i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2010-11-09 09:57:43

Wielkie miasta starożytnego świata, ówczesne metropolie zamieszkiwali nie tylko tubylcy, ale także wędrowcy z dalekich nieraz krajów. Populacja ta była zróżnicowana, obok niewolników byli też przybysze z sąsiedztwa i kupcy przemierzający dalekie szlaki. Podobnie było w średniowieczu, gdzie w każdym mieście żyli obok siebie „swoi” i „obcy”. Ci ostatni, mniej lub bardziej tolerowani, byli niezbędni w gospodarce Wenecji, Genui i wielu innych miast. Mieli rzadkie umiejętności, trudnili się obiegiem pieniądza i bankowością, zajmowali się handlem lokalnym i dalekosiężnym. Z tych też względów współżycie tubylców i obcych układało się w zasadzie harmonijnie. Od czasu do czasu występowały jednak ostre konflikty pojawiające się szczególnie w okresie gospodarczych kryzysów. W tej sytuacji władza zawsze szukała „kozła ofiarnego”. Tak było np. w Wenecji w 1515 roku. Pisze Richard Sennet: „mieszkańcy wierzyli, że grozi im cielesne zepsucie, toteż pogardę wobec siebie przenieśli na Żydów. To przeniesienie miało również charakter klasowy. Społeczeństwo weneckie dzieliło się na trzy klasy: arystokrację (nobili), zamożnych mieszczan (cittadini) oraz pospólstwo (populani) (…). Niechęć wobec luksusu szła w parze z niechęcią wobec arystokracji: to niemoralni bogaci próżniacy ściągnęli gniew boży na pracowitą Wenecję (…). Takie nastroje wreszcie doprowadziły do wybuchu. Nastąpił w Wielki Piątek 6 kwietnia 1515 r. (…). Natychmiast zażądano konfiskaty żydowskich majątków, po to, żeby opłacić nową kampanię wojenną, albo wygnania Żydów z Wenecji. Wygnanie jednak nie wchodziło w grę. Nie pozwalał na to interes gospodarczy. Zdaniem jednego z czołowych obywateli, «Żydzi niezbędni są miastu bardziej nawet niż bankierzy, szczególnie temu miastu» (…). Z praktycznej konieczności Wenecjanie znaleźli rozwiązanie przestrzenne, które pozwalało się uporać ze zbrukanymi, acz niezbędnymi ciałami Żydów. «Zamiast banicji – pisze historyk Brian Pullan – wybrano odseparowanie gminy żydowskiej». Czystość ogółowi miała zapewnić izolacja mniejszości. Tak oto po raz pierwszy wyłoniła się jedna z najbardziej typowych cech miasta współczesnego. Odtąd miasto będzie oznaczać prawny, gospodarczy, społeczny twór zbyt duży i zbyt zróżnicowany, żeby zdołał połączyć ludzi. Wspólnota – w sensie żarliwych więzi uczuciowych – będzie wymagać podziału miejskiej przestrzeni. Marzenia o takiej odrębnej wspólnocie Wenecja spełniła dzięki swojej topografii miasta na wodzie”1.
Dzisiaj problematyka obecności mniejszości w metropolii osadzona być musi w jeszcze szerszym kontekście. Nieomal wszystko, co dzieje się w wielkim mieście, stanowi odzwierciedlenie trendów bardziej uniwersalnych (czy też – jak byśmy dzisiaj powiedzieli – globalnych). Z kolei wygenerowane w metropolitalnej przestrzeni ogólne tendencje wpływają zwrotnie na kształtowanie się zasadniczego nurtu kultury. Ta przemiana – szczególnie, gdy badacz skieruje swe zainteresowania w stronę szeroko rozumianej wielkomiejskiej Inności – ma bardzo złożony i niejednoznaczny charakter. Prócz polityki czy ekonomii bardzo istotną rolę w procesie różnicowania się metropolitalnej społeczności odgrywają czynniki czysto kulturowe, ponieważ to właśnie kultura decyduje dzisiaj w przeważającej mierze o funkcjonowaniu i obrazie metropolii. Tak zwane twarde wskaźniki, jak rozwinięta sieć usług, wysoka zabudowa i duże kubatury budynków biurowych czy mediana dochodów są oczywiście bardzo istotne. Nie są to jednak czynniki decydujące. Można wskazać w dalekiej Azji czy Ameryce Południowej wiele miast, które powyższe warunki spełniają, a jednak nic na globalnej mapie ich nie wyróżnia – większość z nas nie zna nawet ich nazw i nigdy nie określilibyśmy ich mianem metropolii. Jej zasadniczą cechą staje się natomiast kultura – rozumiana jako oryginalne wzory współżycia społecznego i generowania rozmaitych wartości i dóbr. Ale również – jako ekspresja różnorodności i nieustającej wzajemnej inspiracji (choć także konfliktów) pomiędzy różnymi grupami obecnymi w metropolitalnej przestrzeni.
Współczesne metropolie i wielkie miasta, szczególnie tzw. „świata zachodniego”, są nie tylko bardziej różnorodne narodowościowo, etnicznie, kulturowo, ale także obcych jest więcej. Są oni niezbędni dla funkcjonowania gospodarki krajów zachodnich, bo ludność rodzima się starzeje, a młodzi nie wykazują ochoty do prac uciążliwych i brudnych. Z jednej więc strony, podobnie jak kiedyś w Wenecji, „obcy” są niezbędni, ale z drugiej strony – najlepiej, gdyby w przestrzeni społecznej byli niewidoczni i nie zabierali „swoim” miejsc pracy, których ci ostatni i tak nie mają zamiaru zajmować.
Postulat niewidoczności staje się elementem polityki państwa. Belgia, Francja, Hiszpania zakazują noszenia niqabów – szat całkowicie zasłaniających ciało kobiet z wyjątkiem oczu. Problemem tym, który we Francji dotyczy ok. 600 osób, zajmował się parlament, prezydent i kilka jeszcze państwowych instytucji. Od lat toczy się we Francji dyskusja na temat noszenia w szkołach przez dziewczyny muzułmanki chust zasłaniających włosy.
Większość kobiet noszących niqab to obywatelki francuskie – nieraz w drugim, trzecim pokoleniu, nie można ich więc deportować. Mogą być, ale powinny być niewidoczne. W Polsce nieliczni muzułmanie nie wyróżniają się strojem, nie są więc przedmiotem ataków, inaczej jest z osobami czarnoskórymi, którzy często spotykają się z agresją słowną lub fizyczną. Być może niedawne zastrzelenie przez policję obywatela Nigerii było przypadkiem, ale może też w stosunku do „czarnucha” łatwiej było wyciągnąć broń. Polacy są nietolerancyjni nie tylko w stosunku do „obcych”, ale także do „innych” np. wobec osób homoseksualnych. Ostatnio „Gazeta Wyborcza” drukowała opis prześladowania w jednej z łódzkich liceów nauczycielki – lesbijki2. „Inni” mogą ostatecznie też być wśród nas, byle byli niewidoczni.
W metropoliach Zachodu wskutek zmian ekonomicznych rośnie liczba bezrobotnej młodzieży, zarówno „swojej”, jak i „obcej” coraz trudniej znaleźć pracę bez odpowiednich kwalifikacji, a tych brakuje, bo publiczny system edukacyjny kształci coraz gorzej. Równocześnie kształtuje się nowa klasa metropolitalna osiągająca wysokie zarobki. Cechuje ją ostentacyjna konsumpcja, brak lokalnego zakorzenienia i kosmopolityzm, a miejscem zamieszkania jej przedstawicieli nie jest Paryż, Londyn, czy Warszawa, ale po prostu metropolia. Żyją więc nie w miejscu, ale, jak pisze Manuel Castells, w „przestrzeni przepływów”. W metropoliach rosną nierówności społeczne i coraz więcej jest ludzi wykluczonych, żyjących w wielkich blokowiskach na marginesie miasta. W tej sytuacji konflikty są nieuniknione i choć często mają one „kostium etniczny”, to w istocie są konfliktami społecznymi.
Niektórzy autorzy formułują hipotezę, że metropolie funkcjonują w trzech prędkościach3. Klasa metropolitalna mieszka w apartamentowcach położonych w odnowionych dzielnicach centralnych, klasa średnia na zielonych przedmieściach, a reszta mieszkańców w blokowiskach wybudowanych w drugiej połowie XX wieku, które powoli zamieniają się w getta. Kategorie te żyją w osobnych światach, a bogaci przypominają sobie o blokowiskach wtedy, kiedy płoną tam samochody biednych podpalane zresztą przez ich własne dzieci.
Globalizacja redukuje i unieważnia przestrzeń, podkreśla zaś znaczenie czasu. Przeciętny Europejczyk z Zachodu, a już z pewnością Amerykanin, wie dobrze, że przestrzeń nie jest obecnie trudną do pokonania barierą, wiedzą o tym także Arabowie, Afrykanie i wielu innych, choć oczywiście na ich drodze do „metropolitalnego raju” istnieją trudne do pokonania przeszkody w postaci kontroli granic. A kiedy już uda im się je sforsować, starają się przetrwać ścigani przez policję i zagrożeni deportacją. Niektórzy mówią nawet o „końcu geografii”. Równocześnie jednak niewiele osób zdaje sobie sprawę, że w spolaryzowanym świecie poszczególne jego części funkcjonują w innym czasie i według kompletnie odmiennych reguł. Powoduje to nie tylko wzajemne niezrozumienie, ale też niechęć, wrogość i nienawiść.
Niezrozumienie stało się np. przyczyną pierwszej wojny trzeciego tysiąclecia, która toczyła się w Kosowie. Europejczycy i Amerykanie walczyli tam w obronie praw człowieka, Serbowie zaś i Albańczycy w obronie praw plemiennych, których korzenie sięgają Średniowiecza. Strony zaangażowane w tym konflikcie funkcjonowały więc w różnym czasie i różna była dla nich stawka, o którą walczyli. Z jednej strony etniczna czystość państwa narodowego, z drugiej zaś prawo jednostki do wolności, która w społeczeństwie plemiennym nic nie znaczy. Dla człowieka Zachodu najważniejszą wartością jest własne i na ogół cudze życie, dla członka plemienia ani własne, ani cudze życie nie ma żadnej wartości w zestawieniu z poczuciem solidarności i swoistym honorem. Z tego dystansu kulturowego wynika całkowite niezrozumienie i w takiej sytuacji jakikolwiek dialog jest bardzo trudny, jeżeli w ogóle możliwy.
O prawach mniejszości, o prawach człowieka, miło się dyskutuje na różnego rodzaju kongresach i w liberalnej prasie. Znacznie gorzej dzieje się na przejściach granicznych i na ulicy, gdzie prawo często dyktuje policja. Odsetek osób czarnoskórych i o ciemnej karnacji legitymowanych na ulicach europejskich miast jest wielokrotnie wyższy niż tych o jasnej skórze.
Mniejszości, jak już wspomniano, spotyka także dyskryminacja ze strony instytucji państwowych. Francja i kilka innych krajów zakazujących obywatelom noszenia określonego stroju, to nie jedyne przykłady. Polskie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji odrzuciło niedawno wniosek o uznanie gwary śląskiej za język regionalny. Jest to kolejny przykład dyskryminacji przez państwo polskie mniejszości żyjących na jego terytorium. W spisie powszechnym z 2002 roku blisko 200 tysięcy osób zadeklarowało narodowość śląską. Państwo polskie nie chciało uznać tego faktu i odwołało się w tej sprawie do Międzynarodowego Trybunału w Strasburgu, który wobec kazuistycznych argumentów prawniczych uznał niestety rację rządu w Warszawie.
A swoją drogą dlaczego organ policyjno-administracyjny decyduje o tym, czy dana gwara jest językiem regionalnym czy też nie jest? W Polsce mniejszości narodowe znajdują się w gestii służb policyjnych, ponieważ w domyśle „obcy” zagrażają „swoim”, podczas gdy należałoby je otoczyć opieką Ministerstwa Kultury, które powinno stać na straży różnorodności.
Państwo polskie nie uznając gwary śląskiej za język regionalny, nie nadając praw mniejszości osobom deklarującym narodowość śląską, nie przestrzega elementarnych praw człowieka. „Tożsamość jest naszą własną prawdą”. Możemy być zarazem Ślązakiem i Polakiem, Kaszubem i Polakiem. Ale państwo odmawia nam prawa do podwójnej identyfikacji, tak jak to było w kwestionariuszu spisowym w 2002 roku i tak ma być w kolejnym spisie. Państwo wymaga jednoznacznej deklaracji, albo uważam się za Polaka, albo za obcego – Ślązaka, Żyda, Kaszubę. Tak więc państwo polskie stosuje praktyki wykluczające. Czy w takich warunkach można się dziwić ulicy, że nie lubi „obcych”?
Warto przyjrzeć się obrazowi kształtowanemu we współczesnych wielkich miastach i metropoliach przez obecność „obcych”. Trzeba w tym miejscu zaznaczyć, że nie chodzi jedynie o przedstawicieli tradycyjnie rozumianych mniejszości etnicznych czy religijnych. Współczesne metropolie pełne są „swoich obcych”, a zatem jednostek i grup społecznych, które są w metropolitalnej przestrzeni u siebie, a jednak nie do końca tak właśnie się czują. Ich rola i znaczenie w przestrzeni miejskiej – w szczególności publicznej – w ostatnim czasie wyraźnie się zmienia i to sprawia, że stają się one widoczne. Ich obecność i funkcjonowanie (już nie tylko „w podziemiu”) zmienia z kolei odbiór metropolii i nieuchronnie wpływa na tworzenie w niej nowych jakości oraz na nasze wartościowanie tego procesu.
Gdy zastanowimy się, kim są ci szeroko pojmowani „obcy”, okazuje się, że prócz reprezentantów innych nacji czy religii we współczesnym wielkim mieście odnajdziemy także nowych metropolitalnych aktorów społecznych. Bez wątpienia uwagę zwracają rozmaici „niepokorni” – muraliści, grafficiarze, uliczni happenerzy, amatorzy gier miejskich i le parkour czy organizatorzy flash-mobów. Kolejną grupę stanowią miejscy nomadowie, przemieszczający się pomiędzy metropoliami. W każdym nowym miejscu pozostawiają ślad, naznaczając w jakiś sposób przestrzeń, a jednak żadnego nie definiują do końca jako własne. W metropolii skutki ich obecności i funkcjonowania są coraz bardziej widoczne, mimo że nomadowie nie budują trwałych więzi z miastem. Do grona szczególnego rodzaju „migrantów” (może nawet „kolonizatorów”) włączyć można również tych, którzy zasiedlają gated communities. Oni także tworzą nową jakość przestrzenną i społeczną w miastach, choć jej ocena pozostaje niejednoznaczna. Pojawienie się tego rodzaju „mniejszości” wywołuje przeważnie reakcję lokalnej społeczności. Choć nie tylko – w dialog z mieszkańcami grodzonych osiedli włączają się również wymieniani już wyżej artyści miejscy, wchodząc w rolę obrońców wspólnej przestrzeni, którą zawłaszczają te późnonowoczesne getta. Poprzez sztukę próbują zwrócić uwagę na problem generowany przez powstawanie gated communities. W ten sposób reprezentanci różnych grup mniejszościowych wchodzą już nie tylko w relacje z większością, ale rozpoczynają również publiczną debatę pomiędzy sobą. Tworzą się rozmaite fronty i alianse, które przedstawicielom określonych grup pozwalają realizować własne interesy wraz z innymi „uciśnionymi” obywatelami metropolii – dopóki jest im razem po drodze.
Przynależność do mniejszości we współczesnej metropolii łączy się również z obalaniem rozmaitych stereotypów i przełamywaniem kulturowego tabu – dotyczy to płci, wieku, orientacji seksualnej etc. Schematycznie postrzegane role społeczne mają swoje przestrzenne odwzorowania, a przedstawiciele mniejszości próbują te granice przekraczać. W ten sposób powstają na przykład „kobiece” mapy metropolii. Pojawiają się też coraz częściej próby reorganizacji przestrzeni przeznaczonych dla dzieci czy przekształcenia natury ogólnej – mające na uwadze bezpieczeństwo i komfort osób starszych lub niepełnosprawnych (kolejnych grup wykluczonych z klasycznych wielkomiejskich obszarów).
Reprezentanci „nowych” mniejszości mieszają się w metropolii z przedstawicielami tych tradycyjnych. Członkowie wszystkich wymienionych tutaj grup w dosłownym rozumieniu obecni są w metropolii od dana. Jednak to właśnie dopiero późna nowoczesność tworzy warunki, w których w metaforycznym sensie „pojawiają się” nagle na ulicach naszych miast i mają coraz większy wpływ na sposób życia w nich. Czy wszystkim się to podoba? Wiele przykładów – zarówno tu przywołanych, jak i znanych nam z codzienności naszych ulic, świadczy o tym, że mieszkańcy metropolii, mimo ciągłego kontaktu z Innością, nierzadko nadal są wrogo usposobieni wobec „obcych”.
Nietolerancja żywi się lękiem. To poczucie lęku wywołuje pragnienie nowej utopii, którą np. proponuje brytyjski architekt George Hazeldon. Tak o tym pisze Zygmunt Bauman: „marzy (on) o mieście innym niż wszystkie, wolnym od widoku złowrogich obcych sylwetek wypełzających chyłkiem z mrocznych zaułków, podejrzanych uliczek i niebezpiecznych dzielnic”4. Byłoby to zatem miasto zamieszkałe przez „samych swoich”, ludzi sytych i bogatych. Ponieważ trudno jest ograniczyć ryzyko globalizacji budując takie miasta, można na razie próbować zabezpieczyć się w skali lokalnej. Próbą takiego zabezpieczenia jest schronienie się w osiedlach „za bramą” dające złudzenie bezpieczeństwa i ochrony przed wrogim „obcym”. W procesie różnicowania powstają nowe miejskie społeczności, których głównym, jeżeli nie jedynym spoiwem jest strach.
1Sennett R. (1996), Ciało i kamień. Człowiek i miasto w cywilizacji Zachodu, Gdańsk: Marabut, ss. 182-183.
2„Gazeta Wyborcza”, 9-20 czerwiec 2010 r.
3Mongin O. (2005): La condition Urbaine. La ville á l’heure de la mondialisation, Paris Seuil, s. 200 i nast.
4Bauman Z. (2006): Płynna nowoczesność, Wydawnictwo Literackie, Kraków, s.141.
Fragment „Metropolie mniejszości. Mniejszości w metropoliach”
Twierdzenie zawarte w tym artykule jest, w mojej ocenie, najdoskonalszą kwintesencją konfliktu kultury Zachodu z niektórymi innymi systemami wartości. Gratuluję Autorom wniosków i podsumowań. Chociaż z częścią się nie zgadzam.






