i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2011-02-02 10:42:19

Karierę medialną w ostatnich dniach roku 2010 zrobił wywiad przeprowadzony w TVN24 z Marcinem Dubienieckim (lat 30), prywatnie małżonkiem Marty Kaczyńskiej. Mówiąc ściślej, karierę zrobiło jedno zdanie, w którym ten młody prawnik zapowiada możliwość zwrócenia się do prokuratury o zbadanie czy katastrofa smoleńska nie była zamachem na życie Prezydenta RP. Prócz tego pan Dubieniecki nie miał nic ciekawego do powiedzenia, czemu dziwić się trudno. Natomiast inkryminowana zapowiedź na szczególną uwagę też nie zasługuje, chyba jako świadectwo mizernej wiedzy prawniczej pana mecenasa oraz jego braku orientacji w materii sprawy, o której się wypowiada (wątek zamachu był już przez prokuraturę badany). Mimo to, przyznaję, z dużą uwagą słuchałem wywiadu i przyglądałem się temu młodemu człowiekowi. Od razu bowiem nasunęło mi się porównanie z innym młodym człowiekiem swego czasu przesłuchiwanym przez sejmową komisję badającą tzw. aferę hazardową, Marcinem Rosołem (lat 31). Ten ostatni był szefem gabinetu byłego ministra sportu w gabinecie premiera Tuska. Oni obaj zaś przypomnieli mi o… Ale o tym później.
Pierwszy jest postacią medialnie „zagospodarowaną”. Aferę z wnioskiem o ułaskawienie przez teścia, za którą kancelaria pana mecenasa wzięła 10-krotność kwoty uznaną przez innych adwokatów za dopuszczalną opisywały media i była rozpatrywana przez Radę Adwokacką z wynikiem, którego nie znam, co jednak dla problemu, który nas zajmuje, znaczenia nie ma. O jego konflikcie z posłanką Szczypińską także informowały media, publikując przy okazji list mecenasa do Naczelnej Pielęgniarki IV Rzeczpospolitej, skądinąd ujawniający, że pan mecenas z polszczyzną ma duże kłopoty. W nowym roku 2011 zaktywizował się jako kandydat do kariery politycznej u stryja swojej małżonki, eksploatując paranoiczny wątek rosyjskiego zamachu.
O drugim z naszych bohaterów w zasadzie niewiele wiadomo, chociaż przy okazji jego zeznań przed komisją sejmową, zresztą wyjątkowo aroganckich, ujawniony został szczegół, który mnie zastanowił. Otóż w jakiejś tam sprawie pan Rosół protegował Sobiesława Zasadę. Protekcja jak protekcja – nic wielkiego, do kogoś z wielkich telefonował, aby ten zgodził się wpuścić do gabinetu Sobiesława Zasadę. Rzeczywiście nic niezwykłego. Czy nie zdarza się nam, że telefonujemy do znajomego z prośbą – Franku (Zdzichu, Rychu itp.) przyjmij "X-a", ma do ciebie interes? Nic zdrożnego, nic dziwnego. Ale jednak nie w tym przypadku. Zdajmy sobie sprawę z absurdalności sytuacji wywołanej przez asymetrię nazwisk. Nazwisko Zasady jest znane, jeśli nie wszystkim Polakom, to większości i jeszcze wielu ludziom w Europie i na świecie. A kto zna nazwisko Rosoła? No kto? Nazwisko Zasady – zdawałoby się – powinno otwierać wszystkie drzwi w Polsce, nawet przed jakimś Rosołem. Sytuacja jednak, w której jakiś Rosół telefonuje do dygnitarza III Rzeczpospolitej, aby ten przyjął na rozmowę Sobiesława Zasadę jest tak absurdalna, że aż warta zastanowienia. W czasach PRL sytuacja taka byłaby nie do pomyślenia z kilku zresztą powodów. Zasygnalizujmy je, choć każdy wart byłby głębszej analizy.
***
W ZSRR ostatni przed rozpadem imperium przewodniczący Komsomołu miał lat 55. Rzeczywiście w czasach breżniewowskiej gerontokracji był, jeśli nie młodzieńcem, to młodzieżowcem. W Polsce, zinstytucjonalizowana młodzież była mniej zgerontyczniała, ale jednak. W gabinetach, a nawet w korytarzach poważnych instytucji, zasiadały osoby dostojne posturą i wiekiem.
Transformacja pod tym względem przyniosła zmiany rewolucyjne. Odwołując się do pojęć wprowadzonych przez Margaret Mead, nagle przeszliśmy z kultury postfiguratywnej w prefiguratywną. W tej pierwszej cenione jest przede wszystkim doświadczenie zdobywane z wiekiem, w tej drugiej kulturze cenione jest wykształcenie wzmacniane zdolnościami adaptacyjnymi, elastyczność wolna od rutyny, a więc te cechy, które charakteryzują ludzi młodych. W świecie karier fundowanych na wysłudze lat, na zasługach, siwe włosy były rekomendacją. W tym świecie pisało się życiorysy, obowiązkowo własnoręcznie, w stylu osobistej narracji, co było o tyle uzasadnione, że życiorysowa fabuła dokumentować miała przeszłość, to, co człowiek miał za sobą. W dzisiejszym świecie błyskotliwych karier życiorysów się już nie pisze. CV to nie życiorys, ale oferta. Kariera budowana jest nie na zasługach, ale na obietnicach, fundowana jest nie na przeszłości, ale na przyszłości, na perspektywie, nie na I did, ale I can. Życiorys miał fabułę, CV jej nie ma.
Rewolucja młodości dokonywała się w Polsce dwiema drogami i na dwóch polach. W gospodarce rynek, wprowadzając autentyczną konkurencję, bez której nie ma przecież rynku, przyniósł kariery ludzi młodych, przedsiębiorczych, którzy lepiej radzili sobie w nowych warunkach. Dla rynku w zasadzie nie ma znaczenia czy ktoś jest młody, czy stary, kogo zna a kogo nie zna, jakie ma poglądy i kto jest jego teściem. Jedni zrobili rynkowe kariery dlatego, że weszli w nową rzeczywistość dysponując wykształceniem, znajomością języków, odwagą, kreatywnością, inni niedostatek wykształcenia nadrabiali brakiem kompleksów, determinacją, psychiczną odpornością, rynkową smykałką. W pierwszej fazie transformacji to drugie liczyło się szczególnie, dlatego warstwa polskich przedsiębiorców w pierwszych latach transformacji składała się w przeważającej mierze z wczorajszych robotników.
Młodość ekspandowała także na scenie politycznej. O ile jednak w sferze gospodarczej liczyły się realne efekty, w polityce efekty się już nie liczyły, liczyły się inne walory. Oczywiście w karierach biznesowych także procentowały układy, znajomości, dojścia, koneksje. Właśnie dlatego między innymi kariery biznesowe robili przedstawiciele dawnej nomenklatury. Ale te składniki PRL-owskich „brudnych wspólnot” odgrywały mimo wszystko rolę wtórną, kształtowały zaplecze biznesu nie stanowiąc jego istoty. Ktoś, kto nie dysponował walorami wykształcenia, zdolności, inicjatywy, czyli kapitałem korzystnych cech osobowych czy choćby dobrego pomysłu, na samych znajomościach daleko zajechać nie mógł. Inaczej na scenie politycznej. Tu liczyły się przede wszystkim układy, znajomości i inne koneksje – cechy osobowe nie były rzecz jasna bez znaczenia, liczył się brak kompleksów, tupet, liczyła się otwartość i komunikatywność, ale już wykształcenie, wiedza, zdolności intelektualne były drugorzędne. Paradoksalnie, procentował często cynizm, brak zasad i przekonań. Dlatego tak wielu ludzi z dawnej opozycji, a więc politycznie zaangażowanych w czasach PRL-u, w nowej rzeczywistości nie znalazło sobie miejsca na politycznej scenie. Odpowiedź na pytanie dlaczego, nie jest prosta. Na pewno trzeba byłoby uwzględnić w niej fakt odmiennych predyspozycji do działania w opozycji i w warunkach demokratycznej sceny politycznej. Rewolucjoniści rzadko kiedy sprawdzają się w działalności konstruktywnej. Ale w wielu przypadkach po prostu dlatego, że byli zbyt uczciwi, będąc wierni przekonaniom odwołującym się do wartości, zatracali zdolność do kompromisów.
Powróćmy jednak do – wymienionych na wstępie – dwóch bohaterów naszego dramatu: młodych ludzi zaangażowanych w karierę polityczną. Nie ma znaczenia, że jeden (Rosół) karierę tę prawdopodobnie już zmarnował; drugi zaś (Dubieniecki) karierę tę prawdopodobnie zmarnuje później, bo ją dopiero zaczyna. Wszak oni są jedynie obiektami ilustrującymi problem.
***
Polska scena polityczna zabudowana została przede wszystkim przez partie polityczne różniące się życiorysami a nie ideologiami. Jest w tym pewne uproszczenie, ale nie aż tak istotne, aby tezę tę można było odrzucić. Od początku transformacji do wyborów 2007 roku polska scena polityczna dzieliła się przede wszystkim na segment postsolidarnościowy i postkomunistyczny. W dużej mierze Kaczyńskim i PIS-owi zawdzięczamy dezaktualizację tego podziału mimo, że wątek antykomunizmu uzasadniający kombatancką aktualność owego podziału eksploatowali oni w różnych okresach ze szczególną zawziętością. Ale młodzi ludzie, którzy na scenę polityczną wchodzą, nie mając jeszcze życiorysów, mogliby się dzielić według przekonań. Tylko, że nie ma dla nich „oferty aksjologicznej”. Podział według życiorysów dość szybko przestał pokrywać się z podziałem według przekonań. Nie przeszkadza to tym, którzy – jak nasi przykładowi Sokół czy Dubieniecki – przekonań prawdopodobnie nie mają, natomiast mają silnie rozwinięte poczucie interesów. Co do Sokoła jest to przypuszczenie, w odniesieniu do Dubienieckiego jest to opinia, w zasadzie potwierdzona empirycznie.
A więc dzisiejsze młode pokolenie Polaków, jeśli chce realizować się na scenie politycznej, ma do swej dyspozycji jedynie ścieżkę kariery oportunistycznej, wolnej od aksjologicznych zobowiązań i ograniczeń. Teza ta obarczona jest zapewne skazą przerysowania, ale sądzę, że są podstawy, aby ją zgłosić. Próba jej weryfikacji wymaga cofnięcia się w czasie.
***
W powszechnej, potocznej opinii, partyjność w czasach PRL-u wiązała się bezwyjątkowo z oportunizmem. PZPR skupiał w swych szeregach wyłącznie cynicznych karierowiczów. Pogląd ten, w pewnych kręgach przyjmowany za aksjomat, grzeszy grubym uproszczeniem. Wbrew pozorom motywacje przynależności do partii były – nawet w ostatnich latach PRL – bardziej urozmaicone. Niemało członków PZPR nosiło legitymacje w kieszeni, ponieważ dawała im ona możliwości skutecznego działania, które wykraczało poza budowanie własnej, osobistej kariery. Czy dyrektor fabryki, któremu zależało na prosperowaniu przedsiębiorstwa troszczył się o własną karierę? Zapewne tak, ale czy tylko? Czy inżynier – konstruktor, któremu zależało, aby jego wynalazki mogły być wdrażane do produkcji pilnował swego interesu? Zapewne tak, ale czy tylko? A pisarz, aktor, rektor wyższej uczelni?
PZPR już od lat siedemdziesiątych był bardziej związkiem zawodowym nomenklatury niż partią polityczną żądającą od swoich członków wierności ideowym przekonaniom. Ponieważ przynależność partyjna nie wiązała się w ostatnich latach już z żadnymi aksjologicznymi serwitutami, więc akces stawał się dla wielu decyzją pozbawioną znaczenia. W imię czego poświęcać wartości realne i konkretne, którymi są społeczny pożytek i osobisty zysk, jeśli nikt żadnej ceny nie żąda? W imię pustych gestów? W końcu lat osiemdziesiątych prowadziłem badania, które opierały się o wywiady z dyrektorami państwowych przedsiębiorstw1. Argumentacja przedstawiona wcześniej dość wiernie odwzorowuje świadomość ówczesnej nomenklatury, na wszelki wypadek uprzedzam – to nie jest moja opinia, ale moich ówczesnych rozmówców. Ci ludzie byli liberałami bardziej konsekwentnymi i zdeklarowanymi niż Bielecki – liberał wczoraj, etatysta dzisiaj. Był to – jeśli można go tak określić – liberalizm praktyczny zdrowo podszyty oportunizmem.
Jest jednak różnica między oportunizmem wczorajszym, PRL-owskim, a dzisiejszym. Wczorajszy oportunizm był motywowany, uzasadniany a często także w konsekwencji usprawiedliwiany przez cele, którym służył. Była w tym hipokryzja? Zapewne w wielu przypadkach, ale nie zawsze, a nawet w tych, które wynikały z hipokryzji, mimo wszystko warto uwzględniać, że hipokryzja jest często hołdem oddawanym cnocie. Ponadto, tylko z pozoru stwierdzenie to skrywa zasadę, że cel uświęca środki. Zasada cel uświęca środki w gruncie rzeczy stoi w sprzeczności z postawą pragmatycznej, celowościowo moralnej racjonalizacji. Zawiera ona w sobie przynajmniej element kalkulacji: co jest mniejszym złem, co może być większym dobrem. Zasada cel uświęca środki, eliminując potrzebę a nawet możliwość moralnej kalkulacji, a więc moralnego wyboru (który jest wszak istotą każdej moralności) jest czystym, absolutnym , bezwzględnym amoralizmem. W tym znaczeniu dzisiejszy oportunizm jest bardziej amoralny niż oportunizm wczorajszy. Dzisiejszy nie wiąże się z wyborem i moralną kwalifikacją celów - jest bezwzględnym oportunizmem, bo człowiek wolny nie uzyskuje rozgrzeszenia, ani nie może liczyć na okoliczności łagodzące jeśli wybiera zło. Zło wybierane w warunkach wolności nie ma usprawiedliwienia. Oportunizm wczorajszy wymagał kalkulacji, wyboru między tym, co jest złem koniecznym, z którym trzeba, lub można się pogodzić, a tym, co jest dobrem możliwym, które, nawet płacąc określoną cenę, chce się, lub nawet powinno się osiągnąć.
Cynizm Rosoła czy Dubienieckiego nie może być rozgrzeszony. Ich wybory nie były konsekwencją żadnych konieczności, obiektywnych czy subiektywnych, nie były i nie byłyby opłacone żadnymi konsekwencjami, nie wymagały i nie wymagałyby wyborów heroicznych czy choćby tylko odważnych.
***
Rosół i Dubieniecki wzbudzili moje zainteresowanie z racji ich uderzającego podobieństwa do „pokolenia z ulicy Smolnej”.
Przy ulicy Nowy Świat, róg Smolnej, vis-a-vis gmachu KC PZPR (co nie jest pozbawione symbolicznego znaczenia), mieścił się do ostatnich lat PRL-u, również centralny, komitet komunistycznych związków młodzieżowych - konkretnie Krajowa Rada ZSMP w Warszawie. Przed wejściem był pomnik powstańca - komunistyczna pieta dłuta rzeźbiarza, który swego czasu wytoczył mi proces o zniesławienie, przegrany z kretesem, co wspominam z pewną satysfakcją, chociaż sam pomnik nie jest najgorszy – na pewno lepszy niż pomniki autorstwa Koniecznego, który najpierw ubarwiał Polskę pomnikami czynów rewolucyjnych (m.in. w Rzeszowie) a po transformacji zaśmiecał (niestety jeszcze bardziej kiczowatymi) pomnikami Jana Pawła II.
Sprawa pomnika jest dygresją niepozbawioną jednak znaczenia. Pomnik powstańca, zlokalizowany przed bramą posesji budynku przy ulicy Smolnej, symbolizować miał zdolność do ponoszenia ofiar, w tym ofiary najwyższej, w imię wartości niekomunistycznych zresztą, ale narodowych, patriotycznych. Symbolika wyjątkowo przewrotna. Smolna 40 symbolizowała nowy świat pozbawiony całkowicie wartości (wszelkich zresztą). Organizacje młodzieżowe w ostatniej dekadzie PRL-u skupiały młodych ludzi zdecydowanie cynicznych, pragmatycznych, bezideowych i – właśnie – oportunistycznych. Działacze centralnego szczebla SZMP urzędujący w budynku przy ulicy Smolnej 40 byli elitą – jeszcze w latach PRL-u - postkomunistycznej części pokolenia. Działacze ci byli nieźle wykształceni, średnio inteligentni i zdolni (zdolniejsi robili kariery gdzie indziej!), całkowicie bezideowi, cyniczni i konformistyczni. Liczyła się dla nich przede wszystkim osobista kariera, wybierali polityczną bo na inną nie było ich stać.
Liderem, idolem, wzorem tego „pokolenia” był Aleksander Kwaśniewski. Wyrósł on zdecydowanie ponad poziom tego pokolenia, niemniej jest i chyba pozostanie jego reprezentantem.
***
Dzisiejszym „pokoleniem z ulicy Smolnej” są niestety młodzieżówki aktualnych partii politycznych. Ci młodzi ludzie mają szanse robienia karier społecznych, naukowych, biznesowych bez porównania większe, niż ich odpowiednicy w czasach PRL-u. Zdecydowali się na kariery polityczne. Niesprawiedliwością byłoby sądzić, że ich wybór zawsze i w każdym przypadku jest wyborem cynicznym. Przyjmijmy, że niektórzy rzeczywiście mają temperament społeczników i chcą działać na politycznej scenie dla wspólnego dobra. Ale istniejące dziś w Polsce partie polityczne nie przedstawiają im żadnej aksjologicznej oferty. W rezultacie wybór drogi sprowadza się do tego, która łatwiejsza i szybsza. Można wybrać PO albo SLD, albo PSL. Paradoksalnie, wybór PIS-u wymaga jednak jakichś preferencji ideowych, ponieważ wiąże się z przełamaniem bariery wstydu, bo taki wybór to jednak obciach. Chyba, że… Dubieniecki wybierał SLD równocześnie z PIS-em. Były to jednak wybory rodzinne a nie ideowe.
1 Badania te zainicjował profesor Kazimierz Z. Sowa z UJ a uczestniczyła w nich także profesor Elżbieta Firlit z SGH.
Właściwie, co skłania uczniów i studentów do angażowania się w działalność partii politycznych, nastawianie się na karierę polityczną? Czy są jakieś wspólne
Wracając do czasów i realiów






