i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2012-01-31 18:13:55

Kilka dni temu zamieściłem na fejsbuku komentarz do wypowiedzi pana posła S. Niesiołowskiego: ACTA jest bardzo dobre, popieram, i będę głosował za ACTA natychmiast, jak tylko pojawi się w parlamencie. Ci młodzi ludzie nic nie rozumieją – mówił w Radio ZET Stefan Niesiołowski. Wydaje się jednak, że to Pan poseł Niesiołowski nic nie rozumie. ACTA to pretekst, młodzież protestuje przeciwko światu urządzonemu przez pokolenie Pana Posła. Świata pozornej demokracji, kłamstwa, niesprawiedliwości, często braku perspektyw. Dla młodych ludzi internet jest wolnym światem, jest niemal całym światem i dlatego protestują przeciwko najmniejszemu zagrożeniu. Nie ufają rządzącym. Czy słusznie? To retoryczne pytanie.
Po kilku dniach co raz więcej komentatorów jest skłonnych zgodzić się z hipoteza, że w proteście przeciwko ACTA chodzi o coś więcej. W Polsce dorosło pokolenie, które urodziło się już po stanie wojennym, po „okrągłym stole”, w okresie transformacji. Świata, w którym żyją nie porównują do czasów PRL, jak starsze pokolenie, którego część w III RP potrafiła się urządzić i ta druga, tęskniąca za minionym ustrojem, której się to z różnych względów nie udało. Młode pokolenie ocenia polską rzeczywistość przez pryzmat sytuacji w innych krajach, tych najbogatszych, które znają coraz lepiej i marzeń o lepszym, sprawiedliwszym świecie. Z tych marzycieli rekrutuje się ruch „oburzonych” i „obrońców wolnego internetu”. Internet dla ludzi młodego pokolenia jest krainą wolności, której w realu jest co raz mniej. Kolejne ograniczenia narzuca państwo, szkoła, kościół i pracodawca, toteż trudno się dziwić, że protestują w obronie tej „krainy wolności”. Rządzący nie umieją rozmawiać nie tylko z młodzieżą, ale w ogóle ze społeczeństwem, wypowiedź Stefana Niesiołowskiego nie jest wyjątkiem. Elity rządzące Polską są zapatrzone w historię, swojej legitymizacji poszukują nie w sprawnym i sprawiedliwym rządzeniu, ale głównie w „pięknej opozycyjnej przeszłości”, która im przeszkodziła w zdobyciu odpowiednich kwalifikacji. Rządzący w społecznym dyskursie odwołują się do przebrzmiałych wartości i odwiecznych fobii. To nie jest język zrozumiały dla internetowego pokolenia uczulonego na fałsz, kłamstwo, hipokryzję, które to cechy są charakterystyczne dla większości przedstawicieli tzw. „klasy politycznej”. Brak komunikacji między „starymi” i „młodymi” zwielokrotnia zadufanie rządzących, którzy są przekonani, że „wiedzą najlepiej”.
Ale ACTA to nie tylko zagrożenie internetu, to umowa mająca przede wszystkim chronić oficjalny obieg kapitalizmu i interesy korporacji. Podobnie jak próby ograniczenia wolności w internecie nie przyniosą spodziewanych rezultatów także w innych dziedzinach, ponieważ zwalczanie paralelnej gospodarki nie zda się na nic bo w warunkach globalizacji jest to anachronizm.
Wielkie firmy farmaceutyczne bronią swoich patentów, a więc zysków kosztem setek milionów ludzi na świecie, którzy mają ograniczony dostęp do lekarstw lub nie mają go w ogóle. Czyż nie jest to działanie na szkodę ludzkości? Argument zwolenników ochrony patentowej jest znany, powtarza go w jednym z ostatnich numerów „Gazety Wyborczej” – Witold Gadomski. Leki muszą być chronione patentami bo firmy farmaceutyczne prowadzą kosztowne badania i dzięki temu mamy postęp w medycynie. A dlaczego kosztów badań nie mogą ponosić państwa, które wydają biliony dolarów na zbrojenia i tylko drobna część tych wydatków rozwiązałaby problem produkcji powszechnie dostępnych lekarstw. Koszt takiej militarnej „zabawki” jak np. samolot Lockheed F-35 to 123 miliony dolarów, a produkuje się ich setki.
Kolejnym obszarem zainteresowania ACTA są podróbki towarów konsumpcyjnych. Wyroby firmowe cechuje bardzo duża wartość dodana w procesie dystrybucji. Oto przykład butów do koszykówki „Nike” ich cena w sklepie wynosi ok. 70 € podczas gdy wytwórca otrzymuje tylko 3 z 15 ogólnych kosztów produkcyjnych (surowiec, amortyzacja maszyn itd.), koszt transportu do odbiorcy w krajach rozwijających się wynosi 2 euro, koszty promocji ok. 17 euro razem 35 euro. Podrobione buty tej firmy dostępne na bazarach świata kosztują kilkanaście euro. Średnio zarabiający mieszkaniec bogatego Zachodu nie kupi bazarowej podróbki, bo takie buty są na ogół nie wygodne i rozlatują się w krótkim czasie. Wyroby te kupują biedni tego świata, którzy na chwilę czują się lepiej w butach z „firmową naklejką”. Są to więc dwa wzajemnie nie konkurencyjne, równoległe rynki. Podobnie jest z innymi firmowymi wyrobami, które kosztują drogo, ponieważ konsument płaci za prestiż, ale także za jakość. Producenci markowych wyrobów twierdzą, że podróbki psują im image, ale nie jest to prawda bo łatwo jest odróżnić kopię od oryginału.
W przypadku butów i odzieży oryginał od podróbki różni się jakością, ale jest wiele produktów luksusowych, kiedy różnicy w ogóle nie ma. Na rynku jest wiele zegarków sprzedawanych pod własną marką jubilera np. firmy „Cartier”. Zegarek oryginalny „Blue Ballon” kosztuje w internecie 3990 euro, a u ulicznego sprzedawcy w Maroku 50 euro. Oba kwarcowe czasomierze mają identyczny mechanizm, który kosztuje kilka no może kilkanaście euro i są dokładnie takie same. Reszta ceny to tylko marka. W tym przypadku jest to rzeczywiście konkurencja.
Wracajmy do internetu gdzie przedmiotem „piractwa” są filmy i muzyka popularna. Internauci wymieniają się tymi obrazami i utworami muzycznymi, które ktoś do sieci wprowadza. Jeżeli w internecie można zobaczyć film, którego premiera się jeszcze nie odbyła, to nie internauci go wrzucili do sieci, ale nieuczciwy pracownik wytwórni filmowej. Jeżeli firmy fonograficzne narzekają na „piratów” to dlaczego nie zabezpieczają płyt przed kopiowaniem jak np. „Microsoft” swoje programy? To tak jakby ktoś zostawił otwarte mieszkanie, a potem narzekał, że go okradziono. Wytwórniom płytowym nie opłaca się stosować kosztownych zabezpieczeń, a poza tym nie są tym zainteresowane, bo utwory krążąc w sieci robią darmową reklamę wytwórniom i artystom. Badania wykazują, że ci co dużo ściągają z internetu kupują więcej płyt i częściej chodzą na koncerty. Te całe krzyki o „kradzież” są zwykłą hipokryzją.
Internet obroni się w końcu przed reglamentacją, bo taka jest jego natura. Niestety nie wszyscy to potrafią zrozumieć. Obecne podejście do „własności intelektualnej” i praw autorskich jest anachroniczne, nie przystaje do nowych środków komunikacji i jest pełne hipokryzji. Pojęcie własności intelektualnej jest wewnętrznie sprzeczne. Intelekt nie jest przedmiotem, są to cechy jednostkowe danego człowieka. Przedmiotem własności mogą być ewentualnie wytwory intelektu: książki, kompozycje, muzyczne, wynalazki itd. Poszczególne wytwory mają na rynku różne ceny. Wytwór intelektualny w postaci powieści kryminalnej, która sprzedaje się w setkach tysięcy egzemplarzy ma zupełnie inną cenę niż książka naukowa, która rozchodzi się w kilkuset egzemplarzach. Książka naukowa może mieć dużą wartość, ale cenę ujemną ponieważ autor nie tylko, że nie otrzymuje za nią honorarium, co w Polsce jest obecnie regułą, ale ponadto musi znaleźć sponsora żeby opłacić wydawcę. A zatem autor prac naukowych jest „wywłaszczony intelektualnie” przez rynek, natomiast mógłby zostać „uwłaszczony” gdyby ktoś wrzucił jego prace do sieci.
Wielką siłą internetu jest względna niezależność od rynku i egalitarny dostęp do krążących w sieci treści, obrazów i utworów muzycznych. Tego nie mogą znieść agenci światowego kapitalizmu i pozostające na ich usługach rządy. ACTA w końcu nie przejdzie i przyjdzie czas kiedy zasoby internetu będą własnością wszystkich, bez żadnych ograniczeń autorskimi prawami.






