 lipiec 2011 r.






