Biblioteka czy wideoteka?
TAGI: Kuchnia intelektualna, Społeczeństwo,
Dodano: 2010-04-06 09:54:02

Czy warto jeszcze w dzisiejszych czasach cokolwiek czytać? Ilekroć miałem okazję dopytywać studentów o to, co czytają i jak często, odpowiedź w olbrzymiej większości przypadków była ta sama: „nie czytamy prawie nic poza notatkami przed kolokwium czy egzaminem”. Najczęściej osoby przyznające się do nieczytania – nie tylko studenci – usprawiedliwiają się „brakiem czasu”. Iluż to ludzi zaklina się, że na nic nigdy nie ma czasu, choć zarazem spędza pół dnia przed telewizorem, w Sieci lub przed kinem domowym – i to nie sporadycznie, a stale. Czas więc tak naprawdę jest, tylko raczej brak woli i zapewne siły, by go spożytkować na coś takiego jak choćby lektura. Łatwiejsze i przyjemniejsze wydaje się zaspokajanie „głodu fabuły”, jak to kiedyś (w latach 90.) powiedział na konferencji pisarzy i krytyków, nieżyjący już Jerzy Lisowski, długoletni naczelny miesięcznika „Twórczość”. Głód ów można porównać do narkotycznego czy też nikotynowego – osoba z nałogiem po prostu „musi” zaspokajać taki głód, inaczej bowiem wpada w niepokój, odrętwienie lub stany podenerwowania, a nawet agresji. Najszybciej, najtaniej i najprościej zaś głód fabuły zaspokaja się oglądając filmy czy widowiska telewizyjne nawiązujące stylistyką do tego, co dostarcza zwykle film.
Kto wie, czy taką pomnikową instytucją naszych „nowoczesnych” czasów nie powinna być wypożyczania wideo, z całą pewnością bowiem spotkamy w niej o wiele więcej osób niż w pobliskiej wypożyczalni książek (czy sami też nie korzystamy częściej z tej pierwszej niż z drugiej?). U. Eco wprawdzie w swym odczycie o bibliotece mówi: ...jednym z nieporozumień, jakie dominują nad pojęciem biblioteki, jest pogląd, że idzie się tam po książkę, której tytuł się zna. Rzeczywiście, często się zdarza, że idzie się do biblioteki, bo chce się książki o znanym tytule, ale główną funkcją biblioteki, a przynajmniej funkcją biblioteki w moim domu i w domach wszystkich znajomych, jakich możemy odwiedzać, jest odkrywanie książek, których istnienia się nie podejrzewało, a które, jak się okazuje, są dla nas niezwykle ważne. (…) nie ma nic bardziej pouczającego i pasjonującego niż szperanie po półkach, na których zgromadzone zostały wszystkie książki na określony temat, czego w katalogu ułożonym według autorów nie da się odkryć, i znalezienie obok szukanej książki innej, której się nie szukało, ale która okazuje się fundamentalna1 – ale chyba nie bierze on pod uwagę sytuacji, w której biblioteki istnieją, lecz brakuje chętnych do korzystania z nich, a tym bardziej do odkrywania ksiąg, o których się nawet nie wiedziało.
Tym, co powoduje swoistą atrofię kultury druku, jest jednak nie tylko „kultura obrazkowa”, lecz – na co także zwraca uwagę Eco we wspomnianym odczycie – „kserokultura”, a więc fotokopiowanie zawartości książek. Zdaniem włoskiego filozofa i pisarza, kserokultura pozostawia po sobie stosy kopii, które wcale nie są czytane. Sporo osób przychodzi do bibliotek wyłącznie po to, by skserować książki, ale już niekoniecznie, by poświęcać się lekturze tego, co skopiowane – zanika bowiem tradycja siedzenia nad jakimś tekstem i wynotowywania z niego co ciekawszych rzeczy. Ludzie „nie mają czasu”.
Na tym jednak nie koniec – kontynuuje Eco – kserokultura traktowana jest przez wydawców jako coś, z czym nie sposób już walczyć, w związku z tym oficyny publikujące choćby prace naukowe, wiedząc od dawna, że książki są powszechnie kserowane (a nie kupowane), wydają je w bardzo niskich nakładach przy horrendalnie wysokich cenach zarazem, z myślą głównie o bibliotekach (np. uczelnianych). Nietrudno dostrzec, że powstaje w ten sposób błędne koło: książka staje się dobrem luksusowym, na które przeciętny student czy naukowiec nie może sobie pozwolić, wobec tego jej zawartość „zdobywana” jest przez użytkowników za pomocą choćby kserowania (lub e-booków). Nasuwa się jednak pytanie, dlaczego wydawcy nie próbują publikować książek w taniej, skierowanej do niezamożnego odbiorcy, formie, próbując przełamać ten rynkowy i kulturowy impas? Czy naprawdę książki muszą być aż tak drogie?
Paradoksalnie rzecz biorąc, kserokultura jeszcze może być jednak traktowana jako (epigońska, bo epigońska, ale zawsze) któraś z peryferyjnych mgławic „galaktyki Gutenberga” w sensie McLuhana, no bo przecież, jeśli ktoś zadaje sobie trud, by kopiować zawartość książek, to (nawet jeśli wszystkiego, co skopiuje, nie przeczyta), ma do tychże książek jakąś nabożną cześć, traktuje książki jako istotny element kultury – warty utrwalenia i przechowania. Co będzie, gdy i kserokultura przejdzie do historii? Z takim zjawiskiem już dziś mamy do czynienia w postaci pandemii elektronicznego kopiowania tekstów – pandemii, nad którą w przypadku naszego kraju, nikt już chyba nie panuje, skoro plagiatowane są teksty nie tylko przez studentów „nie mających czasu” na pisanie prac zaliczeniowych, licencjackich czy magisterskich, lecz i przez naukowców „nie mających czasu” na doktoryzowanie się. Sprawa jest bardzo poważna, jeśliby bowiem plagiatowanie stało się normą, uprawianie nauki i prowadzenie dydaktyki straciłoby jakikolwiek sens. To już nawet nie byłby cyrk, ale teatr absurdu.
Należy te wszystkie problemy widzieć w szerszym kontekście. Jednym ze szczególnie zaskakujących zjawisk naszych „nowoczesnych” czasów jest wszak to, że trwająca od paru dziesięcioleci rewolucja technologiczna wcale nie przekłada się na jakiś renesans kulturowy. Mamy setki kanałów telewizyjnych, a niewiele wartościowych rzeczy w nich do oglądania. Mamy coraz doskonalsze i szybsze od poprzednich środki komunikowania, lecz wcale to nie skutkuje jakimś ożywieniem w naszym życiu towarzyskim. Ukazuje się na rynku coraz więcej tytułów prasowych i książkowych, ale czegoś naprawdę porywającego do czytania nie znajdujemy. Czasami też nawet nie szukamy. Może więc zwyczajnie nie mamy czasu na uprawianie kultury?
1 U. Eco, O bibliotece, tł. A. Szymanowski, Świat Książki, Warszawa 2007, s. 28-29.
Anna Martens - Czytam więc jestem!
2010-04-06 10:16:17
Czytam więc jestem – parafrazując Kartezjusza.
„A ja tu z protestem!
Bo biorąc pod uwagę wymienione schema.
Znaczyłoby;
„nie czytam – czyli mnie nie ma”
Co istotnym jest błędem
Gdyż w takowy sposób
Nie byłoby na świecie bardzo wielu osób”.
Szybciutko, z pamięci wymieniłabym wiele znanych mi osób, które nie czytają książek.
„Ci wszyscy wymienieni
Wbrew Kartezjuszowi
Nie czytają, a istnieją
Żyją i są zdrowi”.
Podpierając się nieco Marianem Załuckim, pozwolę sobie na polemikę z Panem, Doktorze.
Książka dla mas, czy dla jednostek?
Jaką korzyść ma przeciętna jednostka z książek, których nie potrzebuje, nie rozumie i prawdopodobnie nie zrozumie do końca życia? Podobną, jak przeciętny konsument z wyrafinowanej francuskiej restauracji – to znaczy, z pozoru żadną, ale nie wyklucza to sensu jej istnienia. Obok tak zwanych fast-foodów funkcjonuje kuchnia subtelna, wykwintna i jest ona, w ostatecznym rozrachunku, dorobkiem całego społeczeństwa. Duża część tego samego społeczeństwa jest niemuzykalna, a mimo to muzyka uważana jest za sztukę uniwersalną.
W każdej grupie społecznej jest taki „zwichrowany margines”, który życia bez kultury sobie nie wyobraża. Ale większości sama świadomość istnienia tejże dość mgliście pojmowanej kultury wystarcza. Jak powiedział Stefan Kisielewski: „Człowiekowi nie jest potrzebne używanie, człowiekowi potrzebna jest świadomość, że gdyby chciał, mógłby używać”. Książka zawsze była dobrem luksusowym, wielokrotnie wróżono jej koniec, a jednak przetrwała – według mnie właśnie dlatego, że nie jest produktem masowym. Parafrazując Kisielewskiego: większość nie potrzebuje czytać książek, większości potrzebna jest i wystarcza świadomość, że książki są. Kultura wysoka jest dla tak zwanej elity. Dla ludu są igrzyska. I nie ma w tym cienia pogardy.
Ania T - Nie popadajmy w przesadę
2010-04-06 11:20:41
Autor porusza w swoim tekście pojawiający się cyklicznie (szczególnie przy okazji badań czytelnictwa w Polsce) problem spadku społecznego zainteresowania słowem drukowanym.
Rzeczywiście, jeśli wierzyć statystykom, poziom czytelnictwa w Polsce jest niski i ma tendencję spadkową.
O ile lata 1994-2004 to okres „czytelniczej normalności” (czytało ok. 56-58 proc. Polaków powyżej 15. roku życia), to już w 2008 r. tylko 38 proc. badanych zadeklarowało, że przeczytało minimum jedną książkę rocznie (badano osoby powyżej 15 roku życia).
Oczywiście pierwszą z możliwych interpretacji tego stanu rzeczy jest konkurencja ze strony sieci, oferującej coraz więcej tekstów w wersji elektronicznej, cyfrowej – eboooki, audiobooki (szybko, bezkosztowo, prosto). Druga sprawa – to ceny książek. Trzecia – przeniesienie zainteresowań na inne formy aktywności: gry komputerowe, filmy etc.
Jeśli jednak rzeczywiście jest tak źle, to czemu jest tak dobrze?
Czym zatem podyktowane jest zainteresowanie targami książki, gdzie przez trzy – cztery dni odwiedza je 25 tys. (Kraków 2009), 45 tys. (Warszawa 2008) , 51 tys. (Warszawa 2009) osób?
Na własny użytek prowadzę dość systematyczne, skromne badanie na grupie swoich studentów IV-go semestru danego roku akademickiego (II rok studiów II stopnia). Jest to ogólnie rzecz biorąc ankieta, z której wyłania mi się pewien szkic do portretu młodzieży studenckiej. Pytam w niej m.in. o sposoby komunikowania się, spędzania wolnego czasu, o autorytety, uczestnictwo w kulturze (czytelnictwo, bywanie w kinie, teatrze), stosunek do religii itp. Słowem jest to zrobiony na prywatny użytek mały test preferencji (nie ma to szczególnego waloru reprezentatywności, bo grupa studentów jest niewielka 15 – 17 osób, ale daje mi obraz zmian poglądów i postaw w kolejnych rocznikach braci studenckiej EUROREG).
Właśnie przeprowadziłam piąta jej edycję. Nie mam jeszcze wyników, ale z dotychczasowych czterech bardzo jasno i z tendencją utrzymującą się na wyrównanym poziomie studenci deklarują, że poziom istotności książki w ich życiu jest równy.... znaczeniu telefonu komórkowego! I zajmuje z owym telefonem drugie miejsce (prawie ex aequo) – tuż po komputerze, oczywiście.
Ponadto w czasie wolnym, w niedzielę na przykład, deklarują, że najczęściej preferują aktywny wypoczynek, w drugiej kolejności oglądanie TV i pracę z komputerem, a na trzecim przy minimalnych różnicach w stosunku do miejsca drugiego – książkę.
Z moich obserwacji wśród osób mi znanych, o różnym poziomie wykształcenia, różnym statusie majątkowym i będących w różnym wieku wynika, że książka ma się całkiem nieźle.
Skąd więc te skromne 38% czytelnictwa w 2008 r.? Przyznam – nie wiem. Ale zwykłam jednak ufać bardziej własnym oczom, aniżeli statystykom.
Jeśli zaś idzie o rozrastającą się ofertę – im większy asortyment towarów na półce, tym zwykła ludzka ciekawość popycha nas do eksperymentowania i testowania nowości. Siłą rzeczy spada więc popyt na znane nam produkty. Gdy przekonujemy się, że walor nowości nie idzie w parze z naszymi oczekiwaniami – wracamy do znanych i sprawdzonych.
O ile więc książka w wersji papierowej nie zniknie z rynku (a to jej raczej nie grozi), jej cena nie przekroczy granic rozsądku, będą działały biblioteki (!) i w domu czyta choć jeden członek rodziny, nie ma podstaw do twierdzenia, że przestaniemy po nią sięgać.
Nieco zbyt wcześnie jest wyrokować o tym, czy dokonująca się na naszych oczach rewolucja technologiczna niesie za sobą renesans kulturowy czy kulturową zapaść.
Nie jest problemem fakt, że książka staje się dobrem luksusowym, ile to, by zaistniała powszechna świadomość, że jest modnym dobrem luksusowym.
Warto też pamiętać, że uprawianie kultury – to nie tylko czytelnictwo.
Ale to chyba wiemy wszyscy.
P.S.
„Kserówki” spotyka zazwyczaj tragiczny los. Dużej wyobraźni wymaga przypisywanie „kserokulturze” waloru krewnego kultury czytelnictwa.
mulita - Chcę, więc jestem
2010-04-06 13:54:56
Tekst jest w mojej ocenie bardzo ciekawym i wartościowym przyczynkiem do intrygującej i niezwykle potrzebnej dyskusji na temat „absurdalnej” degradacji kultury (w tym szczególnie zaniku umiejętności i odczuwania potrzeby czytania).
Niewątpliwym jest fakt, iż obserwowalna obecnie jest tendencja stopniowego zanikania tzw. kultury wysokiej. Można zaryzykować twierdzenie, że cofamy się w rozwoju – wracamy do kultury obrazkowej. Widać to nie tylko na linii książka – film, ale również w słowie pisanym. „Miłość” stała się „<3” i nie jesteśmy już zaskakiwani, ale robimy „rotlf”, a zdziwienie to „wtf”. Autor tekstu słusznie zauważa, że tym, co powinno wzbudzić nasze największe obawy, to fakt, że młodzi ludzie (ale nie tylko oni) „nie czują potrzeby” czytania.
Innym poruszanym zagadnieniem, jest osławiony „brak czasu”. Tu w pełni zgadzam się z autorem – czas jest, nie ma chęci. Powiedzenie, „chcieć znaczy móc” w obecnych czasach nie ma zastosowania, czyli – już nic nie możemy…
Przypadkowość wyników poszukiwań, zgrabnie przedstawiona cytatem U. Eco, jest kolejną niezwykle istotną sprawą. Nie szukając skazujemy się na poznawczą pustynię. Jak pisał w 1905 roku prof. Tadeusz Garbowski, to co powoduje, że człowiek jest człowiekiem, to fakt, iż jest istotą poznającą. Dodatkowo, poznanie człowieka ma charakter twórczy, a jego brak prowadzi do dewolucji. Zdaniem prof. Garbowskiego, człowiek na pewnym etapie rozwoju „zboczył” z naturalnej ścieżki rozwoju ewolucyjnego. Nasze przystosowanie do życia w świecie sprowadza się do naszego intelektu (fizycznie nie wytrzymujemy konfrontacji z żadnym zwierzęciem). Poznanie jest „pożywką” dla intelektu. Kiedy więc ograniczamy naszą aktywność poznawczą do zasysania papki, którą karmią nas współczesne media, nie możemy mówić o prawdziwym ludzkim życiu, a jedynie o wegetacji. Takie życie „na podtrzymaniu” przestaje być życiem godnym człowieka.
Kolejnym poruszanym problemem jest „wolnorynkowe” zachowanie wydawców książek. Skoro książek sprzedaje się mało, to niech będą drogie – ktoś kupi, to się trochę zarobi. Na marginesie należy dodać, że ten sposób myślenia nie jest domeną jedynie wydawców. Nie jestem ekonomistą, ale zdaje mi się, że jeśli dany produkt byłby tańszy, to zbyt byłby większy. Co widać choćby na omawianym przypadku. „Kultura” masowa jest tania i powszechnie dostępna, więc ma mnóstwo odbiorców. Książki są drogie, więc czytelnictwo zamiera. To duże uproszczenie, ale, jak sądzę, wystarczająco jasne.
Paweł Przywara stawia na zakończenie pytanie o czas na uprawianie kultury. Myślę, że problem tkwi w tym, że wielu ludzi, którzy są konsumentami „kultury” masowej nie ma świadomości, że tak właśnie jest. Dzieje się tak z tego względu, że słowa tracą swoje znaczenie. Mało kto rozróżnia obecnie Kulturę od kultury. Człowiek renesansu umarł śmiercią tragiczną, choć naturalną, bo wynikającą z postępu cywilizacyjnego. Obecnie w dobrym tonie jest być na bieżąco z nowinkami technicznymi, a znajomość dzieł literatury wystarczy czerpać z filmowych adaptacji. Wiedza z zakresu filozofii, literatury, czy sztuki to zbędny balast i domena snobów i oderwanych od rzeczywistości odszczepieńców.
Nie twierdzę, że wszystko, co współczesne jest złe. Nowinki techniczne są potrzebne i użyteczne. Problem tkwi w tym, że korzystamy z nich nader wybiórczo. To trochę jak z komputerami – każdy chce mieć „maksymalnie wypasiony” komputer, ale większość z nas korzysta jedynie z kilku procent (albo i nie) jego możliwości. Jeśli Paweł Przywara ma rację, to współcześni ludzie korzystają z ułamka procenta potencjału jaki daje bycie człowiekiem. Póki co, człowiek brzmi mniej dumnie, a niedługo wybrzmi całkowicie.
W dzisiejszych czasach wszystko jest wprost, bezpośrednie, bez polotu i fantazji. Świat został podzielony na specjalistyczne fragmenty – stąd – dotąd. Nie ma potrzeby używania metafor ani parafraz, bo i tak nikt ich nie rozumie. Język literacki został zastąpiony przez nowomowę PR. Ku rozpaczy nielicznych doczekaliśmy czasów, o których nie śniło się waszym (i naszym) filozofom.
Potrzeba zmian, ale trudno mówić o wprowadzaniu zmian na lepsze czy jakichkolwiek zmian, jeśli niczego nie chcemy (a jak wskazano powyżej – nie możemy). Brak czasu czy jakiekolwiek inne „przeszkody” w robieniu czegokolwiek powinny pełnić rolę katalizatora postępu. Przecież to przezwyciężanie trudności jest motorem rozwoju. Jeśli nasza egzystencja nie może być oparta o chęci, to może skorzystajmy z porady deprecjonowanego dziś klasyka – nie chcem, ale muszem. Jeśli przymus wewnętrzny nie skłoni współczesnego człowieka do działania, to człowiek ów wymrze.
Nie chcę wymrzeć – Chcę żyć!
Chcę żyć, więc myślę!
Chcę, więc jestem!
Paweł Przywara - Anna Martens
2010-04-06 15:19:23
Szanowna Pani Anno,
Pani optymizm wcale mi się nie udziela :), ponieważ uważam, że sytuacja, w której ludzie będący na studiach nie czytają książek, wcale nie wydaje mi się normalna. Może moje podejście jest nieco anachroniczne, ale zwykle studiowanie kojarzy mi się z pożeraniem książek i czasem wyjątkowego, intelektualnego rozgorączkowania. To po studiach, gdy absolwentów pochłaniają obowiązki zawodowe, na lektury już nie ma tyle czasu, co kiedyś.
Nie twierdzę, że książka jest produktem masowego użytku. Przeciwnie, książka jest dobrem zmuszającym odbiorcę do jakiegoś duchowego wysiłku. Jeśli jednak młodzi ludzie (na studiach) przestaną czytać książki, tzn. jeśli to zjawisko stanie się trwałe w naszej kulturze, to jeszcze bardziej kulturowo się cofniemy w rozwoju niż teraz, kiedy polska kultura jest zdominowana przez rozrywkę masową i intelektualnie poruszającą się najwyżej na poziomie teleturnieju "Familiada".
:)
Paweł Przywara - Ania T
2010-04-06 15:31:53
Szanowna Pani,
być może te kilkanaście osób, które Pani znalazła, stanowią jakieś rodzynki w cieście, wydaje mi się bowiem, iż to, o czym napisałem, to rzeczy dość powszechnie dostrzegane - podejrzewam też, że nie tylko przeze mnie. Nie chciałbym jednak, by centralnym problemem stało się to, jak studenci spędzają swój wolny czas, bo chyba nie o to chodzi.
Eco w swoim odczycie zwrócił uwagę na rzecz, która moim zdaniem jest bardzo istotna - i wcale nie mogę się zgodzić z Pani konstatacją, że książka może pozostać dobrem luksusowym. Jeśli bowiem książka przestaje być dobrem na kieszeń naukowca i studenta, którzy kupują nawięcej książek, to właściwie traci ona swoją rację bytu. Owszem, mogą się znaleźć osoby, nie wiem, zasiadające w radach nadzorczych czy szefujące bankom, które będą mogły nabywać książki po bajońskich nawet sumach. Nie po to jednak chyba druk wynaleziono, by książka stała się poza zasięgiem przeciętnego (zainteresowanego nią) człowieka. Za Eco więc powtórzę, iż zdumiewające jest to, że wydawcy nie decydują się na tanie, przystępne wydania książek zwłaszcza naukowych), zmniejszając wysokość nakładów i kierując je głównie do uniwersyteckich bibliotek.
Co do targów, o których Pani wspomina, to należy pamiętać, że to impreza jednak o charakterze komercyjnym, gdzie szczególny nacisk położony jest na książki właśnie masowe, dostępne potem w hipermarketach. Byłem w Krakowie na takich targach i widziałem na własne oczy jak to wygląda. Może jest to jakieś święto książki, lecz bardziej to przypomina święto sprzedawców, hurtowników, dystrybutorów etc.
Paweł Przywara - mulita
2010-04-06 15:48:33
Właściwie to chodziło mi wyłącznie o "kulturę druku", a nasze rozważania wchodzą w obszar dyskusji typu, jak dziś wygląda "conditio humana" :) W pewnej mierze tak owszem jest, że człowiek nie wykorzystuje w pełni tych możliwości, które oferuje mu nowoczesna cywilizacja - ale prawdą jest też to, że tego wspołczesnego człowieka nie uczy się tego, jak z tej cywilizacji korzystać. Rodzice narzekają na to, że dzieci uzależniają się od telewizji czy komputerów, lecz w tylu polskich domach telewizor "huczy od świtu do nocy", zaś sami dorośli nie poświęcają zbyt wiele czasu na to, by pokazać dzieciom, jaki (poza graniem) można robić użytek z komputera.
Mnie dziwi jedna rzecz (oprócz tych, o których już wspomniałem), taka mianowicie, iż gros zainteresowań już nie tylko młodych ludzi, ale w ogóle współczesnego człowieka Zachodu (jakkolwiek mgliście to określenie dziś brzmi), z którym jakoś się utożsamiamy, jako Polacy, zaczyna się sprowadzać do kultury masowej - nie do pomyślenia "w dobrym towarzystwie" jest nieznajomość jakiegoś nowego, głośnego filmu kinowego, zaś zupełnie do pomyślenia jest nieznajomość (wśród Polaków) np. Odojewskiego, Bobkowskiego, Hemara itd. Wytwarza się bowiem (w kulturze masowej) przekonanie, iż książka nie jest jakimś nieusuwalnym elementem kultury - takim elementem czyni się film.
Kultura obrazkowa jednak, im bardziej umacnia swoją dominację, tym gorsze efekty przynosi w postaci choćby takich, że współczesny człowiek nie potrafi mówić (o pisaniu już nie wspomnę) językiem literackim, lecz bardzo prostym, częstokroć też dość wulgarnym językiem kina czy telewizji. Mowa natomiast stanowi jakieś odzwierciedlenie myślenia - w związku z tym aż się ciśnie na usta pytanie, czy ten współczesny człowiek naprawdę w takim stylu myśli, jak mówi? :)
mulita - conditio humana
2010-04-06 19:44:42
Tak sobie myślę, że warto by było wykroczyć poza "kulturę druku" i, chociaż brzmi to może zbyt patetycznie, pokazać dzieciom, jak być człowiekiem, a nie tylko konsumentem cywilizacji.
Paweł Przywara - mulita
2010-04-07 21:17:17
Oczywiście, "kultura druku" nie jest "kresem" możliwości rozwoju cywilizacji zachodniej. Istota rzeczy polega tylko na tym, by technologie wyższego rzędu (telematyka etc.) nie prowadziły do zaniku kultury "tekstocentrycznej", że się tak wyrażę.
Dzieciom trzeba pokazywać świat w całej jego pełni. Pokazywanie wyłącznie warstwy kulturowej (a już szczególnie rozrywkowej, masowej), ogołaca świadomość dziecka z możliwości recepcji piękna krajobrazu, ruin, wodospadu, mikrokosmosu etc.
Nie wiem, czy można "konsumować cywilizację". Można konsumować rozmaite "produkty cywilizacji", można być biernym uczestnikiem cywilizacji (w przeciwieństwie do uczestnika czynnego, twórczego). Sama cywilizacja zresztą nie jest przecież niczym złym. Negatywny aspekt niesie ze sobą raczej kultura masowa, o czym tak sugestywnie pisał Ortega y Gasset.
:)
sylwesterzimon - A po co?
2010-04-08 19:29:32
Moim skromnym zdaniem, jedynym powodem, dla którego młodzi ludzie nie czytają, jest prozaiczny bilans zysków i strat. Będąc aktywnym czytelnikiem traci się czas, pieniądze i wzrok, a korzyści z tego aż tak wiele nie płynie. Jak napisał kiedyś Woody Allen „Wziąłem kurs szybkiego czytania, zdołałem przeczytać Wojnę i pokój w dwadzieścia minut. To jest o Rosji." No właśnie…
Po co młodzieży tak specyficzna wiedza? Wystarczy przecież 10 minut zgłębiać „Pudelka” i dowiemy się o wiele więcej, szybciej, taniej, a na dodatek będziemy mogli błysnąć w towarzystwie jakąś hot ciekawostką.
Niestety mam sporo znajomych, którzy w ogóle nic nie czytają, a ich kontakt z literaturą ogranicza się do „Janka muzykanta”. Jak radził Ryszard Kapuściński w „Lapidarium VI”: „W izolowaniu się, odgradzaniu od hołoty, tkwi konieczny warunek higieny umysłowej. Można dziwić się tym, którzy z tą hołotą utrzymują dialog w nadziei, że wydobędą ją z dna głupoty, ignorancji i zarozumiałego tupetu. Tego motłochu nie można zmienić, jedyne, to odgrodzić się i trzymać dystans”. Hm. Takie podejście wyjątkowo mi nie odpowiada. Czy powinniśmy deprecjonować i ubolewać nad ludźmi alergicznie reagującymi na kulturę, sztukę i inne dobra luksusowe? Nie. Jak napisała Anna, tacy ludzie „żyją i są zdrowi”. Prawdę mówiąc, na pewno są zdrowsi od osób przebywających długie godziny w zakurzonych bibliotekach. Ja, jako zadeklarowany bibliofil, straciłem już sokoli wzrok, pokrzywiłem się i nabrałem na wadze. Niestety miłość do książek nie wybiera, ale rozumiem tych, których te niewielkie papierowe prostokąty nie pociągają. Bo po co?
jagoda - Szanowny Panie Doktorze
2010-04-24 18:19:24
Sama należę do osób, które bardzo mało czytają. I choć niejednokrotnie chciałam coś przeczytać nie potrafię się nigdy zmobilizować. Bo zawsze jest coś ważniejszego do zrobienia. A jeśli już zabieram się za książkę to przeczytanie jej zajmuje mi kilka miesięcy.Może po prostu nie trafiłam jeszcze na książkę, która naprawdę mnie zainteresowała. Dlaczego młodzi ludzie nie czytają?
Wynika to na pewno z faktu,że im się to nie opłaca. Po co czytać kilkaset stron co zajmie dużo czasu skoro w 2 godziny można pooglądać film? Jest to nudne i nic nie wnosi zdaniem niektórych. I prawdą jest ,że nie ma czasu. Ludzie pracują, uczą się, a gdy już mają czas dla siebie idą na rower, shopping, spotykają się ze znajomymi itp.Co więcej książki mogą się źle kojarzyć. Zawsze byliśmy zmuszani do czytania niejednokrotnie nudnych lektur i choć wszystkie przeczytałam i osobiście nie uważam by były nudne czy mało wartościowe w tym czasie skończyła się moja przygoda z książką. I myślę,że jest to smutne. Ma Pan rację w kwestii ceny książek są niesamowicie drogie, co często uniemożliwia ludziom zapoznanie się z czymś co bardzo ich interesuje.Wyjściem z sytuacji może być tutaj przesiadywanie w Empiku i czytanie;)
Krzysztof Selwa -
2010-05-20 09:37:52
Pan Doktor ma dużo racji. Dla młodych przeczytanie streszczenia to problem.
Dzieci wolą siedzieć przed komputerem czy telewizorem. Nieco starsi chodzą na imprezy, na randki, a dorośli wymigują się pracą. Oczywiście nie wszystkich to dotyczy. Książki w księgarniach nie należą do najtańszych. Ceny odstraszają wielu potencjalnych klientów. Według mnie jednym z powodów braku ochoty do czytania szczególnie przez młodzież są złe doświadczenia ze szkoły. Od podstawówki każe się im czytać książki, które ich zwyczajnie nie interesują. Chodzi tu w szczególności o tematykę. Ciężko potem przekonać się do literatury.
Joanna Leszczyńska -
2010-05-20 10:17:06
Zgadzam się ze stwierdzeniem, że teraz większość społeczeństwa woli film od przeczytania dobrej książki, a jeśli chodzi o studentów, to raczej wolą przeczytać jakieś streszczenie czy notatki niż iść do biblioteki i wypożyczyć książkę na egzamin. Co najwyżej mogą ją skserować, bo na egzemplarz jakiejś książki naukowej po prostu ich nie stać.
Sama się z tym spotkałam wiele razy, książka potrzebna mi do pracy kosztowała kilkadziesiąt złoty, na które nie mogłam sobie pozwolić. Książki są bardzo drogie nawet te popularne. Ja jednak uwielbiam czytać, wolę to niż siedzenie przed telewizorem. Zawsze ekranizacja dobrej książki wydaje mi się na z góry przegranej pozycji. W księgarni czy bibliotece mogę siedzieć godzinami w poszukiwaniu idealnej książki. Może jednak jestem odmieńcem, ale to lubię. Nie zgodzę się, że brak jest czasu na kulturę czy czytanie, kto chce zawsze go znajdzie. Są ludzie, którzy po prostu lubią czytać, inni omijają książki szerokim łukiem.
Anna Lehotska (46931) -
2012-01-20 14:54:25
Zgadzam się z myślą autora. W nasz czas rzadko można spotkać człowieka, który lubi czytać książki. Tak, właśnie człowieka który lubi czytać, a nie tego który nie może sobie pozwolić księgę kupić, bo w nasz czas oni jest dosyć drogie. I to rzeczywiście tak, jeśli ja, człowiek który lubi czytać , mogę przeczytać, ciekawą mi księgę za tydzień, to do miesiąca
mnie trzeba ich 4. Jestem studentką i nie mogę pozwolić sobie zawsze kupować księgi. Lecz naprawdę problem nie w tym, było by życzenie czytać, a księgę zawsze można znaleźć w bibliotece czy wymienić się z kimś. Ludzie nie chcą czytać, ponieważ teraz środki masowego przekazu zamieniły księgi.
Każdy ma wolny czas, który on traci na to żeby popatrzeć telewizję, posiedzieć za komputerem czy popatrzeć jakiś film.Czytając rozwijamy swoją pamięć, to dlaczego by ten czas nie rozdzielić tak, by starczało go jeszcze i na księgi.