i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2011-06-08 23:43:27

Zanim przejdziemy do psa, będzie o koniu. Miałem okazję jechać konno pod Oxfordem. Nieżyjący już wybitny socjolog polsko-brytyjski, profesor Andreski, użyczył mi swego konia na przejażdżkę. Aby dostać się do lasu, w którym mogłem pogalopować, musiałem pokonać dwa skrzyżowania i kilka kilometrów szosy. Zanim do lasu dotarłem, minęły mnie trzy samochody i dwa wyprzedziły. Określenie „minęły” nie jest precyzyjne. To ja je minąłem. Każdy mijany przeze mnie samochód na kilkanaście metrów przede mną zatrzymywał się czekając aż go minę. Moje machania ręką, które w przełożeniu z języka gestów na język werbalny znaczyło: „jedź, nie przejmuj się mną”, skutkowało tylko uśmiechem i gestem, który znaczył: ”nie ma mowy, poczekam aż mnie miniesz”. Z tymi, które mnie wyprzedzały było tylko trochę inaczej. Samochód na kilka metrów przede mną zwalniał i wyprzedzał mnie wolno w tempie niewiele szybszym od stępa mojego konia. Dopiero po kilkunastu metrach za mną kierowca wracał do stosownej dlań szybkości.
To w Anglii. W Polsce inaczej. Jeżdżąc kilkanaście lat temu w Zawadzie pod Dębicą, wiedziałem, że przejeżdżając przez szosę muszę się liczyć z tym, że zbliżający się samochód doda na mój widok gazu, zaryczy silnikiem i jeszcze zatrąbi z nadzieją, że koń się spłoszy, ja zlecę i będzie radocha. Muszę przyznać, że w uczelnianym kampusie w Kielnarowej takich zachowań obawiać się nie muszę, ale też nie mogę liczyć, że kierowca mijającego mnie lub wyprzedzającego samochodu choćby zwolni.
Są to różnice cywilizacyjne. Dotyczą one przede wszystkim „pozycji społecznej” konia, a w konsekwencji relacji koń – człowiek, w Polsce i Wielkiej Brytanii. Brytyjskie konie już dawno wyzwoliły się spod jarzma wozu; przestając być siłą roboczą pociągową, weszły do elity zwierząt, które dotychczasową funkcję instrumentalną zamieniły na uprzywilejowany status towarzysza zabaw, partnera i przyjaciela człowieka. Dla wielu rolników a także większości członków PSL w Polsce jest to dewiacja, zjawisko chorobliwe. Nie jest kwestią przypadku, że posłowie PSL-u oprotestowywali dotąd wszystkie ustawy, których celem było humanizowanie stosunku ludzi do zwierząt.
Kilkanaście lat temu opowiadali mi koniarze w Zabajce (który wtedy o ironio zwał się ludowym klubem jeździeckim), że okoliczny lud chłopski patrzył na nich z wrogością, bo o ile jazda wierzchem była jeszcze jakoś tam zrozumiała (nawet chłop, bywało, że na konia, choć na oklep, wsiadał), to już te szczotkowania, mycia szamponami, smarowania kopyt, czesania grzywy i ogona wydawały się jakąś dewiacją, anomalią, potrzebą chorą i klasowo obcą.
Porzucając styl narracji – analityczno-żartobliwy – zauważyć trzeba, że owe różnice między Polską a Wielką Brytanią mają także swoje uzasadnienie praktyczne. Kierowca w Polsce przejeżdżając obok konia z wozem wie, że jest to koń przywykły do wozu i ruchu drogowego, najczęściej zimnokrwista, mało ruchliwa chabeta, która byle czego się nie boi. Angielski kierowca wie (a przynajmniej musi zakładać), że wierzchowiec pod siodłem to stworzenie szlachetne, rasowe, któremu nigdy nie wiadomo co do końskiego łba strzeli i byle co może go spłoszyć.
Teraz będzie o psach. Kilka lat temu zwierzałem się znajomemu Szwajcarowi, skądinąd, co jednak istotne, pracownikowi menedżmentu Credit Swiss, że do rzeszowskiego oddziału Citi nie wpuszczono mnie z psem. – No i co dalej? – spytał znajomy. – Jak to co dalej? – zdziwiłem się. Okazało się, że znajomemu chodziło o to, do jakiego innego banku przeniosłem swoje pieniądze. Taka sytuacja bowiem w Szwajcarii byłaby niemożliwa. W tym kraju z psem wejdę do każdej restauracji, kawiarni, urzędu, supermarketu – do każdej instytucji użytku publicznego, do której ma prawo wejść każdy człowiek, wejdzie także (z człowiekiem) każdy pies. Ale już do parku mój pies może w Szwajcarii wejść tylko wtedy, gdy będę go trzymał na smyczy, co uwarunkowane nie jest chęcią ograniczenia jego psiej swobody, ale koniecznością zagwarantowania mojej odpowiedzialności za to, co psu może się zdarzyć zrobić na trawniku. Sytuacja ta jest typowa nie tylko dla Szwajcarii, ale także dla Niemiec, Wielkiej Brytanii i – chyba – większości krajów tzw. Starego Zachodu (bo jest i Nowy Zachód, do którego także my się chcemy zaliczać). A w Polsce? Mam miejsca, także sklepy, w których mój pies jest serdecznie witany, co wielce sobie obaj cenimy, ale do większości nawet nie próbuję z nim wchodzić. Nie wpuszczą. W parku jednak mógłby hasać (i nie tylko hasać) do woli, gdybym mu na to pozwolił.
Kilka miesięcy temu zadałem na zajęciach studentom pytanie – czy jest dopuszczalne przyjście z psem do pracy? Dodałem, że warunkiem jest, aby ten pies nie przeszkadzał w pracy właścicielowi ani nikomu innemu. Na pomysł sondażu wpadłem dlatego, że poprzedniego dnia w Onecie był tekst o tym, jak się pracuje w Google. Pracownicy mają w tej firmie prawo urządzać pokoje według własnego widzimisię i w dobrym tonie jest przychodzić do pracy z psami, bywa więc, że w firmie jest więcej psów niż ludzi. To prawda, że Google to Google i trudno oczekiwać, aby takie reguły mogły być dopuszczane w tradycyjnych firmach. No, ale sondaż przeprowadzałem wśród młodych ludzi, studentów, których uczelnia w nazwie swej ma słowo „informatyka”. Wyniki mnie zdumiały – na 37 osób trzy odpowiedziały, że przychodzenie z psem do pracy jest dopuszczalne, jedna osoba nie miała zdania, reszta odpowiedziała, że jest to niedopuszczalne, przy czym kilka osób dodało od siebie, że „absolutnie niedopuszczalne”.
No tak, ale, wracając do Szwajcarii, Niemiec, Wielkiej Brytanii i innych krajów Starego Zachodu, w żadnym z nich nie widziałem psa na łańcuchu. Status psa na łańcuchu jest inny niż status psa na smyczy. Ten drugi jest psim arystokratą (choć może i często bywa zwykłym wielorasowym kundlem), jest czysty, wyszczotkowany, dobrze wychowany. Nikogo nie ugryzie – gdyby się to zdarzyło, właściciel straciłby majątek! – jest przyjazny i nawet nie szczeka (psa można szczekania oduczyć!).
A nasz psi plebejusz łańcuchowy? Bywa często naładowany agresją (dziwić mu się trudno), jest brudny i śmierdzi nawet bardziej niż jego właściciel. No i najważniejsze – jego miejsce jest na podwórku, często brudnym, przy budzie i na łańcuchu a nie przy swoim ludzkim przyjacielu, bo takiego przyjaciela nie ma.
Przyjaciela? Dla wielu ludzi w Polsce ten typ związku emocjonalnego człowieka ze zwierzęciem wciąż jeszcze jest czymś nienormalnym, dziwacznym, wynaturzonym. Większości chłopów i posłów PSL-u do głowy nie przyjdzie, że pies może za mną tęsknić, gdy na dłużej z domu wyjadę, a już za aberrację uzna, gdy się dowie, że przy dłuższym rozstaniu ja też tęsknię za moim psem. Dla wielu ludzi w Polsce pies jest „żyjącym przedmiotem”. Można go nawet lubić, jak się lubi buty czy markę samochodu, ale jakakolwiek głębsza relacja uczuciowa jest dziwactwem.
Czy mogę się więc dziwić wynikom mego sondażu? Przecież respondentami byli studenci, w większości dzieci chłopskie. Na ich opinię zapracowała z jednej strony tradycja rodzinna instrumentalnego traktowania każdego zwierzęcia, nawet krowy-żywicielki; z drugiej doświadczenie, bo na podwórkach ich rodziców i sąsiadów wciąż trzymane są brudne i agresywne psy, których zadaniem jest szczekać, gdy pojawi się obcy; i wreszcie ich katolickość, bo zwierzę wszak nie ma duszy! Był co prawda w panteonie świętych święty Franciszek, ale – o czym się dzisiaj już nie pamięta - przez współczesnych mu hierarchów instytucjonalnego Kościoła był traktowany nie lepiej niż dzisiaj przez większość naszych hierarchów traktowany jest biskup Pieronek.
Jeśli faktycznie ktoś pracuje samotnie w pokoju, naprawdę nie widzę przeciwwskazań. Powinniśmy to rozszerzyć do wszelkich "spokojnych" pupilów. Uważam, że odpowiedzi typu "nie" nie
Bywałem ze swym psem w restauracjach w Polsce i miałem do wyboru: albo zjeść sam albo wyjść
porusza Pan najcieńsze struny wrażliwości ludzkiej. Cywilizacyjny problem psa i konia w Polsce nie ogranicza się bowiem tylko do kwestii akceptacji czy nieakceptacji, rozumienia czy nierozumienia, a wreszcie empatii czy jej braku. Problem, z którym borykamy się w naszym kraju, to problem fali okrucieństwa skierowanej przeciwko mniejszym braciom. Siwa kobyłka, której kopyta "koryguje się" za pomocą
przeczytałem wreszcie Twój felieton, jak zwykle świetny, o zwierzęcych kryteriach cywilizacji. Z treścią zgadzam sie do tego stopnia, że chętnie bym sie pod nim podpisał gdyby nie bijąca w oczy niedoróbka - pominiecie kota. A przecież w dziejach cywilizacji rolę kota trudno przecenić. Cieszył sie on szczególnym uznaniem w cywilizacjach antycznych (Persja i Egipt są nie do
dziękuję za ten felieton...
Marzy mi się życie w czasach kiedy zwierzęta będę traktowane z szacunkiem i miłością a nie jak Pan to nazwał "żyjące przedmioty"






