i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2010-07-20 10:22:45

Pan marszałek, obecnie prezydent – elekt złożył w trakcie kampanii wiele obietnic. I choć jego konkurent był lepszy w te klocki, to mógł sobie w przeczuciu klęski na to pozwolić. Tymczasem Komorowski będzie musiał choć kilku dotrzymać, bo już zapowiedziano mu rozliczenie. I nie bynajmniej PiS – ale SLD, które ma dopilnować, aby w imię hipotetycznej wspólnoty interesów (koalicja?) przyszły prezydent nie wycofał się z poparcia żądań środowisk feministycznych, twierdząc, że on niczego nie przyrzekał albo źle go zrozumiano.
Sprawa błaha nie jest, bo chodzi o parytet. Kobiety, a zwłaszcza ich hałaśliwa część (tzw. kobietony) czują się niekomfortowo, zniesmaczone sytuacją, że jest jeszcze dziedzina, w której ich głos nie jest w 100% decydujący. Przecież w sprawach ważnych dla kraju i tak są wystawiane na pierwszą linię – panie Kluzik-Rostkowska czy Kidawa-Błońska były twarzami wyborczych wyścigów. Pani Kempa bryluje w mediach, pani Rokita epatuje fryzurą i ilością wypowiadanych "złotych myśli", a pani Jakubiak,która zrazu zaprezentowała zdumionym widzom kreację "dziecię – kwiat" – zaraz potem wcieliła się w postać legendarnej przekupki z bazaru i nie wiadomo, czym nas jeszcze zaskoczy. Wyżej wymienione kobiety wywołały jednak lęk przed wprowadzeniem obiecanego paniom parytetu. Co będzie, jeśli w parlamencie zasiądą podobne obywatelki jak pani Sobecka, która w dniu uroczystości sejmowych z trybuny zadawała pytanie niestosowne zarówno w formie jak i treści, a niedoczekawszy się odpowiedzi napuściła niezawodną panią Kempę, oburzoną takim potraktowaniem koleżanki klubowej, do ataku na nowowybranego marszałka Schetynę: "Jak on śmiał nie udzielić odpowiedzi kobiecie" – piszczała do kamery. No więc – kobiecie – czy posłance? Jeśli panie posłanki będą ze swej, często wątpliwej kobiecości, czynić argument w politycznych awanturach – biada demokracji. Może lepiej od razu wprowadzić matriarchat?
Są jednak przesłanki, by na zwiększenie udziału kobiet w parlamencie się zgodzić – to nogi posłanki Muchy. Trzeba tylko wyegzekwować gwarancję, że nowopozyskane parlamentarzystki będą do niej podobne, gdyż za reprezentację wielbicielek ojca dyrektora wystarczy nam aż nadto Sobecka


