i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2010-02-11 09:12:36

Rok 2009 był rokiem swoistego przełomu dla sektora uczelni niepublicznych. Dla potrzeb tego tekstu proszę mi pozwolić używać nazwy uczelni niepaństwowych – po pierwsze, dlatego, że nie lubię nazwy „niepubliczne”, bo ona nie oddaje istoty rzeczy, a resztę wytłumaczy treść artykułu. Całkowicie pomijam wstęp o sukcesie lat 90-tych, jakim było utworzenie sektora uczelni niepaństwowych, o setkach tysięcy wykształconych absolwentów, itd., to już było, to już historia.
Od dawna było wiadomo, że na przełomie lat dwutysięcznych dziesiątych zacznie w sposób zauważalny spadać w Polsce liczba 19-latków, a więc także maturzystów gotowych podjąć studia. Liczba osób starszych, które wcześniej nie zaczęły studiować, a obecnie chciałyby rozpocząć lub uzupełnić studia stopniowo się wyczerpuje. Tak, więc nie trzeba było wielkiego przygotowania statystycznego, aby wiedzieć, że kandydatów na studia dla wszystkich polskich uczelni i dla wszystkich istniejących kierunków zacznie brakować, a kryzys rekrutacyjny najwcześniej dotknie uczelnie niepaństwowe i częściowo publiczne na studiach niestacjonarnych.
Sektor polskich uczelni niepaństwowych jest bardzo niejednorodny – obok uczelni tworzonych z powodów misyjnych (według mnie kilkudziesięciu), są znacznie bardziej liczne dwie przenikające się wzajemnie grupy uczelni – nazwane przeze mnie „spółdzielniami profesorskimi” oraz grupa uczelni tworzona z wyraźnych pobudek (inspiracji) biznesowych. „Spółdzielnie profesorskie” to uczelnie powstałe w odpowiedzi na boom edukacyjny lat 90-tych XX wieku, zakładane na okres boomu, przez kilka osób ze środowiska akademickiego, bez własnej trwałej infrastruktury, działające na wynajętych obiektach, pomieszczeniach. Takie uczelnie znikną bezboleśnie w miarę jak liczba rekrutowanych kandydatów na studia spadnie tak, że koszty działalności przekroczą wpływy. Niestety duża grupa uczelni była zakładana wyraźnie z innych pobudek niż realizacja misji kształcenia studentów – świadczą o tym fakty – niska liczba studentów studiujących w wielu uczelniach tak mała, że wpływy z czesnego od tych studentów nie mogą pokryć kosztów przyzwoicie prowadzonej dydaktyki. Jednak te uczelnie istnieją i wcale nie upadają – widocznie są potrzebne swoim założycielom do innych celów niż podstawowa działalność statutowa. To ta grupa uczelni – kompletnie dla nas nieznana – ich rektorzy, założyciele nie pojawiają się na żadnych spotkaniach środowiskowych – jest źródłem złych opinii o wszystkich uczelniach niepaństwowych, o niskiej jakości studiów, o sprzedawaniu dyplomów itd. Powiedzmy sobie szczerze – przy absolutnie pasywnej i neutralnej postawie Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego i niestety zbyt formalistycznych działaniach, a nie badaniu jakości Państwowej Komisji Akredytacyjnej.
Jest „nas” – uczelni niepaństwowych – za dużo – to fakt, z drugiej strony to świadectwo przedsiębiorczości Polaków oraz liberalnych przepisów i niskich barier wejścia na rynek.
Z danych demograficznych wynika jasno, że za lat 10 praktycznie wszyscy maturzyści kończący szkoły średnie w danym roku „zmieszczą” się na studiach stacjonarnych w uczelniach publicznych. Zatem można stwierdzić – w czym problem – uczelnie niepaństwowe spełniły swoje zadanie – wykształciły liczne roczniki wyżu demograficznego i zgodnie z regułami rynkowymi (według których powstały) znikną w następnych latach. Otóż to nie takie proste – przynajmniej z dwóch powodów.
Powód I. W każdym państwie, także w Polsce, część osób podejmujących studia chce je ukończyć i zdobyć dyplom jak najmniejszym wysiłkiem i za jak najniższą cenę – mówiąc wprost – chce kupić dyplom – tą grupę szacuje się różnie, ja ją oceniam na minimum 25-30% ogółu studentów w przypadku, gdy studiuje około 50% populacji każdego rocznika. To dla tych kandydatów na studia zwrócona jest oferta większości szkół wyższych z grupy „biznesowej” sektora niepaństwowego i najgorszych wydziałów uczelni publicznych. Tacy studenci będą istnieć nawet jak populacja studentów spadnie, więc najgorsze uczelnie nadal będą miały licznych kandydatów na studia.
Powód II. W gronie uczelni niepaństwowych istnieje kilkadziesiąt – według mnie minimum 40-ści uczelni tworzonych wyraźnie z pobudek misyjnych. Te uczelnie pobudowały siedziby, wykształciły własną kadrę, prowadzą badania naukowe, współpracują z uczelniami zagranicznymi. Część z nich, w swoich dziedzinach osiągnęła pozycję porównywalną z najlepszymi wydziałami uczelni publicznych a śmiem stwierdzić, że w niektórych przypadkach ich absolwenci nie ustępują poziomem absolwentom renomowanych uczelni klasy światowej. Obecny kryzys rekrutacyjny – co na pierwszy „rzut oka” brzmi zaskakująco – najsilniej uderzył w tę grupę uczelni i to ich byt jest obecnie najsilniej zagrożony. Ta najlepsza część uczelni niepaństwowych konkurowała o kandydatów na studia stacjonarne z uczelniami publicznymi, a te zwiększyły w ostatnich 10 latach liczbę miejsc na nieodpłatnych studiach aż o 75%, co w połączeniu z obniżeniem ogólnej liczby 19-latków oraz licznymi wyjazdami młodych Polaków na studia za granicę po 2004 roku zrobiło swoje (dla przykładu w mojej sądeckiej WSB-NLU na początku lat dwutysięcznych przyjmowaliśmy na studia stacjonarne ponad 500 osób rocznie, teraz zaledwie 200).
Można stwierdzić to nasz problem – nie zgadzam się – uważam, że polskiemu publicznemu szkolnictwu wyższemu rozpaczliwie potrzebna jest konkurencja i to konkurencja jakościowa. Dlatego potrzebne jest zrównanie naszych praw (tzn. sfinansowanie studiów stacjonarnych w naszych uczelniach lub wprowadzenie powszechnej odpłatności) z prawami uczelni publicznych. Inaczej nastąpi regres jakości w uczelniach publicznych – naturalny w sytuacji monopolu. Zachowanie istnienia kilkudziesięciu najlepszych niepaństwowych uczelni w Polsce jest, więc w interesie państwa i w interesie długoterminowym uczelni publicznych.
Na koniec spróbuję wytłumaczyć, dlaczego upieram się przy nazwie uczelnie niepaństwowe. Od kilku miesięcy (my – grupa założycieli i rektorów kilkunastu najbardziej znanych i szanowanych prywatnych uczelni) próbujemy zainteresować problemem przyszłości naszych uczelni przedstawicieli władz państwowych. 15 lipca 2009 roku przyjął nas Premier Donald Tusk. Przedstawiliśmy rzeczywistość, która jest jednoznaczna – jeżeli nie zostaną podjęte istotne działania powodujące równe warunki finansowania studiów stacjonarnych w obu sektorach (zakładając, że rząd PO - PSL nie chce wprowadzić odpłatności za studia) to Platforma Obywatelska będzie odpowiedzialna za upadek w najbliższych kilku latach najlepszych niepaństwowych uczelni. W następstwie tego spotkania Premier powołał 5-osobową Komisję (minister Kudrycka, minister Boni, Minister Rostowski, rektor Budnikowski, rektor Pomianek), która w trybie pilnym miała rozpatrzyć możliwość wprowadzenia częściowego dofinansowania już teraz i opracowania „mapy drogowej” zrównania praw w ciągu kilku lat. Niestety, minęło kilka miesięcy, komisja odbyła 2 spotkania, aktywnie pracuje w niej tylko nasz przedstawiciel – rektor Pomianek, który przedstawił konkretne propozycje pokazując najważniejsze miejsca niegospodarnego użycia środków publicznych, przy ograniczeniu tej niegospodarności można by łatwo sfinansować studia stacjonarne w naszych uczelniach. Sytuacja wygląda tak, że władzy publicznej nie zależy na przetrwaniu naszych uczelni – to dziwne, bo z punktu widzenia interesu państwa, a szczególnie jego przyszłości nie jest istotne kto zakładał uczelnie (w końcu najlepsze polskie uczelnie zakładali car rosyjski i król pruski) tylko czy są dobre i służą dobrze budowaniu przewagi konkurencyjnej państwa. Mamy narastające wrażenie, że dla „naszego” Ministerstwa jesteśmy niepotrzebnym ciężarem, który najlepiej jakby sam znikł. Trudno dzisiaj powiedzieć, co się z naszymi uczelniami stanie – część, zapewne niewielka, mimo wszystko przetrwa i znajdzie dla siebie nisze, część padnie, część prawdopodobnie zostanie przejęta (kupiona) przez branżowe międzynarodowe fundusze inwestycyjne i amerykańskie korporacje edukacyjne, które coraz intensywniej badają nasz rynek (i mogą zbudować w przyszłości istotną konkurencję dla uczelni publicznych). Zapewne pozostaną te najgorsze uczelnie niepubliczne, ale to już nie będzie nasz problem.
Można uznać mój tekst za gorzką emocjonalną reakcję założyciela uczelni, który ma istotne kłopoty. Otóż nie. Ja już jestem po drugiej stronie. Przez ostatnie dwa lata przeprowadziliśmy w uczelni sądeckiej bardzo bolesną restrukturyzację, obniżając koszty stałe roczne o 6,3 mln zł na około 18 mln zł czesnego wnoszonego przez studentów. Różnicujemy źródła przychodów, zmieniamy strategię rozwoju, rozpoczynamy procesy konsolidacyjne. Od października 2009 roku Uczelnia znowu przynosi dochody, które w przyszłości przeznaczymy na realizację celu głównego – budowę uczelni rozpoznanej
w całym świecie w wybranych dziedzinach badań i wdrożeń. Cel główny się nie zmienia to ma być uczelnia nr 1, zmienia się tylko skala działania, już nie tylko Polska, ale cały świat. Zmieniło się tylko jedno - już nie wierzę, że państwo polskie uzna naszą sądecką uczelnię za swoją i stąd użyta w publikacji nazwa uczelni niepaństwowych.
Tekst został opublikowany w Internetowym Tygodniku Polskiej Akademii Umięjętności PAU-za Akademicka, Nr 65, 21 stycznia 2010.






