Cztery etapy żałoby
TAGI: Deser, Waria,
Dodano: 2010-04-29 09:33:17

Pierwsza reakcja: Niedowierzanie.
To nie może być prawda. Kilka dni oswajałem się z tą tragedią, układałem wszystko w głowie. Katastrofa dotknęła moich przyjaciół, znajomych. Bez przerwy tłukły mi się po głowie słowa księdza Twardowskiego: Śpieszcie się kochać ludzi… tak szybko odchodzą. Dwa miesiące temu zadzwonił do mnie Jurek Szmajdziński i poprosił o wsparcie jego kampanii na Podkarpaciu. Zgodziłem się wziąć udział w pracach lokalnego komitetu wyborczego. Trudno uwierzyć, że to już nie jest aktualne. W latach 2002 - 2006 blisko współpracowałem z Leszkiem Deptułą – marszałkiem województwa. Obserwowałem jak szybko się uczy i staje znakomitym urzędnikiem i obiecującym politykiem – przyjaźniliśmy się. Znałem i ceniłem Stanisława Zająca – nasze poglądy bardzo się różniły, ale wspólny zdrowy rozsądek, pozwalał kooperować w sprawach istotnych dla Podkarpacia.

Nikt nie jest niezastąpiony, ale strata kompetentnych i wartościowych ludzi bardzo boli. Żałobę narodową przeżywałem w samotności. Przeszkadzało mi, że wszyscy ci, którzy byli w rządowym samolocie awansowali do panteonu narodowego. Przecież to byli ludzie z krwi i kości, ze wszystkimi wadami i zaletami. Rozumiem, że emocjonalne uporanie się ze śmiercią wymaga rytuałów. Temu służą wizyty w pałacu prezydenckim, znicze, kwiaty, uczestnictwo w pogrzebach. Szanuję ludzką skłonność do idealizacji i gloryfikacji ofiar – sam jej ulegam. Drażni mnie jednak mitologizowanie tego wydarzenia, przedstawianie go jako części boskiego planu, elementu tragicznej historii naszego narodu, dlatego nie podzielam poglądu, że Polska znowu jest Chrystusem Narodów.
Pierwsze dni po tragedii są zawsze okresem w którym emocje biorą górę nad postawę racjonalną. O tych, którzy odeszli myślimy Mickiewiczem: Ile Cię trzeba cenić, ten tylko się dowie kto Cię stracił. Powoli jednak dociera do nas, że TO zdarzyło się naprawdę.

Drugi etap: rozglądam się z podziwem – państwo działa.
W instytucjach, które straciły swoich szefów odpowiedzialność przejmują ich zastępcy. Marszałek Komorowski przejął obowiązki prezydenta i podejmuje niezbędne decyzje. Złotówka się umacnia, na giełdzie rosną ceny akcji.
Pojawiły się pierwsze teorie spiskowe dotyczące katastrofy. Harcownicy tacy jak profesor Krasnodębski, Ojciec Dyrektor i poseł Górski z PiSu publicznie powiedzieli co wiedzieli i czego nie wiedzieli. Jest to zupełnie normalne – kiedy emocje są tak rozbuchane, a tragedię trudno jest ogarnąć rozumem, musi pojawić się choćby zmyślona przepowiednia Nostradamusa:
I wtem wielki ptak metalowy upadnie, a na nim znajdować się będą osoby ważne kraju niezwyciężonego, a na kraj ogarnięty chaosem i żałobą wrogi najeźdźca ze wschodu uderzy...

Pocieszające jest jednak, że państwo polskie dotknięte utratą części swojej elity pozostało stabilne. Niepokojące jest to, że jesteśmy świadkami tworzenia nowej linii podziału. Po jednej stronie barykady stoją ci, którzy wcześniej doceniali wielkość prezydenta Lecha Kaczyńskiego (nasi), a po drugiej jego krytycy (oni). Oczywiście tylko „nasi” mają prawo odczuwać żal po śmierci prezydenta i niemal setki ludzi, którzy zginęli pod Smoleńskiem. „Oni” mają siedzieć cicho i wstydzić się, pokutować. Przybiera to formę szantażu moralnego, którego nie należy lekceważyć, bo jest wyjątkowo skuteczny. Nie trzeba było długo czekać na efekty. Pierwszym, który nieśmiało posypał głowę popiołem był Jan Rokita: Pisałem o prezydencie krytycznie, choć z estymą. Nie byłem nigdy wrogiem i nie czułem się traktowany jak wróg. W pierwszej chwili zastanowiłem się czy nie za słabo go broniłem. Bo kampania przeciwko niemu była wyjątkowa. Tu nie było krytyki, była pełna histeryczna przesada. Polska go źle potraktowała. Takie dramaty jak ta tragedia pod Smoleńskiem rozbrajają nas emocjonalnie i powodują, że niektórzy tracą zdolność i ciągłość racjonalnego myślenia.
 

Przygnębiające jest to pośpieszne konstruowanie mitu. Świętej pamięci Lech Kaczyński ma stać się ikoną V Rzeczpospolitej. Symbolem patriotyzmu, bohaterstwa i męczeństwa. Służyć temu ma pochówek pary prezydenckiej na Wawelu. W tym duchu o zmarłym prezydencie wypowiadał się prymas Henryk Muszyński: Dopiero jego tragiczna śmierć, ukazała przed światem cały wymiar jego wielkości człowieka i męża stanu. Dzisiaj mamy do czynienia z retoryką pogrzebową – to zrozumiałe. Według polskiego filozofa religii Zbigniewa Mikołejki: My Polacy potrzebujemy męczeństwa jak powietrza. Niestety obawiam się, że ten język zostanie przeniesiony do kolejnych kampanii wyborczych. Mit katyński, prawo do bycia patriotą, spektakl symboli i podniosłych gestów zastąpi dyskusje o służbie zdrowia i reformie finansów publicznych. Emocjonalny wywar z trujących roślin przykryje merytoryczne wypowiedzi.

Trzeci etap jest poszukiwaniem odpowiedzi na pytanie - Dlaczego doszło do lądowania i katastrofy?
Jeden z indagowanych przez dziennikarzy fachowców, przedstawił katastrofę w sposób nieco uproszczony: Obrazowo rzecz ujmując – pilot samolotu nie zgadł, gdzie kończy się linia drzew, a zaczyna się pas. Warunki pogodowe były bardzo złe, ograniczona przez mgłę widoczność faktycznie zmuszała do zgadywania. Lotnisko drugiej kategorii nie dysponowało nowoczesnym systemem elektronicznego naprowadzania. Pas lądowania był stosunkowo krótki, jak na potrzeby ważącego ponad sto ton samolotu.

Czytałem rozmowy prowadzone z wieloma pilotami cywilnymi krótko po katastrofie. Żaden z nich nie próbowałby nawet podejścia do lądowania we mgle na takim lotnisku jak Smoleńsk. Wszyscy twierdzili, że w ich firmach nawet udane lądowanie w takich warunkach groziłoby wyrzuceniem z pracy i utratą licencji: W lotnictwie cywilnym nie dochodzi do sytuacji, że samolot zniża się do wysokości przeszkód. Jeśli schodzi do minimalnej wysokości zniżania (np. 150 m), a pilot obserwujący nie widzi ziemi, to pada komenda ''go around''.

Dlatego dziś właściwe pytanie brzmi – co skłoniło pilota do podjęcia ogromnego ryzyka? Do Mińska czy Moskwy miał tylko pół godziny lotu. W tym miejscu przypomnieć muszę incydent sprzed blisko dwóch lat. Sierpień 2008 roku – prezydent Kaczyński leciał do Gruzji wraz z przywódcami Ukrainy, Litwy, Łotwy i Estonii. Plan lotu przewidywał lądowanie w Azerbejdżanie. Po powrocie do kraju pilot samolotu, pułkownik Pietruczuk, poinformował zwierzchników w swoim meldunku: Pan prezydent przyszedł do kabiny pilotów i osobiście, jako zwierzchnik sił zbrojnych, polecił mi lecieć do Tbilisi. Za takim rozwiązaniem przemawiał argument polityczny – udział polityków w wiecu w stolicy Gruzji. Argumenty merytoryczne skłoniły jednak pilota do podjęcia decyzji, by lecieć zgodnie z planem. Nie były one wcale bagatelne. Lotnisko było ostrzeliwane – istniała groźba zestrzelenia. W dodatku wcześniej lotnisko było zbombardowane i nie posiadano wiedzy o stanie nawierzchni. Przestrzeń powietrzną kontrolowali Rosjanie. Nie było zgody dyplomatycznej na lot do Tbilisi. Nie było też wiadomo, kto zabezpiecza na lotnisku środki kontroli ruchu. Lech Kaczyński jeszcze w czasie lotu komentował decyzję pilota mówiąc dziennikarzom, że jeśli ktoś decyduje się być oficerem, to nie powinien być lękliwy. Po wylądowaniu w Azerbejdżanie zapowiedział: Po powrocie do kraju wprowadzimy porządek w tej sprawie. Kariera pułkownika Pietruczuka się załamała – wpadł w depresję i odszedł ze służby.

W przypadku lotu do Smoleńska zapewne nigdy nie dowiemy się: czy pilot otrzymał rozkaz lądowania mimo panujących warunków? Czy wywierano na niego presję? Jestem przekonany, że pilot prezydenckiego samolotu – kapitan Protasiuk – odczuwał presję wewnętrzną. Znał doskonale argumenty pułkownika Pietruczuka, był drugim pilotem w samolocie lecącym do Gruzji. Wiedział jakie przykrości spotkały kolegę. Jeżeli niebezpieczeństwo zestrzelenia samolotu nie przeważyło nad chęcią polityków wzięcia udziału w wiecu w Tbilisi, to jak mgła mogła przeszkodzić w punktualnym rozpoczęciu uroczystości katyńskich. Niestety kapitan Protasiuk był zgodnie z oczekiwaniami prezydenta Kaczyńskiego „mniej lękliwy” niż pułkownik Pietruczuk.

W Polsce będzie normalnie, gdy wzorem do naśladowania będzie pułkownik Pietruczuk – mądry „tchórz”, a roztropność stanie się jedną z najbardziej cenionych cnót. W tej sytuacji nie potrafię myśleć o ofiarach tej strasznej katastrofy, jako o bohaterach, męczennikach, poległych. Rozumiem, że ta symbolika bardzo dobrze wpisuje się w bohatersko–martyrologiczno–patriotyczną wizję historii Polski. Tym razem jednak zrobiliśmy to sobie sami, bez udziału wrogich nam sił. Czy jesteśmy w stanie wyciągnąć z tej tragedii jakiekolwiek konstruktywne wnioski?

Czwarty etap: powrót do normalnego funkcjonowania, do życia.
Następuje wygaszanie emocji. Fascynuje mnie jeszcze jedna obserwacja. Przez dziewięć dni część Polski zatrzymała się, zamarła. Aktywność polityczna ustała, a najważniejsi ludzie w państwie zajęli się organizacją i uczestnictwem w uroczystościach żałobnych. I mimo tego świat się nie zawalił, życie toczy się dalej i nie wykazuje oznak chaosu. Okazuje się więc, że można czasem zwolnić, nabrać głębokiego oddechu i po dłuższej przewie powrócić do bieżących, codziennych spraw. Tylko, czy wracamy do życia z dystansem, mądrzejsi o doświadczenia płynące z tych smutnych wydarzeń?

OPINIE
Mateusz Adamiak -
2010-05-20 10:06:02
Jako osoba młoda, inaczej patrząca na tragedię smoleńską, chciałbym odnieść się do całej sprawy z trochę innego punktu widzenia, a mianowicie od strony Internetu, komunikatorów i portali społecznościowych.
Anna Jopkiewicz -
2010-05-20 10:25:53
Zgadzam się z powyższym tekstem. Pierwszą myślą w tej sytuacji było: to niemożliwe. A jednak. Media bardzo wyraźnie, minuta po minucie relacjonowały nam to co się stało. W końcu trzeba było w to uwierzyć i pogodzić się z całą sytuacją.

Dodaj swoją opinię
Autor:
Tytuł:
Treść:


kod z obrazka:

Wyższa Szkoła Informatyki i Zarządzania z siedzibą w Rzeszowie
ul. Sucharskiego 2, 35-225 Rzeszów, fax: +48 17 866 12 22 e-mail: wsiz@wsiz.rzeszow.pl
Wszelkie Prawa Zastrzeżone, Wyższa Szkoła Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie © 2010