i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2011-11-05 20:56:13

Sceny z polskiego życia politycznego, które mieliśmy okazję oglądać w ostatnich tygodniach skłaniają do pytania czy możliwa jest demokracja w kraju, w którym partie polityczne są kierowane w sposób autorytarny przez lidera w systemie wodzowskim?
Lider partii, która wygrała wybory powołał się na stanowisko premiera nie czekając na choćby formalną propozycję prezydenta. Ten sam lider oświadczył kto ma być marszałkiem sejmu, chociaż marszałka powołuje sejm na wniosek posłów. W czasie zebrania części klubu parlamentarnego wspomnianej partii zaproponowano 12 kandydatów na jego szefa. Nie zostanie on wybrany w tajnym głosowaniu, jak choćby w SLD, ale nominowany przez lidera.
Czy można w sposób demokratyczny, przestrzegając wszystkich procedur i praw mniejszości kierować państwem kiedy stosuje się takie praktyki w partii rządzącej? Czy można być rano demokratą, a po południu autokratą? Czy wypada publicznie oświadczyć, że różnica zdań w partii jest zakazana? Pytania całkowicie retoryczne.
W największej partii opozycyjnej jest jeszcze gorzej. Tam każda propozycja zmiany taktyki traktowana jest jako zamach na dominującą pozycję prezesa i spotyka się z natychmiastową retorsją. Cóż takiego zaproponował przywódca dysydentów? Większą demokratyzację, otwarcie się na szersze środowiska, pozyskanie nowych zwolenników. W tej partii wszystkie propozycje, jeżeli nie padają z ust prezesa, są zakazane. Czy jednak dysydenci zasługują na poparcie? Teoretycznie tak, ale tylko teoretycznie, bo w istocie chodzi o przejęcie władzy w partii przez ludzi, których, jak można się było o tym przekonać, trudno o poglądy demokratyczne posądzić. Nie należy im zatem życzyć sukcesu, a wręcz przeciwnie należy się ich bać.
Obywatel, wyborca, jeżeli obserwuje, dzięki informacjom, które docierają za pośrednictwem prasy, polskie życie partyjne może być zniesmaczony, a nawet przerażony. Wszystkie pozory zostały porzucone i „król jest jeszcze bardziej nagi” niż był nawet w czasach PRL, gdzie starano się dbać o zachowanie przynajmniej minimum demokratycznych procedur.
Żyjemy w kraju demokracji formalnej działa kilka partii, odbywają się wybory, prasa i obywatele cieszą się względną swobodą wypowiedzi, ale w tej dziedzinie istnieją spore ograniczenia zapisane w kodeksie karnym, o zniesławieniu organów państwa czy obrazie uczuć religijnych. Kobiety pozbawione są prawa do dysponowania swoim ciałem, granie w karty na prywatnym przyjęciu skutkuje interwencją antyterrorystów, nie mówiąc już o licznych oskarżeniach o niepopełnione przestępstwa, które kończą się uniewinnieniem, ale powodują wiele ludzkich nieszczęść. Prawa mniejszości często nie są respektowane przez urzędy imigracyjne, które wydają nakazy deportacji osób, które wiele lat mieszkają w Polsce i nawet ukończyły tu studia.
Demokracja formalna jest lepsza niż w ogóle brak demokracji, ale czy ciągle mamy zadowalać się mniejszym dobrem?
Połowa Polaków systematycznie nie głosuje w wyborach, nieco większa jest frekwencja w wyborach prezydenckich, ale w tym przypadku sytuacja jest bardziej przejrzysta. W wyborach parlamentarnych ludzie nie wybierają, a jedynie głosują na kandydatów umieszczonych na liście przez partyjne konwektykle i zwykle zatwierdzanych osobiście przez lidera. A może by tak zrobić w okręgach prawybory i wśród kandydatów zgłoszonych przez obywateli, obywatele wybraliby kandydatów?
Partia nie jest dyskusyjnym klubem i jej członków muszą spajać wspólne wartości i cele, ale nie może być stadem podążającym za liderem, który przecież może się mylić. Przywódcy dwóch największych polskich partii wydają się sądzić, że są nieomylni i, że ich decyzje są zawsze trafne.






