i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2011-05-09 21:16:12

Demokracja to system wrażliwy i podatny na ataki jej przeciwników. Odporność demokratycznych systemów politycznych na zamachy wrogów wolności jest zależna od głębokiej interioryzacji demokratycznych zasad w świadomości większości społeczeństwa, od kultury politycznej elit, od pewnego konsensu w sprawie podstawowych wartości i względnie sprawiedliwego podziału dóbr w społeczeństwie.
Do kanonu demokratycznych zasad należy swoboda zrzeszania się, wolność wypowiedzi i sprawiedliwe wybory. Te trzy zasady są szczególnie narażone na atak zwolenników systemów autorytarnych i totalitarnych. Jakie pole manewru w tym konflikcie wartości ma demokratyczna władza? Czy może zakazać głoszenia poglądów niemieszczących się w granicach społecznego ładu, czy może zdelegalizować ugrupowania nawołujące do obalenia demokratycznego systemu, czy może nie dopuścić wrogie demokracji partie do udziału w wolnych wyborach?
Nie tak dawna historia poucza nas, że są to stale pytania zasadne. Przez 10 lat ruch nazistowski podkopywał wprawdzie ułomny, ale jednak demokratyczny, ustrój Republiki Weimarskiej, aby w 1933 r. wygrać wybory i przejąć pełnię władzy, fizycznie likwidując przeciwników politycznych. Dalszy ciąg jest dobrze znany. Gdyby władze tego państwa w zarodku zdusiły hitlerowski ruch, zakazując nazistowskiej propagandy i zamykając jego przywódców na długie lata w więzieniu, historia XX wieku miałaby zupełnie inny przebieg.
Drugi, nowszy przykład dotyczy Algierii. Pierwszą turę wyborów w 1991 roku wygrywa Islamski Front Ocalenia, władza, a przede wszystkim wojsko unieważniają wybory. Rozpoczyna się kilkuletnia wojna domowa, w której ginie ok. 200 tys. Ludzi. Fundamentaliści islamscy są jak wiadomo zwolennikami państwa wyznaniowego opartego o zasady Koranu. Jest to totalitarna, opresyjna forma rządów. Wobec takiej sytuacji zasadne staje się pytanie, czy usprawiedliwione jest nieuznanie woli większości, zauroczonej i/lub otumanionej przez islamistów, która opowiedziała się przeciw demokracji? Upraszczam, bo oczywiście sytuacja w Algierii była bardziej skomplikowana.
Rządy demokratyczne nie mogą z definicji stosować, autorytarnych, arbitralnych rozwiązań, ponieważ zakazanie działalności jakiejkolwiek organizacji, ograniczanie swobody wypowiedzi, nie mówiąc już o unieważnieniu wyborów byłoby w istocie końcem demokracji. Jest to więc swoiste błędne koło. Jednakże nie rozwiązywanie tego dylematu powoduje, że w przestrzeni publicznej wielu krajów funkcjonują organizacje głoszące ideologie nacjonalistyczne i nazistowskie, rasizm i ksenofobię.
W Polsce, na Węgrzech, na Słowacji coraz częściej pojawiają się demony nacjonalizmu. Ale nie tylko nowe, ale także stare kraje Unii nie radzą sobie z ksenofobią, rasizmem i antysemityzmem, z tymi pożywkami pełzającego faszyzmu. Europejscy politycy zjawiska te wstydliwie pomniejszają i bagatelizują, ale są bezsilni wobec faszystowskiej międzynarodówki, która wykorzystuje sieć Internetu do propagowania swojej ideologii i organizowania akcji bezpośrednich w realnym świecie.
Kolejne pokolenie, po traumie II wojny światowej, powraca do starych demonów, czyniąc je swoimi symbolami. Większość ludzi pamiętający tamte czasy nie jest w stanie pojąć jak młodzi Polacy, Rosjanie, Francuzi mogą malować swastyki na synagogach, bezcześcić żydowskie cmentarze, ubierać się w koszulki z podobizną Adolfa Hitlera i uważać go za bohatera. O ile w Niemczech tego rodzaju zjawiska, można jeszcze jakoś wyjaśnić, to w Polsce czy w Rosji dużo trudniej. Każdy kraj ma w tej dziedzinie swoją specyfikę, w Rosji są to być może imperialne tęsknoty. Stalinizm nie zapewnił trwałości imperium, warto więc może – myśli część młodego pokolenia – poszukiwać innego wzoru. To oczywiście w sferze intelektualnej nie ma żadnego sensu, ale w sferze emocjonalnej może, jak widać, być czynnikiem integrującym społecznych frustratów. W Polsce jest trochę inaczej. Przez ostatnie kilkanaście lat zbrodnie stalinowskie przykryły w społecznej świadomości, szczególnie młodego pokolenia, zbrodnie hitlerowskie, a nowa generacja historyków z kręgu Instytutu Pamięci Narodowej, opierając się na aktach tajnej policji, kreśli swój własny obraz Polski Ludowej, który staje się obowiązującą interpretacją historii. PRL była, choć ułomnym, to jednak polskim państwem, a współpraca z jego aparatem nie była nawet w przybliżeniu tym samym co np. kolaboracja w czasie hitlerowskiej okupacji z gestapo. Natomiast w rezultacie „odkłamywania” najnowszej historii Polski, na pożywce antykomunizmu, rodzi się pełzający faszyzm. W krajach Europy Środkowo-Wschodniej coraz bardziej donośny staje się głos skrajnej prawicy, populistycznej, nacjonalistycznej, ksenofobicznej i antyeuropejskiej.
„Populiści zyskują na znaczeniu w Sofii, ultranacjonaliści uczestniczą w rządzie w Bratysławie... Populistyczne zagrożenie brunatne lub brunatno-czerwone rozpowszechnia się po drugiej stronie dawnej żelaznej kurtyny – pisze dziennik ‘Le Monde’. W rzeczywistości ich udział w parlamencie jest ograniczony z wyjątkiem Litwy, gdzie wynosi ponad 30%, w Polsce i Słowacji waha się wokół 20%, w Rumunii skrajni nacjonaliści z Romania Mare otrzymali w ostatnich wyborach ok. 12% głosów, a w Bułgarii Ataka ok. 9%”1. Pozornie mogłoby się wydawać, że partie te mają charakter marginesowy, ale w rzeczywistości w istotny sposób wpływają na klimat w poszczególnych krajach. W Bukareszcie Vadim Tudor, szef Romania Mare, domaga się powrotu granic z 1939 r. W Słowacji Jan Slota, szef Słowackiej Partii Narodowej „grozi marszem na Budapeszt” (SNS). Na Węgrzech Victor Orban, lider partii Fidesz nie domaga się wprawdzie rewizji granic, ale w swoim samochodzie woził za tylną szybą mapę wielkich Węgier2. Te groźne dla przyszłości poszczególnych krajów zjawiska budzą także niepokój i niechęć Europy Zachodniej, która ma m.in. Marie Le Pen, miała Heidera i współrządzących w Meklenburgii neofaszystów. Istotna różnica polega jednak na tym, że na Zachodzie klasa polityczna potrafiła dotąd te ekstremistyczne ruchy skutecznie marginalizować, na Wschodzie zaś, wskutek słabości i niestabilności rządów, zdobywają one coraz silniejszą pozycję.
W ostatnim roku nasilił się w Polsce antysystemowy ruch nawołujący, w mniej lub bardziej jawnej formie, do obalenia legalnego rządu, nieuznający wybranego w demokratycznych wyborach prezydenta, którego elekcja rzekomo miała być przypadkowa. W pierwszą rocznicę katastrofy w Smoleńsku ruch ten dał o sobie znać w sposób szczególnie spektakularny. Jedną z manifestacji tak opisano na portalu „Gazety Wyborczej”:
„Na ul. Belwederskiej, gdzie mieści się rosyjska placówka dyplomatyczna, zebrało się kilkaset osób. Policja zamknęła ulicę dla ruchu. Demonstranci trzymają transparenty klubów ‘Gazety Polskiej’ i ‘Solidarności Walczącej’, a także transparenty z hasłami: ‘Pamięci nie gaście. Mord katyński 1940. Mord smoleński 2010’; ‘Putin morderca, Tusk zdrajca’; ‘Sopot przeprasza za Tuska’. Demonstranci przynieśli też kukłę premiera Rosji Władimira Putina, którą podpalili, wiele osób miało biało-czerwone flagi. Część z demonstrantów, którzy zebrali się pod ambasadą Rosji, przeszła wieczorem kilkaset metrów dalej, pod Belweder. Manifestanci skandują ‘Komorowski won do Moskwy’ i ‘zdrajca Polski Komorowski’, a także ‘dajcie skrzynki’, weźcie Bronka", ‘tu jest Polska, a nie Moskwa’. Policja dotychczas nie interweniowała. Organizatorem manifestacji była Akcja Alternatywna ‘Naszość’”.
Policja może by zareagowała gdyby manifestanci próbowali podpalić ambasadę, natomiast na agresję słowną i znieważanie najwyższych władz państwa jego organ – policja nie reaguje. Sytuacja ta dobrze ilustruje wspomniany wyżej dylemat. Gdyby policja dostała polecenie interwencji, to natychmiast podniósłby się krzyk o naruszenie swobody zgromadzeń, cenzurę wypowiedzi, tłumienie opozycji i tym podobne antydemokratyczne grzechy. I tak by było mimo że istnieją w kodeksie karnym stosowne przepisy. Na ich podstawie w ostatnich dniach jeden z polskich sądów „skazał Edwarda S. – czytamy na portalu ‘Gazety Wyborczej’ – za nazwanie prezydenta Kaczyńskiego ‘palantem’ i ‘idiotą’. Uniewinnił go od porównania Żydów do hitlerowców, zarzucania im, że popierają ludobójstwo i dopuszczają się ‘zoofilii’. Tak więc organa państwa są, jak widać, niekonsekwentne. Każą jednostkę, a ustępują przed zorganizowanym tłumem. Przed skutkami takiego postępowania ostrzegał „Księcia” już 500 lat temu Niccolò Machiavelli.
Jeden z francuskich rewolucjonistów Antoine de Saint-Just był autorem hasła „Nie ma wolności dla wrogów wolności”. Zdanie to jako ogólna idea jest słuszne, ale jako zasada stosowana w praktyce powoduje problemy i rodzi niebezpieczeństwa, podobnie jak jego modyfikacja: „nie ma demokracji dla jej przeciwników”. Jednakże z drugiej strony, jak uczy nas historia, pozostawienie swobody antysystemowym ruchom autorytarnym grozi demokracji unicestwieniem.
Demokracja we współzawodnictwie z autorytaryzmem nie ma równych szans. Po jej stronie są racje historyczne i moralne, zaś ruch autorytarny, działając we własnym partykularnym interesie, korzysta z dobrodziejstw demokracji po to, aby ją obalić. Wykorzystuje swoje środki przekazu, ale także, inne stacje radiowe i telewizyjne, Internet i prasę papierową, które bynajmniej mu nie sprzyjają, ale w imię „prawa do informacji” szeroko rozpowszechniają demagogię i kłamstwa przywódców ruchu.
Czy mamy się zatem bać „wrogów wolności”. Trzeba się ich bać i zwalczać, także kartką wyborczą, ponieważ wolność i demokracja, jak pokazują światowe doświadczenia, chociaż są lepsze niż jakakolwiek dyktatura to nie są dane raz na zawsze.
1Christophe Châtelot et Anne Rodier, Europe de l'Est et centrale: la tentation populiste, Le Monde, 19.10.06.
2Tamże.






