Społeczeństwo
Bicie piany, czyli reforma nauki i szkolnictwa wyższego
TAGI: Kuchnia intelektualna, Społeczeństwo,
Dodano: 2011-01-04 10:50:27

Mój mistrz prof. Stefan Golachowski zwykł był mawiać, że „nauka klepana po plecach kopie”. W PRL-u nauka była raz bardziej a raz mniej „klepana”. W latach siedemdziesiątych władza głosiła hasło „rewolucji naukowo-technicznej” i dość hojnie podsypywała pieniądze uczonym. Realizowano wtedy trzy typy programów badań naukowych: rządowe, węzłowe i resortowe. W latach osiemdziesiątych brałem udział w jednym z programów węzłowych kierowanych przez prof. Antoniego Kuklińskiego pt. „Rozwój regionalny, rozwój lokalny, samorząd terytorialny” W badaniach tych brało udział przez pięć lat z różną intensywnością ok. 200 osób z kilku polskich ośrodków naukowych: Warszawy, Katowic, Wrocławia, Łodzi, Rzeszowa. Wyniki badań zostały opublikowane w ok. 70 tomach i stanowiły kanon wiedzy otwarcia do transformacji i ustanowienia rzeczywistego samorządu terytorialnego. Dziś o takich programach można tylko pomarzyć. Godnym wspomnienia wyjątkiem ostatnich lat było zlecenie kancelarii premiera dla CBOS, które umożliwiło przeprowadzenie poważnych badań na próbie ogólnopolskiej ok. 30 tys. osób, a ponadto w 8 aglomeracjach miejskich i w 62 jednostkach terytorialnych, gdzie równocześnie zrealizowano badania jakościowe.  Tematem tych wyjątkowych w III Rzeczpospolitej badań było zróżnicowanie warunków życia Polaków1.

Poza tym wyjątkiem wszystkie władze III Rzeczpospolitej nie zniżyły się nawet do „poklepania” nauki, ponieważ systematycznie obniżano nakłady na naukę w PKB, a uczonym rzucano ochłapy w postaci grantów, których wysokość w naukach społecznych w okresie trzyletnim nie przekraczała na ogół 150 tys. zł. za co można było przeprowadzić mały sondaż, trochę wywiadów i kwerendę literatury, a czasem starczało nawet środków na publikację wyników tych badań. To rozproszenie środków na granty indywidualne zamiast ich koncentrowania w poważnych programach doprowadziło do inflacji drobnych prac przyczynkarskich dostarczających wycinkowej wiedzy o zjawiskach społecznych przydatnych głównie samym autorom do zdobywania kolejnych stopni i tytułów.

Ten system finansowania nauki, raczej rzadki w świecie, jest jedną z przyczyn zapaści nauk społecznych i humanistycznych w Polsce. We Francji np. różnego rodzaju instytucje rządowe ogłaszają konkursy na interesujące je tematy oferując adekwatne do stawianych celów środki. Podobnie działa Komisja Europejska w tzw. programach ramowych ogłaszając zapotrzebowanie na określone tematy. Do realizacji tych badań startują w konkursach konsorcja międzynarodowych zespołów badawczych. Być może utworzone Narodowe Centrum Nauki w Krakowie zmieni dotychczasową praktykę, ale jak na razie organizacja tej instytucji pochłonęła tyle środków finansowych, że styczniowy konkurs na granty w 2011 r. został odwołany. Z zapowiedzi jednak wynika, że to uczeni mają zgłaszać problemy do badań, a nie agendy rządowe. Jak z tego widać, nie potrzebują one naukowej wiedzy jako podstawy swojego działania. Wyjątkiem jest tutaj Ministerstwo Rozwoju Regionalnego, które wykorzystuje środki unijne na pomoc techniczną, ale dzieje się to poza polskim systemem finansowania badań naukowych.

Tak więc można się obawiać, że zapowiadana reforma finansowania badań naukowych będzie polegać głównie na powołaniu nowej instytucji i ulokowaniu jej w Krakowie, chociaż trudno zrozumieć dlaczego, skoro te zadania spełniało jakoś Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Nowa instytucja, nowe budynki, biurka, komputery i nowi urzędnicy, a nauka w ten sposób klepana po plecach, odpowiednio się władzom państwowym odwdzięczy. Z kolei w Warszawie powstało Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, a badania to nie nauka? Dwie biurokratyczne instytucje uszczuplą, i tak niezbyt wielkie, środki finansowe na badania naukowe.

Jednym z elementów tzw. reformy są zmiany w parametrycznej ocenie placówek naukowych, a jednym z kryteriów jest liczba prac i miejsce ich opublikowania. Najwyżej punktowane są prace w czasopismach anglojęzycznych, a następnie w polskich, wysoko ocenionych przez Ministerstwo, a wreszcie artykuły w monografiach i pracach zbiorowych. Za tekst w renomowanych polskim czasopiśmie otrzymuje się 9 punktów, a za tekst z tzw. zbiorówce 3 punkty. Tego rodzaju „wycena” jest szkodliwa dla rozwoju nauki, ponieważ teksty publikowane z pracach zbiorowych są na ogół jednolite tematyczne i dany problem omawiają z różnych punktów widzenia. Czytelnik takiego opracowania otrzymuje względnie całościowy ogląd jakiejś sprawy, podczas gdy tekst w wysoko punktowanym czasopiśmie może mieć charakter przyczynkarski i w ogóle nie dotrzeć do zainteresowanego czytelnika, mało kto bowiem czyta wszystkie czasopisma, nawet z jednej dziedziny.

Jednym z pomysłów ostatnich lat jest tzw. „afiliacja” publikowanych prac naukowych, pracownicy, jeżeli pracują w więcej niż jednej uczelni są obowiązani swoje publikacje przypisać pierwszej lub drugiej, a uczelnia otrzymuje odpowiednią liczbę punktów. Jest to praktyka całkowicie absurdalna, bo publikuje człowiek, a nie uczelnia, a publikacje są potwierdzeniem kwalifikacji i zaangażowania pracownika naukowego i te kwalifikacje i zaangażowanie są pożytkiem dla obu uczelni, w których dana osoba pracuje.

Preferowanie języka angielskiego w naukach humanistycznych i społecznych jest absurdalne, ponieważ misją polskiej humanistyki i nauk społecznych jest przede wszystkim edukacja społeczeństwa polskiego, kształtowanie świadomości i postaw obywateli, wymiana informacji między krajowymi ośrodkami naukowymi, a dopiero w dużo dalszej kolejności docieranie do publiczności w innych krajach. Dlatego w tym przypadku preferowane powinno być publikowanie w polskich czasopismach i pracach zbiorowych, a nie w anglojęzycznych periodykach. Przyjęcie zagranicznych ekspertów jako niemal wyrocznię oceniającą polskie placówki naukowe trąci prowincjonalizmem i stwarza fałszywy obraz rzeczywistego poziomu naukowego uczelni, katedr i instytutów.

Tadeusz Gadacz w wywiadzie dla „Tygodnika Powszechnego” powołuje się na Martina Heideggera, „który ostrzegał, że żyjemy w świecie, w którym nauka została zredukowana do techniki, i tym, co najbardziej się liczy, jest tylko skuteczność. Nie posłuchaliśmy też wybitnej diagnozy Gadamera - pisze Gadacz - i jego obrony humanistyki - to wszystko nie pomogło i ciągle żyjemy pod presją technokracji. Przejawem tej presji jest m.in to, że polskiej humanistyce narzuca się standardy języka angielskiego usuwając w cień język własnej kultury narodowej. Francuzi piszą po francusku, Niemcy po niemiecku. Oczywiście potem wybitne dzieła są tłumaczone na języki ogólnoświatowe”2.

W opinii społecznej często obserwuje się niezrozumienie roli nauki. W zakończeniu swojego artykułu na temat reformy nauki i szkolnictwa wyższego Adam Leszczyński pisze w „Gazecie Wyborczej”: „Opowiadałem o zmianach w nauce wielu przyjaciołom - inteligentom pracującym w prywatnych firmach. W ogóle nie rozumieli, dlaczego naukowcy mają pracować na innych zasadach niż prawnicy czy specjaliści od reklamy. W tle było przekonanie - chociaż żaden nie wypowiedział go wprost - że logika wolnego rynku jest uniwersalna i byłoby arogancją uczonych myśleć, że powinni być z niej wyłączeni”3. Oczywiście rozmówcy autora i sam autor cytowanego tekstu mylą się głęboko. Logika wolnego rynku nie jest uniwersalna, jest jedynie logiką współczesnego etapu rozwoju kapitalizmu. Nauka, podobnie jak sztuka, jest twórczością, a ta nie podlega prawom rynku, chociaż niekiedy wchodzi w obieg rynkowy, ale na innej zasadzie niż np. buty. Teoria względności - jak słusznie zauważył prof. Karol Modzelewski - nie miała żadnej wartości rynkowej, a przecież zmieniła nasze pojęcie o świecie. A skoro rozmówcy Adama Leszczyńskiego nie rozumieli specyfiki pracy naukowej to jest to z pewnością dowód, że zostali źle wykształceni.

Nauka, nauką, uczeni sobie jakoś poradzą, co zdolniejsi i bardziej przedsiębiorczy wyjadą z kraju, ale co ze szkolnictwem wyższym? W tej dziedzinie projektowane reformy polegają na tym, żeby nic istotnego nie reformować. Nadal będzie obowiązywał podział na bezpłatne wyższe szkoły publiczne i płatne niepubliczne. Nie ma mowy o powszechnej odpłatności za studia, które przy odpowiednim systemie stypendiów uczyniło by szkolnictwo w Polsce bardziej egalitarnym. Obecnie funkcjonujący układ jest skrajnie niesprawiedliwy, ponieważ na ogół za darmo uczą się dzieci osób zamożnych, mieszkających w dużych miastach i wyposażonych w kapitał kulturowy, a za naukę płacą mniej zamożni, żyjący na prowincji i pozbawieni tego kapitału, którzy w dodatku płacą podatki finansując po części naukę uprzywilejowanej kategorii obywateli. Wprowadzenie powszechnego czesnego jest trudne politycznie, bo zawsze znajdą się fałszywi, ale za to hałaśliwi „przyjaciele ludu”, którzy będą przeciw. Ale tylko mądra i odważna władza może wprowadzać trudne reformy, a obecnie niestety jesteśmy jedynie świadkami „bicia piany”.

Reforma projektowana przez panią minister Barbarę Kudrycką nie narusza sposobu zarządzania uczelnią. Nadal szkoły publiczne będą władane przez niekompetentne ciała kolegialne i przypadkowo wybieranych rektorów. Jedynym skutecznym środkiem na przełamanie skostniałych struktur i zmurszałej rutyny jest wprowadzenie funkcji prezydenta jednoosobowo zarządzającego uczelnią i powoływanego na np. piecioletnią kadencję przez radę powierniczą składającą się po jednym przedstawicielu rządu, samorządu, biznesu, kadry nauczającej i studentów. Rektor,  senat, rady wydziałów byłyby jedynie kompetentne w dziedzinie nadawania stopni i tytułów naukowych oraz ogólnej polityki naukowej.

Zamiarem projektowanej reformy jest wprowadzenie do uczelni wyższych elementu konkurencji, jednocześnie jednak Ministerstwo zmienia zasady przydzielania stypendiów. Dotychczas obowiązywał podział na stypendia socjalne i naukowe w proporcjach 50 na 50. Obecnie proponuje się zmniejszenie puli na stypendia naukowe do 25%. Jak to się ma do postulatu konkurencji - nie wiadomo. Stypendium za osiągnięcia  w nauce zachęca do wysiłku i zdobywania wiedzy, a nie tylko do brnięcia przez kolejne lata aż do trójkowego dyplomu. Skutkiem tej reformy będzie dalsze obniżanie poziomu nauczania.

Zachowawcza część środowiska naukowego ostro sprzeciwiała się zniesieniu habilitacji. Można zrozumieć postawę starszej kadry: „skoro ja się męczyłem to dlaczego młodsi mają mieć lepiej”. Taką postawę można zrozumieć, ale zaakceptować nie sposób. Z niemałą dozą hipokryzji uczeni mężowie argumentowali, że habilitację trzeba utrzymać, bo poziom doktoratów jest niski. A kto doprowadził do tego niskiego poziomu, właśnie uczeni mężowie, piszący grzecznościowe recenzje i bezmyślnie głosujący na posiedzenia komisji d/s przewodów doktorskich. A co szkodzi podnieść poziom i zobiektywizować oceny. Przed laty proponowałem aby wprowadzić zasadę, że doktorat broni się na innej uczelni niż ta, w której jest się zatrudnionym, drugim postulatem jest anonimowość recenzji, recenzent nie powinien znać ani nazwiska autora pracy, ani promotora, trzecim wreszcie jest zapraszanie do komisji osób z zagranicy. Oczywiście taki system nie będzie idealny, anonimowość w rzadkich dyscyplinach będzie trudna do zachowania, główne tezy pracy trzeba by tłumaczyć na obcy język albo zapraszać osoby polskojęzyczne.

Poziom doktoratów, a także nauczania można podnieść wprowadzając konkurencję wewnętrzną, zróżnicowanie wynagrodzenia w zależności od wyników pracy naukowej i dydaktycznej, zamykanie nieefektywnych katedr, instytutów i wydziałów, ale tego przecież nie zrobi wybierany w demokratycznych wyborach senat i rektor, bo go naukowy lud po prostu nie wybierze. Omawiana reforma ma podobno wprowadzić elementy konkurencji i co dwuletnią ocenę działalności. W przypadku dwukrotnej oceny negatywnej ma nastąpić zwolnienie z pracy. Proponuje się także ograniczenie wieloetatowości. Nierzadkie są obecnie przypadki, że profesor pracuje na sześciu uczelniach. Trzeba jednak pamiętać, że na pracowników naukowych (chociaż niekoniecznie uczonych) panuje popyt i zwolniony pracownik łatwo znajdzie pracę w innej uczelni na „pierwszym etacie”. A kto zastąpi tych zwolnionych kiedy awans naukowy jest długi i trudny m.in wskutek habilitacji?

Habilitacja jest anachronizmem i szkodzi polskiej nauce, bardzo bowiem utrudnia kontakty zagraniczne. Instytut „X” zatrudnia polskojęzycznego profesora z USA, który w polskim systemie jest jedynie doktorem, a nawet czasem magistrem bo np. doktorat robił jeszcze za czasów ZSRR w Moskwie, a nie wszyscy kontrolerzy z tzw. „PAKI” (Państwowej komisji akredytacyjnej) wiedzą, że kiedyś obowiązywała wymienność dyplomów. Profesor z USA może wykładać, ale nie może kierować pracami doktorskimi ani brać udziału w przewodach. Nawiasem ,dość zabawne są wizytacje kontrolerów z PAKI, rekrutujących się z uczelni położonych „daleko od szosy”, w instytutach i wydziałach topowych uczelni. Zawsze znajdą jakieś „nieprawidłowości” ze zwykłej zawiści.

Jednym z pomysłów reformy jest przeniesienie decyzji o uruchomieniu nowego kierunku studiów ze szczebla centralnego do uczelni. To mógłby być dobry pomysł, gdyby rzeczywiście chodziło o jakąś innowację, ale z reguły mnożenie ponad miarę kierunków kształcenia wynika zarówno z przejściowych zapotrzebowań rynku pracy, jak i przede wszystkim z wymogów marketingu, którego celem jest przyciągnięcie studentów. Uniwersytet nie jest jednak powołany do kształcenia specjalistów wiedzących „wszystko o niczym”, ale formowania wykształconej elity zdolnej, w zależności od okoliczności i potrzeby, do pracy w różnych specjalnościach. Obecnie wiedza starzeje się bardzo szybko i umiejętności wyniesione z uczelni stają się wkrótce mało przydatne, jeżeli wiadomości nie są stale uzupełniane.

Właśnie uniwersytet, ale przez duże U. Jeszcze nie dawno w Polsce było 12 uniwersytetów. Do uczelni mających tradycje akademickie należą jedynie: Uniwersytet Jagielloński, Uniwersytet Warszawski i Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, z kolei Uniwersytet Wrocławski łączy tradycje niemieckie (kilku noblistów) z chlubną przeszłością Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie, zaś Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu odziedziczył prestiż Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie. Wszystkie pozostałe uniwersytety mają krótką historię i powstały na ogół z połączenia istniejących w danej miejscowości szkół zawodowych, technicznych, pedagogicznych, rolniczych, ekonomicznych itp. Fuzja taka nie tworzyła niestety sama przez się nowej jakości, a często przeciwnie, nowy uniwersytet ma niższy poziom niż tworzące go przed połączeniem szkoły. Obecnie nastąpiła inflacja uniwersytetów tzw. przymiotnikowych. Ale np. czy od zmiany nazwy Wyższej Szkoły Pedagogicznej na Uniwersytet Pedagogiczny, zmieni się kadra uczelni, jej poziom dydaktyczny i naukowy? Oczywiście nie. Jedynym uzasadnieniem jest bardziej prestiżowa nazwa i łatwość jej tłumaczenia na język angielski.

Tak więc reforma minister B. Kudryckiej zapowiadana jako przełomowa i mająca, jej zdaniem, wprowadzić kilka polskich uniwersytetów do pierwszej setki listy szanghajskiej, jest reformą na niby, która w zasadzie nie wiele zmienia w polskim systemie szkolnictwa wyższego, a w niektórych przypadkach jak zmienia, to na gorsze.


1 Por. m.in. Zagórski K.,Gorzelak G., Jałowiecki B., Żróżnicowanie warunków życia. Polskie rodziny i społeczności lokalne, Wydawnictwo Naukowe „Scholar” Warszawa 2009. 
2 „Z karabinami na sznurku” - wywiad z prof. Tadeuszem Gadaczem, „Tygodnik Powszechny” 19 grudnia 2010.
3 Adam Leszczyński; „Teoria względności na wolnym rynku”, „Gazeta Wyborcza” 18-19 grudnia 2010 r.

OPINIE
Edyta Fura -
2011-03-10 14:09:20
W swoim tekście Bohdan Jałowiecki przedstawia swoje spojrzenie na temat bieżących dyskusji dotyczących reform szkolnictwa wyższego, a także reformy Pani Barbary Kudryckiej. Jałowiecki zdecydowanie krytykuje reformy uzasadniając to tym, że wiele z postulowanych w nich argumentów nie zmienia polskiej edukacji, chyba, że na gorsze.
Na potwierdzenie niepokojącej sytuacji polskiego szkolnictwa wyższego można przytoczyć kilka bardzo istotnych spraw. Po pierwsze,

Dodaj swoją opinię
Autor:
Tytuł:
Treść:


kod z obrazka:

Wyższa Szkoła Informatyki i Zarządzania z siedzibą w Rzeszowie
ul. Sucharskiego 2, 35-225 Rzeszów, fax: +48 17 866 12 22 e-mail: wsiz@wsiz.rzeszow.pl
Wszelkie Prawa Zastrzeżone, Wyższa Szkoła Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie © 2010